Morderstwo w Monte Carlo

-a A+

Szesnastego lipca 1951 roku na Riwierze Francuskiej, w samej pełni sezonu wakacyjnego, piętnastoletni Georges, syn właścicieli oberży we wsi Gros d’Utelle, niedaleko Nicei, przechodząc pod mostem nad niewielkim potokiem La Vesubie, znalazł porzucony sporej wielkości worek, a w nim ciało kobiety pozbawione głowy i wszystkich kończyn.

Wcześniej rybacy z Lazurowego Wybrzeża wyłowili z morza damską stopę. Na pozostałe części ciała natrafiono w innych, często dość odległych miejscach w okolicach Nicei. Identyfikacja stała się dla policji kryminalną łamigłówką.

Kto mógł być sprawcą tej makabrycznej zbrodni? Jakie należało brać pod uwagę motywy czynu? I rzecz najistotniejsza: kim była ofiara? Początkowo śledczym brakowało jakiegokolwiek punktu zaczepienia. Jedynym pewnym śladem okazały się resztki ekskluzywnej bielizny na okaleczonych zwłokach. Pochodziła ona z amerykańskiej firmy Movieland from Hollywood. Wkrótce na policję zgłosiła się osoba, która tę właśnie bieliznę podarowała przyjaciółce. Obdarowaną okazała się mieszkająca w Monte Carlo przy Boulevard des Moulins Marta Thomas-Zaleska (1895-1951), żona znanej postaci w najnowszej historii Polski: marszałka Edwarda Śmigłego Rydza, czyli drugiej osoby w II Rzeczypospolitej, co natychmiast wzbudziło prawdziwą sensację mediów. Kroniki kryminalne huczały od domysłów. Jedne były bardziej fantastyczne od następnych.

Zabójca lub zabójcy, jeśli było ich kilku, prawdopodobnie dokonali swego czynu w Monte Carlo drugiego lub trzeciego lipca. Na drzwiach mieszkania znaleziono kartkę napisaną ręką właścicielki, że wraca do domu 5 lipca.

Piękność z Żytomierza
Kim była denatka? Marta Thomas, primo voto Zaleska urodziła się w Żytomierzu. Była córką właściciela apteki. W młodości przeniosła się do Kijowa, tam poznał ją w 1918 roku Śmigły, gdy jako szef POW rozbudowywał tajne struktury na wschodnich obszarach ogarniętych podmuchami rewolucji i wojny domowej, zdając sobie sprawę, że od wiedzy, co naprawdę dzieje się na tych ziemiach, zależą losy niepodległej Polski. Marta była kurierką organizacji i uczestniczką bardzo niebezpiecznych operacji wojskowo-wywiadowczych. Do tej pracy nadawała się jak mało kto. Wkrótce przyjechała ze Śmigłym do Warszawy. Potem będąc już żoną Rydza trzymała się nieco na uboczu. Nie mieszała się do polityki. Unikała uroczystości państwowych. Zachowało się tylko kilka fotografii, na których występuje obok męża. W kręgach śmietanki towarzyskiej przedwojennej Warszawy uchodziła za piękność, nieco chłodną w sposobie bycia.

Czy to, co wydarzyło się w roku 1951 w Monte Carlo było finałem? W ten sposób, niby w antycznym dramacie greckim, dopełniła się tragedia rodziny Rydzów. Dodajmy od razu: nigdy nie wyjaśniona do końca. Pełno w niej niezbyt pewnych faktów, dat i pytań, na które nadal brakuje wiarygodnych odpowiedzi. W potocznym obiegu znajduje się zbyt wiele wzajemnie wykluczających się wersji lub nieprawdopodobnych zdarzeń.

Dotyczy to nie tylko udanej ucieczki marszałka 10 grudnia 1940 roku z miejsca internowania w Rumunii na Węgry i jego powrotu do okupowanego kraju przez granicę w Tatrach jesienią 1941 roku oraz konspiracyjnego przyjazdu do Warszawy. Na Węgrzech miał spotkać się z żoną, której przez zaufanych ludzi przesłał do Monte Carlo na przechowanie swoje pamiętniki. Nie do końca wyjaśnione są wszystkie okoliczności choroby i nagłej śmierci marszałka 2 grudnia 1941 roku w Warszawie.

Tu nie mogę uniknąć krótkiej dygresji osobistej. Wiosną 1990 roku poznałem w Krakowie żyjącego jeszcze wtedy Stanisława Frączystego (1917-2009), górala z Chochołowa, który podczas wojny był kurierem na trasie Polska – Budapeszt. To on w październiku 1941 roku jako przewodnik przeprowadził do Polski przez Orawę i Chochołów Edwarda Rydza-Śmigłego. Granicę przekroczono w Suchej Górze 27 października 1941 roku. W rozmowie podkreślał, że marszałek był wówczas w niezłej kondycji fizycznej. Rydz-Śmigły zatrzymał się na krótko w Krakowie. 29 października znalazł się w okupowanej Warszawie.

Adam Zawisza
W tej sytuacji pozostaje całkiem uprawnione pytanie: czy rzeczywiście pod przybranym nazwiskiem nauczyciela Adama Zawiszy pochowano 6 grudnia 1941 roku na Powązkach marszałka Polski, czy kogoś zupełnie innego? Według drugiej wersji Rydz-Śmigły przetrzymywany miał być w areszcie domowym, w ścisłej izolacji i w dość spartańskich warunkach. Zgodnie z tą relacją, zmarł później, tj. 3 sierpnia 1942 roku w Otwocku na odnowioną gruźlicę, którą przeszedł w młodości. Zwolennikami tej wersji zdarzeń pozostaje kilku polskich historyków, znanych ze swojej rzetelności; nie sposób więc lekceważyć tej wiedzy.

Do tego wszystkiego dochodzi tajemnicza śmierć żony marszałka w Monte Carlo. Jej zabójca nigdy nie został odnaleziony i ukarany. O tym, kto to mógł być, pośrednio świadczy to, co wtedy zniknęło z mieszkania Marty Zaleskiej. Z ustaleń wynika, że zginęły pamiętniki marszałka, podobno napisane w okresie internowania w Rumunii, fotografie oraz cała jego korespondencja. A zatem sprawcę interesowały nie kosztowności czy pieniądze, lecz archiwum Śmigłego oraz dokumenty jakie mogły się w nim znajdować, co dość dokładnie wyjaśnia motywy morderstwa dokonanego we Francji sześć lat po wojnie.

Seria pytań układa się sama. Która z prominentnych postaci polskiej emigracji politycznej na Zachodzie jeszcze długo po wojnie mogła obawiać się faktów, jakie zawierały papiery po marszałku?

A może należy brać pod uwagę wszędobylskie macki wywiadu PRL. Czyżby, niejako u źródeł, szukano materiałów, które można było użyć do kompromitowania władz przedwojennej Polski w komunistycznej propagandzie? Pozostaje jeszcze styl zabójstwa Rydzowej. W Polsce stalinowskiej dopuszczano się nie takich morderstw.

Śladu rosyjskiego także nie należy pomijać milczeniem. Służby specjalne Rosji Sowieckiej robiły w powojennej Francji co tylko chciały, wykorzystując rusofilstwo społeczeństwa tego kraju, lewackie ciągotki francuskich elit i powojenną huśtawkę nastrojów społecznych. Wywiad stalinowski mogła zainteresować postać żony marszałka. O jej związkach z POW i działalności w Kijowie wiedziano sporo. Bezcenna mogła okazać się wiedza, kto z Ukraińców lub Rosjan współdziałał w tamtych latach z siatkami polskiego wywiadu wojskowego. Ludzie ci na pewno jeszcze żyli. Być może byli nadal czynni w życiu publicznym. Papiery znalezione w Monte Carlo mogły dopomóc w ich zdemaskowaniu. Panująca w ówczesnej Rosji Stalina powszechna szpiegomania nie mogła przepuścić takiej okazji.

Porachunki finansowe?
Dla uzupełnienia pełnego obrazu należy dodać, że część historyków oraz publicystów postrzega dominujący wątek biznesowo-kryminalny w tajemniczym morderstwie małżonki marszałka Polski. Żona Śmigłego miała uwikłać się w skomplikowane interesy finansowe z jakimiś bliżej nieznanymi ludźmi ze środowisk przestępczych, a w każdym razie działających na granicy prawa. W tym przypadku zbrodnia mogła być zemstą lub drastycznym wyrównaniem rachunków. Choć autorzy nie podają konkretów, wspomina się przemytników, a nawet handlarzy narkotyków. Ta wersja chyba najmniej wiarygodna, gdyż proponuje nazbyt proste wyjaśnienie całej sprawy, lecz nie można jej całkowicie pominąć, dlatego o niej piszę.

W tym miejscu, na marginesie zabójstwa Marty Thomas-Zaleskiej, przypomina się stara prawda aktualna w każdej sytuacji. Od wieków nie podlega ona przedawnieniu. A wynika z niej prosta zasada. Kto pracuje w wywiadzie, na ogół nie przechodzi na emeryturę lub w stan spoczynku i nie umiera ze starości we własnym łóżku. W tej sprawie mogą istnieć nieznane fakty i zaskakujące okoliczności, których być może nigdy nie poznamy. Pozostaną, jak w każdej zagadce kryminalnej, pytania bez odpowiedzi, rozszerzający się w miarę upływu czasu zestaw domysłów i równie niepewne hipotezy.

Włodzimierz Paźniewski
Tekst ukazał się w nr 20 (264) 28 października – 14 listopada 2016

 

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2017 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.