10/11/2016 15:00
autor Jan Jaremko

Wiosną 1944…

-a A+

W swoim czasie pracowałem nad materiałem o meczu piłki nożnej pomiędzy polskimi i niemieckimi piłkarzami, który udało mi się przygotować na podstawie wspomnień Wacława Kuchara i Kazimierza Górskiego.

We Lwowie Niemcy pojawili się już w tydzień po najeździe na ZSRR. W tych warunkach wydarzenia sportowe na pewien czas zamarły, ale z czasem młodzież znów wypełniła stadiony i boiska sportowe. Wówczas ukraińskie kluby, które były zlikwidowane podczas „pierwszych sowietów” i które powróciły do swoich przedwojennych nazw, zorganizowały mistrzostwa Galicji. Niemcy bardziej prześladowali Polaków, ale i tym udało się rozegrać kilka meczy w konspiracji. Miłośnicy piłki możnej mieli też możliwość obserwować mecze drużyn lwowskiego okupacyjnego garnizonu, złożonych z Niemców i sportowców węgierskich i włoskich.

Wacław Kuchar wspomina: „Jakoś na wiosnę 1944 roku zwrócił się do mnie jeden z funkcjonariuszy sportowych armii niemieckiej i zażądał zebrania drużyny na mecz z niemieckim klubem „Kona”. Na polach walk Niemcy coraz częściej przegrywali, więc chcieli pomyślną grą zająć swoich żołnierzy przed wysłaniem na front. Przed wojną byłem trenerem „Dynamo” i dobrze znałem wszystkich piłkarzy, którzy pozostali w mieście. Zastanawiałem się, czy w takich okolicznościach warto ryzykować. Jednak Niemcy nalegali na spotkaniu, a biorąc pod uwagę ważność tego meczu dla mieszkańców Lwowa podziemie dało pozwolenie na zebranie drużyny, obiecując swoją opiekę w nieprzewidzianym przypadku. Każda ze stron marzyła o zwycięstwie, ale nikt nie mógł przewidzieć, czym zakończy się cała sprawa w przypadku wygranej lwowskiej drużyny. Do drużyny włączyłem zawodników, na czyim doświadczeniu, poziomie gry i kondycji mogłem polegać. Byli to zawodnicy przedwojennych „Dymano” i „Spartaka”, którzy wcześnie grali w „Pogoni”, RKS i innych klubach.

Z trudem udało mi się skompletować strój sportowy z dawnych dynamowskich – niebieskie koszulki i białe spodenki. W przededniu meczu, który odbył się pod koniec maja, nielegalnie rozkleiliśmy nawet kilka afiszy. Miejscem spotkania został wybrany stadion VIS – obok Cmentarza Łyczakowskiego i Pohulanki (po wojnie – stadion „Trudowyje rezerwy”). Prawdopodobnie Niemcy wybrali ten stadion przez brak trybun dla widzów. Ale jednak kibice przyszli – zebrało ich się kilka tysięcy, chociaż były pewne obawy, jak zachowa się okupant wobec takiego tłumu. Niemcy też przyprowadzili swoich żołnierzy, policja stworzyła dla nich swoisty kordon i groźnie wyglądały lufy kilku tankietek.

Mecz Pogoń-Ukraina, 1937. Leon Hanin (pierwszy od lewej), Stefan Sumara (siódmy od lewej)

Niemcy rzucili się do ataku od pierwszych chwil meczu. Zacisnęli Polaków przy ich bramce, doskonale bronionej przez Spirydona Albańskiego, byłego bramkarza reprezentacji Polski. Z czasem moi chłopcy zaczęli odnawiać kontakty na polu i przejmować inicjatywę. Walczyli o każdą piłkę i zupełnie nie dało się poznać, że tak długo nie trenowali. Widocznie w każdym człowieku żyje coś takiego, co zmusza oddać wszystkie siły, tym bardziej, gdy do boju zwie serce…

Widzowie, zapomniawszy o otoczeniu wrogów, coraz głośniej dopingowali swoich ulubieńców, których znali dobrze nie jeden rok. Z minuty na minutę ich radość rosła, bo nasi grali coraz lepiej – bez strachu przed przeciwnikiem, bez myśli o przyszłości. Udowodnili, że nie poddaliśmy się i żyjemy. Przynajmniej na tym stadionie…”


Mecz piłki nożnej Pogoń Lwów – Ruch Wielkie Hajduki we Lwowie. W akcji Leon Hanin (pierwszy od lewej)

Pierwszego gola Lwowiacy strzelili w połowie pierwszej części. Kazik Górski, jeden z najmłodszych zawodników na boisku – ukończył dopiero 23 lata – przejął piłkę przy bocznej linii boiska, ruszył do przodu na granicę pola karnego, gdzie wbiegał Michał Matyas. Najlepszy strzelec „Pogoni”, jak w dawnych latach, strzelił w górny róg bramki – tak jak gole strzelał w meczach ligowych. Po kilku minutach Kazik Górski strzela drugą bramkę. Przy 2:0 dla Lwowiaków drużyny schodzą na przerwę.

Kazimierz Górski ten mecz wspominał: „Faktycznie rozegraliśmy natchniony mecz, bo pojedynek stał się sprawą naszej dumy narodowej. Przeciwnik był trudny, bo Niemcy zebrali najlepszych graczy, a w pierwszych minutach strach skuwał nam nogi, bo wokół stała ściana szaro-zielonych mundurów, a jedynie gdzieś pomiędzy nimi słychać było polski doping. Rodakom potrzebne było nasze zwycięstwo i rozumieliśmy, że takie wydarzenie na długo pozostanie w ich pamięci”.

Albański w tym czasie ukończył 37 lat i dawno zawiesił rękawice bramkarza na kołku. Był trenerem „Spartaka”, a podczas wojny dorabiał sobie na utrzymanie jako mechanik. Ta gra też pozostała w jego pamięci: „Pamiętam pierwszego gola w tym meczu i ostatniego. Pierwszego – bo strzelił go Matyas w swoim stylu, a ostatniego – dlatego, że go nie było! Na ostatnich minutach, gdy wynik był już 4:0, któryś z Niemców strzelił mocno na moją bramkę. Żeby wygasić prędkość piłki, odbiłem ją do ziemi przed sobą, żeby za moment przycisnąć do piersi. W tym momencie rozległ się gwizdek sędziego i wskazał on na środek pola. W ten sposób uratował swoją drużynę od pogromu. Po meczu, gdy przebieraliśmy się w szatni, podszedł do mnie i z dziwnym uśmieszkiem powiedział: „Jesteś dobrym bramkarzem, ale gol musiał być… sam rozumiesz?”.

4:1 taki był wynik nieodnotowanego w żadnym protokole meczu, który jednak pozostał na zawsze w pamięci jego uczestników i kibiców – świadków triumfu nad wrogiem. Radość w mieście była ogromna, bo wiadomości o meczu szybko rozeszły się daleko poza jego granice. Widzowie z meczu szli wszyscy razem, a rozchodzili się do domów grupami, żeby w pojedynkę nie trafić na jakiegoś policjanta – szczęśliwie obeszło się bez incydentów. Po kilku dniach Niemcy znów zwrócili się do Kuchara z propozycją rewanżu. Ale, po naradzeniu się z kolegami, Wacław Kuchar zdecydował nie ryzykować. Nie chodziło tu o ryzyko przegranej na boisku, ale o zagrożenie dla graczy i kibiców. Znalazł wymówkę, twierdząc, że zawodnicy rozjechali się z miasta. Było to zresztą prawdą, bo Matyas znikł ze Lwowa do Borysławia, gdzie mieszkała jego żona. Takimi wymówkami udało się przetrzymać kilka tygodni, a potem zbliżał się front i Niemcom już było nie do piłki nożnej.

Michał Matyas (od lewej)

Nadszedł lipiec 1944 roku i miasto zostało wyzwolone z okupacji niemieckiej. W to zwycięstwo swoją niewielką cząstkę wnieśli i lwowscy piłkarze: Albański, Komurkiewicz, Hanin, Dawidowicz, Sumara, Smaczyński, Kaźmierowicz, Górski, Matyas, Kozak i Knieżycki.

Dziś już nie ma pomiędzy nami ani jednego z uczestników tego pamiętnego meczu. Ostatnim odszedł z życia najmłodszy jego uczestnik – Kazimierz Górski, przeżywszy lat 85, zmarł 23 maja 2006 roku. Zdołał on zrobić najbardziej błyskotliwą karierę w polskiej piłce nożnej – zdobył z reprezentacją Polski olimpijskie złoto w 1972 roku i zajął trzecie miejsce na Mistrzostwach świata w 1974 roku. Karierze trenerskiej poświecili się też Wacław Kuchar i Michał Matyas. Inni zawodnicy również nie porzucili swego ulubionego zajęcia – trenowali i kierowali klubami piłkarskimi do późnego wieku. Ale ten pamiętny mecz wiosną 1944 roku zawsze stał na szczególnym miejscu ich kariery sportowej i to nie tylko, jako sukces sportowy, ale i jako przykład ludzkiej odwagi.

Historia naszego miasta zna wiele wydarzeń historycznych, które miały wpływ na jego rozwój. Ten mecz też powinien pozostać w naszej pamięci, jako przykład bohaterstwa prostych ludzi… Nie zapominajmy o nim, bo odbył się w przededniu corocznych obchodów we Lwowie Dnia piłki nożnej i 27 lipca, gdy to ostatni żołnierz niemiecki opuścił nasze miasto.

Jan Jaremko
Tekst ukazał się w nr 20 (264) 28 października – 14 listopada 2016