Obozy generała Sikorskiego - 2

-a A+

Spis treści

Tighnabruaich, cieśnina Kyles of Bute (Fot. tighnabruaich.org.uk)Uwięzieni bez przesłuchań i sądu
Od listopada 1940 roku powstał następny obóz w Tighnabruaich. Tighnabruaich to niewielka szkocka miejscowość położona po drugiej stronie wyspy Bute, ale już na lądzie stałym (jeśli tak można powiedzieć o wyspie Wielka Brytania). Od wysepki Bute oddziela Tighnabruaich cieśnina Kyles of Bute. Tighnabruaich, to długa, wąska ulicówka położona pomiędzy wodami cieśniny i podchodzącym do morza pasmem wzgórz. Teraz już nikt nie pamięta, gdzie znajdował się polski obóz. Prawdopodobnie zbudowano go jakby poza miasteczkiem, to jest w głębi lądu, pomiędzy wysokimi pagórkami. Nikt tam nie chodził, więc i nie została po nim żadna pamięć.


Tighnabruaich był filią obozu Rothesay i komendant obozu Tighnabruaich podlegał komendantowi Rothesay. Ten obóz miał już druty kolczaste otaczające namioty i baraki. Warunki w obozie były okropne. Siedzieli w nim oficerowie niższego stopnia niż ci z Rothesay. Oficjalnie byli to oczywiście, fałszerze pieniędzy, homoseksualiści, zboczeńcy seksualni, właścicielu burdeli i tak dalej. Jak było naprawdę? Pan Adam Węgłowski w „Tygodniku Powszechnym” pisał: „Od listopada 1940 r. „patologiczne” przypadki z Rothesay kierowano do podobozu w Tighnabruaich. Zdaniem prof. Zuziaka (prof. Janusz Zuziak, dyrektor Instytutu Nauk Humanistycznych Akademii Obrony Narodowej), żołnierze trafiali tam nawet na podstawie fałszywych donosów, bez żadnego dochodzenia i wyroku. Osadzony porucznik wojsk pancernych Henryk Halicki skarżył się: „Niemcy postąpili ze mną szlachetniej niż tutaj rodacy, bo pozwolili zatrzymać broń ręczną, traktując mnie jak rycerza, natomiast tu postąpiono ze mną jak z paskarzem lub bandytą”. Sam p.o. komendanta tego obozu, płk Władysław Spałek, meldował swemu zwierzchnikowi – gen. Bronisławowi Jacynie-Jatelnickiemu, szefowi ośrodka w Rothesay – że „odnośnie niektórych oficerów przybyłych tu, brak mi szczegółowej opinii i wyraźnie podanego rodzaju winy” (?!).


Pan Dariusz Baliszewski w artykule „Obozy Sikorskiego” przytacza listy osadzonych: „Porucznik rezerwy kawalerii Stanisław Dergiman zapisał w meldunku do naczelnego wodza: „Od roku jestem stale poniżany i krzywdzony. Mimo usilnych starań z mej strony, aby dowiedzieć się o stawiane mi zarzuty, nikt dotychczas nie tylko, że mi ich nie skonkretyzował, ale nawet nie przesłuchano mnie”. Kapitan Sergiusz Niedzielski stwierdzał: „Mam 46 lat, jestem żonaty i mam dwoje małoletnich dzieci. Oświadczono mi, że jestem przysłany tutaj dlatego, że ciąży na mnie zarzut pijaństwa, karciarstwa i erotomanii. Oświadczam, że w ogóle nie piję alkoholu, w karty grać nie umiem, a co się tyczy zarzutu erotomanii, to oświadczam, że zboczenia takiego nie mam, a przypisywany mi zarzut polega widocznie na anonimowym doniesieniu, złośliwym i bezpodstawnym”. Pisano do niego listy z prośbą o interwencję, a to przecież generał Sikorski stworzył system pozbywania się ludzi znienawidzonych, lub niewygodnych, których zamykało się w obozie bez wyroku jakiegokolwiek sądu, nawet na podstawie głupiego donosu, czy widzi mi się dowódcy. Gdy ten system już istniał, nie tylko generał pozbywał się w ten sposób ludzi, którym chciano zaszkodzić.


Gen. Władysław Sikorski (Fot. PAP/CAF)Sprawa obozów w Rothesay i Tighnabruaich pękła z wielkim hukiem w czerwcu 1942 roku, kiedy to obozami zainteresował się poseł Izby Gmin Henry Morrison z Partii Pracy. Poseł Morrison odwiedził kiedyś swoją siostrę, mieszkającą w Rothesay i bardzo zainteresowała go obecność w mieście wielu dziwnych polskich oficerów. Poseł sprawy nie odpuścił, aż powoli dowiedział się prawdy. Wraz z drugim posłem Gerardem McKinney’em złożył głośną interpelację w brytyjskim parlamencie. Oburzone głosy podniosła też prasa brytyjska. Generał Sikorski doczekał się nareszcie druzgocącej oceny. Posłowie zmusili rząd brytyjski do likwidacji prywatnych obozów pana generała. Nikt w Wielkiej Brytanii nie życzył sobie podobnego świństwa na terenie Królestwa. Z największą odrazą mówiono wtedy między Anglikami o cudzoziemcach, budujących na angielskiej ziemi obozy koncentracyjne. Na taką reakcję parlamentu nie mógł nic poradzić nawet „wszechmocny” Churchill. To Brytyjczycy, nie Polacy doprowadzili do zamknięcia obu obozów. Obozy zostały rozwiązane. Każdemu z osadzonych wypłacono przed zwolnieniem 20 funtów i każdy mógł iść dokąd chciał, zaś pan generał dostał mocno po łapach, a przy okazji solidną lekcję brytyjskiej demokracji. Mimo tej głośnej akcji brytyjskiego parlamentu, są poważne podejrzenia, że rozwiązane obozy istniały nadal, tyle, że zakamuflowane i w formie mocno już szczątkowej.


Prawdziwy obóz koncentracyjny
Był jeszcze trzeci obóz prowadzony, nie jak dwa poprzednie przez pracowników kontrwywiadu, a przez żandarmerię wojskową. Nazywano go obozem karnym i mieli w nim przebywać jakoby tylko skazani wyrokami sądów polowych. Może tak było, a może nie całkiem tak było. Jak się posłucha, że siedzieli w nim: fałszerze, złodzieje, alfonsi i handlarze żywym towarem, od razu przypominają się sławetne Rothesay i Tighnabruaich. Ja nie mówię, że tam nie było kryminalistów. Chciałem Państwu tylko zwrócić uwagę na fakt, że armia polska na Zachodzie nie składała się z poborowych, branych równo według rocznika, gdzie nawet o tym nie wiedząc, bierze się do wojska przyzwoitego człowieka i bandytę. Armia polska na Zachodzie składała się głównie z ochotników, których nikt nie zmuszał do służby, a więc ludzi jak gdyby już przeselekcjonowanych zanim jeszcze założyli mundury. Margines, kryminaliści, z reguły mają w d… obowiązki wobec Ojczyzny i ani im w głowie pchać się do wojska szczególnie, gdy wymaga to wielu trudów i wyrzeczeń. Niech mi więc nikt nie mówi o konieczności powstania takiego obozu, bo w każdym wojsku znajdują się kryminaliści i psychopaci. Będę się za to upierał, że tacy żołnierze owszem bywają, ale nie w każdym wojsku.


Kingledoors (Fot. pl.wikipedia.org)Obóz, jak można przeczytać, początkowo znajdował się w Kingledoors. Tylko, że Kingledoors nie jest nazwą jakiejś miejscowości, a nazwą regionu, krainy. Powiedzieć, że coś było w Kingledoors, to tak samo, jakby po polsku powiedzieć, że coś było na Żuławach, czy na Podhalu. Kingledoors jest prawie bezludnym pustkowiem łąk i nagich wzgórz. Tu i ówdzie, bardzo rzadko, można spotkać samotną farmę. Miejsce prawie idealne na rozpoczęcie każdej bezprawnej działalności.

 

Szukałem jakiegoś śladu po tym obozie, czy to na ziemi, czy choćby tylko w ludzkiej pamięci, ale niczego tam już nie było. Obóz musiał funkcjonować bardzo krótko i być może istniał tylko do czasu zbudowania obozu właściwego, który powstał na bazie wielkiej, opuszczonej farmy Shinafoot położonej też na pustkowiu, ale koło miasteczka Auchterarder. Najbliższe większe miasto, to szkocki Perth. W przypadku Shinafoot mamy więc też pustkowie, ale z dużo lepszym dojazdem niż mogło to być na Kingledoors.


Shinafoot – to już był obóz koncentracyjny pełną gębą! Otaczały go dwa rzędy ogrodzeń z drutu kolczastego. Na rogach ogrodzenia wznosiły się wieżyczki wartownicze. Dość dokładny opis obozu zawdzięczamy polskiemu pisarzowi, wtedy oficerowi prasowemu, Stanisławowi Strumph-Wojtkiewiczowi, jaki pisarz umieścił w swej książce „Wbrew rozkazowi”. Strumph-Wojtkiewicz natknął się na obóz przypadkiem, odbywając akurat staż w brytyjskiej jednostce artylerii, położonej niedaleko obozu. To co zobaczył, tak go sfrustrowało, że postanowił dowiedzieć się o tym obozie czegoś więcej. Udał się więc do obozu niby to starając się o pozwolenie wygłoszenia więźniom patriotycznego odczytu. Po wizycie, wstrząśnięty do głębi, wysłał pisemny raport o nieludzkim traktowaniu więźniów tego obozu do (o, naiwności!!)… generała Sikorskiego! Po jakimś czasie Sikorski miał mu podobno podziękować za ów raport i powiedzieć, że dzięki niemu zlikwidował właśnie to okropne miejsce.


Obóz w Shinafoot bardzo przypominał Stutthof, niemiecki obóz na Żuławach koło Gdańska, który też był obozem policyjnym, a państwowym obozem koncentracyjnym stał się dopiero po latach. Co bardzo dziwne, nawet zachowanie wobec więźniów było w obu obozach podobne. Cytat: „Warunki tam panujące były bardzo podobne tym z hitlerowskich kacetów. Głodowe racje żywności, tortury i morderstwa były na porządku dziennym. Mieszkającym w okolicy Szkotom zakazano zbliżać się do ogrodzenia. Tłumaczono, że wewnątrz znajdują się niemieccy szpiedzy i dywersanci”. Chirurg Adam Majewski we wspomnieniach „Wojna, ludzie, medycyna”: „Żołnierze od dawna coś przebąkiwali o jakimś polskim obozie koncentracyjnym na terenie Szkocji, ale nie wierzyłem w to. A jednak od przybywających stamtąd pacjentów, okazało się, że było tam wszystko, jak w Berezie Kartuskiej: i druty kolczaste, i baraki, i „żabka”, i wybijanie zębów, i dozorcy sadyści, i komendant obozu, w którego kancelarii więźniowie podczas szorowania podłogi byli bici i kopani przez specjalnie dobranych żandarmów”. Następny cytat: „...obóz Shinafoot, w którym panuje drakońska dyscyplina. Żołnierze są bici i dręczeni. Lądują tam, często za bardzo drobne przewinienia, ludzie przedzierający się brawurowo przez wiele granic, by ochotniczo walczyć w Polskim Wojsku”.


Komendantem obozu był kapitan Korkiewicz. „Bydlę nad bydlaki” – jak go określali jemu współcześni. Pan Adam Węgłowski w artykule „W obozach Sikorskiego”: „Kolejne szczegóły pojawiły się po wojnie, gdy do sprawy obozu w Kingledoors (Shinafoot) wrócono w latach 1953–54 na łamach paryskiej „Kultury”. W artykule „Rubens miał filię w Szkocji” były podoficer Maciej Feldhuzen (podchorąży z cenzusem, redaktor szkockiego „Dziennika Żołnierza” Sz. Kaz.) pisał: „Na czele obozu dyscyplinarnego w Shinafoot stanął kapitan Korkiewicz. Alkoholik, psychopata, sadysta, który własnoręcznie maltretował więźniów. Zakładano im od tyłu kajdanki na ręce i wieszano na poprzeczce u sufitu, a pan kapitan Korkiewicz sam wiszących dusił za gardło, bił po twarzach i kopał w brzuch. Działo się to w roku Pańskim 1941, a więc Lagerführer Korkiewicz nie był odosobniony w biciu skutych i bezbronnych żołnierzy polskich, bo robiło to samo, równolegle z nim, w tym samym dniu i o tej samej godzinie, wielu innych jego kolegów, Lagerführerów na terenie Polski i Niemiec”. Z kolei biskup polowy WP Józef Gawlina napisał w liście do redakcji o „najgorszym wypadku”, czyli „zastrzeleniu niewinnego strzelca Edwarda Jakubowskiego”. Stało się to 29 października 1940 r. Osadzony w obozie dr A. Skowronek przypominał, że zabił go wartownik w „areszcie spoza zasieków podwójnych z drutów kolczastych”. Za co? „Pod silną prowokacją znanej w wojsku obelgi o »matce«„ – jak oględnie wyjaśnił w liście”.


Ostra interpelacja brytyjskich posłów w parlamencie dotknęła też obóz w Shinafoot. Tu nie można było załatwić sprawy wypłacając więźniom po 20 funtów. Trzeba było czegoś więcej, więc odwołano się do sądu wojskowego. Tyle, że sąd kapitana Korkiewicza uniewinnił, a w sprawie zastrzelenia więźnia przez strażnika uznano, że użycie broni było uzasadnione. Obóz na farmie Shinafoot zlikwidowano, ale go nie rozwiązano! W największej tajemnicy przeniesiono go do miejscowości Abernethy. Tak naprawdę, wszystkie obozy zostały zlikwidowane, a więźniowie rozpuszczeni dopiero po śmierci Sikorskiego i co ciekawe, nie wpłynęło to na pogorszenie bezpieczeństwa w Wielkiej Brytanii. Tacy to w nich bowiem siedzieli „kryminaliści”. To, że obozy zlikwidowano od razu po śmierci generała dobitnie wskazuje, że nikomu innemu poza generałem, te obozy nie były potrzebne. Tak nota bene. Kapitan Korkiewicz zginął na ulicy w niedalekim Edynburgu. Wpadł pod tramwaj!

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2019 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.