Dowbusz. Historia ludowego mściciela. Część I

-a A+

Z pewnością we Frankiwsku nie znajdzie się osoby, która by nie słyszała o Ołeksie Dowbuszu (w wersji polskiej – Aleksym Doboszu – red.). Radzieccy i ukraińscy historycy opisywali go jako szlachetnego rozbójnika, mszczącego na szlachcie krzywdy chłopów, zabierającego pieniądze bogatym i rozdającego je biedakom.

Na czym opierali swe twierdzenia – na ludowych legendach i pieśniach? Jednak fakty udokumentowane rysują zupełnie inny wizerunek tego „karpackiego rycerza”.

Ciężkie dzieciństwo
Najwięcej dla romantyzacji przywódcy opryszków uczynił historyk Wołodymyr Hrabowecki. W 1994 roku we lwowskim wydawnictwie „Swit” ukazała się monografia naukowca zatytułowana „Ołeksa Dowbusz”. Po raz pierwszy przytoczył on dokumenty archiwalne z XVIII wieku. To na nich będziemy opierać się w tym materiale.

Przyszły mściciel przyszedł na świat w 1700 roku we wsi Peczeniżyn (obecnie rejon kołomyjski). Biednych chłopów dzielono wówczas na trzy kategorie: ogrodnicy (bądź zagrodnicy), chałupnicy i komornicy. Pierwsi mieli chatę, nie mieli ziemi uprawnej, a jedynie niewielkie ogrody. Chałupnicy nie mieli żadnej ziemi i mieszkali w nędznych własnych chatach. Najbiedniejsi byli komornicy. Nie mieli żadnej własności, a najmowali się do pracy u bogatych gospodarzy, za co otrzymywali w komorze kąt do zamieszkania. Ojciec Ołeksy, Wasyl, był takim właśnie komornikiem i mieszkał w obejściu bogatego Hawryły Twerdiuka.

Rodzina Dowbuszów żyła w nędzy. Ale jest tu kilka szczegółów. Przede wszystkim ten, że jeżeli komornicy nic nie posiadali, to też nie płacili żadnych podatków, jedynie odrabiali pańszczyznę. Stary Wasyl hodował kilka owiec, które dawały wełnę, mleko, bryndzę, a więc coś jednak miał. W tamtych czasach istniała możliwość awansu, gdy biedni chłopi, dzięki własnej pracy i uporowi, przedsiębiorczości i pracowitości odbijali od dna stając się zamożnymi gazdami.

Ale wygląda na to, że Wasylowi Dowbuszczukowi to nie odpowiadało. Rzecz w tym, że ten dobrodziej… pił. O przywiązaniu rodziców Ołeksy do okowity świadczą dokumenty. Tak chłop Ołeksa Żołob z Peczeniżyna świadczył, że opryszki zmuszali Żyda-dzierżawcę z Luczy nosić wódkę do pana Wasyla.

Na pytanie, czy Dowbusz z bratem przekazywali jakieś rzeczy czy pieniądze matce, świadek odpowiedział tak: „Nie wiem, czy przynosili, widziałem tylko, że na wódkę dawali matce po kilka szóstaków. Jednej nocy przyszli, gdy nocowałem u gospodarza (Hawryły Twerdiuka – aut.). Zastukali do okna, a matka wyszła do nich i weseliła się z nimi przez kilka godzin”.

Interesujące jest, że historyk Hrabowecki tę okoliczność opisuje inaczej: „Synowie Dowbusza, uzbrojeni od stóp do głów, często nocą zjawiali się w Peczyniżynie. Ale do chaty nie wchodzili. Cały czas stali na straży, wywołali matkę i rozmawiali z nią przez kilka godzin, a odchodząc, zostawili rodzinie pomoc pieniężną”.

Jak widzimy, mama i tato „zalewali” jednakowo. Między innymi jeden z przekazów ludowych twierdzi, że mały Ołeksa urodził się niemy i że wyleczył go z tego karpacki molfar Jósyp Jawnyj. Nie jest wykluczone, że przyszłego mściciela rodzice poczęli po pijaku.

Początek kariery
Minęły lata, Dowbusz dorósł, pasał owce na połoninie i marzył o bogactwach. Jednak zarobionych na bryndzy pieniędzy starczało jedynie na wódkę. Wówczas przypomniał sobie ludową mądrość, że „jeżeli wódka przeszkadza ci w pracy, to rzuć w diabły pracę” – tak więc uczynił.

Pierwszy „wyczyn” mściciela datowany jest rokiem 1739. Dowbuszowi wówczas minęła już trzydziestka. Razem z bratem Iwanem wyróżniali się nadzwyczajną siłą fizyczną i mogli spokojnie być „ochroniarzami” w każdym szynku czy domie publicznym. Kiedyś zwrócił się do nich mieszkaniec wioski Luczki Małe. Konfliktował z trzema swoimi braćmi, którzy go obrazili czy oszukali. Obrażony gospodarz poprosił braci Dowbuszów „porozmawiać” z krewnymi. Opryszki zawitali do wsi, natłukli braci po gębach, splądrowali chaty. Po zastanowieniu orzekli, że jest to lepsze niż harówa na pańszczyźnie.

Następnie bracia i kilku ich wspólników zawitali do Czarnych Osław. Gdy właściciel najbogatszego obejścia zobaczył uzbrojoną bandę przestraszył się i ugościł ich sowicie. Najadłszy się i napiwszy do syta wdzięczni opryszkowie gospodarza nie tknęli, natomiast… ograbili sąsiednie Luczki.

Pierwsza krew
W znanej „Pieśni o Dowbuszu” są strofy, że „on (czyli młody Dowbusz – aut.) na nóżkę staje i toporkiem się podpiera”, innymi słowy – Ołeksa był kulawy. Nie jest to coś dziwnego, bo opryszki ciągle mieli zatargi ze szlachcicami, polowała na nich policja – smolaki, wobec czego może ktoś zranił ludowego mściciela? Otóż nie. Ołeksę okaleczył jego rodzony brat Iwan.

Wołodymyr Hrabowecki pisze o tym wypadku dość ostrożnie: „Wiosną 1739 roku Ołeksa i Iwan razem z opryszkami zawitali do peczeniżańskiej karczmy. O czym rozmawiali i z czego wynikła sprzeczka – nie wiadomo. Ale jasne jest, że Iwan z Ołeksą pokłócili się. Kłótnia chyba była ostrą, bo chwycili za broń. W bójce zginął jeden z opryszków, a Iwan, zaślepiony gniewem, tak uderzył toporkiem brata w nogę, że ten okulał na całe życie.

Od tej chwili drogi braci rozeszły się. Ołeksa ze swymi kompanami nadal działał na Ziemi Galicyjskiej, a Iwan udał się na zachód, na Bojkowszczyznę”.

Świadek tych dalekich wydarzeń, znany już nam Ołeksa Żołob, mieszkający w tej samej co bracia wiosce, opowiedział inną historię: „W Sobotę Wielkanocną w Peczeniżynie bracia tak się upili, że nawet dzieci mogły by ich związać i posiekać. Brat Iwan zaciął brata Ołeksę toporkiem w nogę, a drugiego kolegę wspólnie porąbali”.

Nie trzeba długo zastanawiać się co było przyczyną kłótni – przepicie. Braciszkowie dopili się do białych myszek, a potem komuś wydawało się, że nie jest dostatecznie szanowany przez współtowarzyszy i się zaczęło. Symboliczne jest też to, że pierwszą ofiarą był ich kompan-opryszek. Ale inne źródła o tych faktach nie donoszą.

A propos, ten „bohaterski” wyczyn mógł stać się dla braci ich wyczynem ostatnim. Gdy bracia Dowbuszowie leżeli bez przytomności, obok karczmy przejeżdżał szlachcic Ruszel. Gdy miejscowa Żydówka zaproponowała mu związać opryszków, ten spokojnie odpowiedział: „A za co mam ich wiązać, gdy mi nic nie są winni?”. Gdyby pan Ruszel nie był tak obojętny, przyszłym historykom ruchu wyzwoleńczego trzeba byłoby szukać innych bohaterów.

cdn.

Iwan Bondarew
Tekst ukazał się w nr 4 (320) 28 lutego – 14 marca 2019

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2019 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.