Stanisławowski tranzyt. Część II

-a A+

Kontynuujemy publikację wspomnień wędrowców, którzy gościli w Stanisławowie w XIX wieku. Dziś dowiemy się, jakie wrażenie sprawiło miasto na Ormianinie, Niemcu i Ukraińcu.

Rewizor-bałamut
W 1820 roku diecezja lwowska obrządku ormiańskiego skierowała niejakiego Minasa Peżeszgjanca z zadaniem „osobiście odwiedzić miejsca zamieszkania Ormian i przypatrzyć się pracom i budowlom”. Wyruszył ze Lwowa w czerwcu i już wkrótce był w Stanisławowie. Zainteresowało go w mieście przede wszystkim życie społeczności ormiańskiej. Poświęca temu szczególną uwagę. Po około dziesięciu latach w Wenecji ukazuje się jego książka „Podróż po Polsce i opisy Ormian” (Iter in Poloniam et descriptio Ani), która już pod koniec XIX wieku stała się białym krukiem w bibliofilstwie.

Oddajmy słowo Peżeszgjancowi:

„Wędrując przez różne miejscowości, przybyliśmy wreszcie do Stanisławowa, pięknej stolicy Pokucia. Wybudowane na olbrzymim terenie miasto to oddalone jest o 15 mil od Lwowa. Mieszkają tu Ormianie z Ani.

Gdy polski pan Jędrzej Potocki założył to miasto w 1670 roku, zaprosił Aniatów (Ormian) z Mołdawii i Węgier, by rozwinęli handel w mieście. Na własny koszt wybudował dla nich drewniany kościół, zabudował miasto pięknymi budynkami i uczynił go znanym dzięki rozwojowi handlu i kupiectwa. Nazwał go imieniem swego syna, który zginął w bitwie z Turkami. Początkowo miasto otaczały mury, zdobiły marmurowe pomniki i wspaniałe bramy, które w obawie przed Francuzami zostały rozebrane w naszych czasach, miasto połączono z przedmieściami. Jest tu wiele pięknych murowanych kamienic, 5 murowanych świątyń, wzniesionych przez Józefa Potockiego, drugiego syna wielkiego hetmana. Dlatego w naprzeciwległych krańcach miasta ustawiono dwa pomniki z napisami Józefa: na zachodnim krańcu widzieliśmy figurę MB Niepokalanego Poczęcia, podczas, gdy na wschodnim – św. Józefa.

Piękny jest też rynek, ozdobiony murowanymi sklepami i składami, znany ratusz z wieżą, również pałace panów i obszerne murowane budynki bogaczy, przeważnie dwupiętrowe. Ormianie, których jest około 70 rodzin, zamieszkują oddzielne przedmieście, które nazywane jest dzielnicą ormiańską. Mają wielkie sady. Jest dużo kupców, również urzędników, oprócz szlachty, która mieszka na wsi.

Kościół ormiański jest bardzo piękny i wybudowany w odpowiednim miejscu, ozdobiony kolumnami, jasny i nie różni się od wspaniałych kościołów Italii. Wzniesiony w 1740 roku na cześć Niepokalanego Poczęcia NMP, kościół ma dwie wspaniałe wieże po obu stronach wejścia. Po jednej stronie wielkiego ołtarza mieści się zakrystia, po drugiej – biblioteka z ormiańskich, łacińskich i polskich książek, pomiędzy którymi widzieliśmy również książki pisane mową tatarską. Za głównym ołtarzem znajduje się murowany skarbiec, nad którym jest pokój, gdzie przedtem przechowywano fundusze misyjne. Wokół kościoła roztacza się obszerny dziedziniec z budynkiem parafialnym. Proboszcz kościoła jest wikarym lwowskiego arcybiskupa, a i inni kapłani, z którymi kilka dni obcowałem, należą do zacnych.

Kościół ten wybudowano dzięki licznym uroczystościom, również dzięki bractwu Niepokalanego Poczęcia NMP, jak wskazuje na to kronika kościoła, w której przeczytaliśmy wiele nazwisk braci. Obecnie ilość ich się zmniejsza, a wielu zapomniało języka ormiańskiego. Kronika kościoła wskazuje, że pierwszym proboszczem był o. Balsamowicz, drugim – Zachnowicz, a potem – Cahczadur, Drezer Krikor, Chotan Adżan i inni. W podziemiach świątyni pochowany został świątobliwy o. Jakub Warteresiewicz – mieszkaniec Stanisławowa, który w znacznym stopniu przyczynił się do budowy tego kościoła, a zmarł w 1751 roku”.

Krajoznawca Józef Zieliński, który wydrukował te wspomnienia w 1930 roku, ostro krytykuje autora, określając jego wiadomości jako „bałamutne”. Rzeczywiście, podróżnik popełnił kilka znacznych błędów. Na przykład: miasto Stanisławów zostało założone nie w 1670 roku, a nieco wcześniej; świątynię ormiańską wybudowano dopiero w 1762 roku, a na wschodnim (czyli tyśmiennickim) przedmieściu, stała rzeźba Zbawiciela, którego Peżeszgjanc pomylił ze świętym Józefem.

Niemiec był zachwycony
Gdyby Johann Georg Kohl żył w czasach ZSRR, na pewno zostałby prowadzącym programu „Filmowy klub podróżników”. Urodził się w 1808 roku w portowym mieście Bremie. Chłopiec od dzieciństwa marzył o podróżach, a gdy wyrósł, zrealizował swe marzenia i zarabiał publikując notatki z podróży. Zwiedził Rosję, Anglię, Irlandię, Holandię, Danię, Szwecję, Austrię i nawet Stany Zjednoczone. W 1838 roku, w drodze z Czerniowiec do Lwowa, Johann Georg zawitał do naszego miasta.

„Miasto Stanisławów, pod względem znaczenia i wiadomości, jest drugim miastem w Galicji i liczy 15 tys. mieszkańców. Ponieważ miasto jest dobrze znane wśród wielu milionów mieszkańców w granicach królestwa (Galicji), warto poświęcić mu kilka słów poza granicami tej krainy.

Położone jest między dwoma małymi rzeczkami, które noszą nazwę Bystrzycy, w dolinie Dniestru, i, bez wątpienia, pośród wszystkich miast, leżących w dolinie Dniestru (od Sambora i Stryja aż po Chocim, Bendery i Akerman), najbardziej godne jest podziwu.

Wcześniej okolice te należały do rodu hrabiów Potockich, jednego z najzamożniejszych i najbardziej rozpowszechnionych rodów w Polsce. Dziś jeszcze opowiadają o hrabinie Potockiej, która wzorem polskich magnatów utrzymywała w mieście niewielka armię, i pokazują ruiny fortecy, wybudowanej ku obronie kraju i dla własnych potrzeb. Dziś to „wolne cesarskie” miasto, które prowadzi ożywiony handel z Galicją i Podolem, ma sławne gimnazjum, jest głównym miastem wojewódzkim oraz rezydencją bogatych i znanych rodów szlacheckich, wśród których są hrabiowie Dzieduszyccy i Jabłonowscy jako najbardziej znani.

Ogólnie miasto zabudowane jest w sposób uporządkowany, posiada wielkie budynki, pałace szlacheckie, świątynie itd. Zadziwiły nas sklepy z galanterią, sklepy z przyprawami, bogato wypełnione towarami wiedeńskimi. W aptekach panuje porządek, a w licznych cukierniach, piekarniach i kawiarniach widać dostatek. Dlatego uważam, że podróżnik z Zachodu musi się tak samo zdziwić, widząc na skraju cywilizowanego świata tak porządne miasto, jak i my zdziwiliśmy się, powracając ze stepów, spoglądając na to miasto, uporządkowane, ozdobione sposobem niemieckim. Wędrując nocą po mieście, niespodziewanie dla siebie zastaliśmy dobrze oświetlone ulice, straż nocną, a również słyszeliśmy (nawet późną nocą) przyjemne głosy hejnału z wieży. W jednej z winiarni biesiadowali spóźnieni goście. Wchodząc do środka, zastaliśmy tam Żydów w długich czarnych jedwabnych chałatach z pięknymi długimi brodami. Byli już podchmieleni i śpiewali pijackie piosenki na tę samą osobliwą melodię, na którą w tym kraju w synagogach śpiewają psalmy Dawida. Poza Polską, tą drugą ojczyzną Żydów, rzadko można spotkać takie żydowskie bachanalie.

W następnym dniu odbywały się nabożeństwa w świątyniach i jarmark na rynku. We wszystkich miastach galicyjskich plac handlowy nazywa się rynkiem (w niemieckim oryginale – Ring). Bez wątpienia, słowo to jest germanizowanym polskim słowem „rynek”, ale galicyjscy Niemcy wyobrażają sobie, że słowo to jest właściwie słowem niemieckim, a znaczenie jego pochodzi od tego, że plac otoczony jest straganami i składami. Dlatego na wszystkich narożnych kamienicach wszystkich galicyjskich placów handlowych jest polski napis „Rynek”, a pod nim – „Ring” lub „Ringplatz”. Wszystkie ulice, podobnie jak i plac, mają napisy po polsku i po niemiecku, należnie umieszczone na narożnych kamienicach, a również brukowane są tłuczniem dniestrowym. Na rynku i po ulicach snuło się bardzo wielu ludzi, co dla nas (na podstawie niemieckich wiadomości o Polsce nie nawykliśmy do takiego ruchu) było wielką niespodzianką; w różnorodnym tłumie widać było Ormian, Żydów, Polaków, górali, niemieckich urzędników i węgierskich wojskowych.

Z placu rynkowego tłumy napływały do świątyń, a ze świątyń – na bazar i do szynków. Oglądaliśmy katolicki kościół farny, który według rozmiarów i struktury słusznie zasługuje na miano katedry; oglądaliśmy wielkie organy, znaczną przestrzeń, szlachetny styl i inne ozdoby. Ambona, chór, organy i ołtarze ozdobione cenną rzeźbą w drewnie, a całą świątynię wypełniają kamienne i drewniane rzeźby – prawie tak liczne jak i wierni. Charakterystyczna dla kapłanów fantazja przejawia się w sposobie upiększania jednego z ołtarzy, w którym wysoko w górze znajdują się szklane kule, wypełnione wewnątrz cieczą, zabarwiona na różne kolory: ciemno-czerwony, błękitny, żółty i zielony. Za każdą kulą stoi zapalona lampa, której światło mieni się różnorodnymi barwami. W Rosji podobne kule używają aptekarze do ozdabiania swoich wystaw.

Na targu przede wszystkim sprzedawano sól karpacką z solanki w Rosolnej i z innych karpackich solanek. Sprzedają ją podobnie jak ser, w małych śnieżnobiałych głowach, które można zobaczyć w każdym żydowskim kramiku. Handlarze mają malutkie piły, przy których pomocy dzielą te głowy na małe kawałki, w cenie od jednego do półtora grajcara.

W Stanisławowie znów mieliśmy to miłe uczucie, że znajdujemy się w prawdziwym mieście, którego wcześniej nie widzieliśmy w rozrzuconej bezładnie zabudowie miast rosyjskich. Tam budynki opierają się jeden o drugi, tworząc szczelne grupy. Dachy wyższych budynków sterczą ponad niższymi, a nad nimi wystają wieże cerkwi. Ulice tu przecinają się w różnych kierunkach, a główne ulice – w Rosji takich ulic nie ma – to aleje topolowe, gościńce i szeroko rozrzucone przedmieścia, sprawiły na nas wspaniałe wrażenie, jak i ogólny widok miasta, rozciągający się z zachodnich wzgórz, na których nasza bryczka zatrzymała się o 8 rano, podążając w dalszą drogę”.

Jest to urywek z „Podróży po Rosji i Polsce”, wydanej w Lipsku w 1841 roku. Opis miasta jest dość obszerny, ale gdy wspomnimy, że autorowi honorarium płacono za każdy wiersz – wszystko staje się jasne. Wszystko, co Kohl zobaczył w podróży, można określić krótko: Ukraina to nie Rosja.

Dziewięć listów do przyjaciela
Pośród uczestników „Ruskiej trójcy” najmniej znanym jest Jakub Głowacki. Pod koniec życia pan Jakub przeszedł na moskalofilskie pozycje i emigrował do Imperium Rosyjskiego. W młodości pilnie studiował historię, folklor i etnografię Galicji i nawet wypuścił się w kilka podróży etnograficznych. Wynikiem tych badań była książka „Wędrówka po Galicji i Rusi Węgierskiej”. Pisana jest w formie listów do przyjaciela. W sumie jest ich dziewięć. List, w którym opisuje Stanisławów, datowany jest 27 lipca 1839 roku.

„Rysy mieszkańców koło Kałusza i Stanisława są bardzo regularne, białawe, z żywym rumieńcem, wzrost średni, oczy – niebieskie, co szczególnie kobietom dodaje uroku…

Stanisław położony jest na suchej równinie pomiędzy dwoma Bystrzycami i Wroną; zbudowany pięknie i prowadzi ożywiony handel. Kupcy mają bezpośrednie kontakty z Wiedniem, Brnem i innymi miastami. Miasto związane jest z Mołdawią, co ma wielki wpływ na rozkwit miasta, najpotężniejszego po Lwowie, chociaż najmłodszego na Galicji. Jest tu gimnazjum, normalne szkoły dla dziewcząt, księgarnia I. Milikowskiego, drukarnia, sąd, forum nobilium, urząd powiatowy, magistrat itd.”.

Powiadają, że lakoniczność jest siostrą talentu, ale tu Głowacki mógłby napisać więcej. Lecz dzięki mu i za to.

Iwan Bondarew
Tekst ukazał się w nr 22-23 (291-292) 19 grudnia 2017 – 15 stycznia 2018

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2018 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.