Sensacje i afery

-a A+

Prasa lwowska w okresie międzywojennym oprócz wydarzeń politycznych z kraju i świata opisywała wydarzenia odbywające się w naszym mieście.

Najbardziej poczytne były informacje o dziwnych zjawiskach i kto, kogo i czym zamordował – tych informacji jest w bród. Oto kilka takich przykładów z Wieku Nowego, Gazety Porannej i Gazety Lwowskiej.

Zjawiska nadprzyrodzone cieszyły się zawsze wzmożoną poczytnością. Często jednak za tym stała zwykła ludzka złośliwość.

Sensacyjne zjawiska.
Duchy czy figle lokatorskie
Znana już czytelnikom „Wieku Nowego” sprawa sensacyjnych zjawisk w domu przy ul. Bagateli w Warszawie nie przestaje być przedmiotem ogólnej uwagi. Wywołała ona zainteresowanie w całej Polsce. Obecnie przybyła do Warszawy dr Matylda Ś., amatorka-medjum, która ma już wiele sukcesów na tem polu. Oświadczyła ona gotowość seansowania w domu, nawiedzonym przez złośliwego wampira.

Pozatem istotą zjawisk w tym domu zajęło się warszawskie Towarzystwo Psychologiczne. Zamierza ono zbadać przede wszystkiem ewentualną medjalność osób, które dały się opanować lękowi i pod wpływem jego uciekły z domu tego do hotelu. Podczas gdy wśród ludku warszawskiego wiadomości o zjawach w domu przy ul. Bagateli rozważane są z całą wiarą, to natomiast sceptycy zapatrują się inaczej na te zjawiska i skłonni są nawet przypisywać je czyjejś złośliwości.

Przypuszczają mianowicie, że są to figle lokatorskie. W każdym razie byłyby to figle niezwykłe i prawdopodobnie nie prędko jeszcze ucichnie wrzawa, jaką wywołała ta zagadkowa bądź co bądź sprawa wśród ludności warszawskiej.

Chociaż przed wojną nie było tzw. „bezwizu”, to jednak paszport zagraniczny był rzeczą pożądaną. Korzystano z tego… ale do czasu.

Nadużycia paszportowe
Przed sądem okręgowym w Piotrkowie rozpoczął sie proces przeciwko b. staroście St. Fijałkowskiemu i dwom urzędnikom starostwa Bielskiemu i Naneckiemu o nadużycia paszportowe. Oskarżeni wydawali mianowicie nielegalne paszporty zagraniczne, a pobierane opłaty przywłaszczali sobie. Nadużycia wykryte zostały przez wojewódzką komisję lustracyjną. Do procesu powołano około 80 świadków.

W okresie międzywojennym bardzo popularna była piosenka o Felusiu Stankiewiczu, śpiewana przeważnie przez ulicznych śpiewaków:

Feluś Stankiewicz, chłopak
morowy,
Wyszedł na urlop
sześciotygodniowy… itd.

Tymczasem okazuje się, że niejaki Aluś Stankiewicz był postacią realną i trochę we Lwowie narozrabiał…

Specjalna wyprawa nocna policji pod las na Kleparów.
Ujęcie niebezpiecznego nożowca Stankiewicza
Przed miesiącem w kawiarni „Republika”, obecnie nazwanej „Belmont”, mieszczącej, się w „Narodnej Hostynicy” przy ul. Kościuszki 1, w nocy powstała wielka awantura, zakończona strzałami. Oto wówczas przyszli tam znani nożowcy i awanturnicy – dwaj bracia Stankiewicze z Janowskiego w towarzystwie Stanisława Obłąka i Michała Palucha. Wywołali tam oni awanturę, wobec czego kelnerzy zawezwali policję. Wówczas wszedł do lokalu st. post Ogrodnik i usiłował awanturników usunąć z kawiarni, – lecz wtedy oni na niego rzucili się, a Aleksander Stankiewicz wyjął Ogrodnikowi bagnet, chcąc go nim przebić.

Jednak Stankiewicz przerachował się – bo Ogrodnik, w obronie własnej, wyjął rewolwer i strzelił do niego, ciężko go raniąc. W następstwie tego policja Aleksandra Stankiewicza odstawiła do szpitala, skąd on w kilka dni po wyzdrowieniu zbiegł tak, że nie można go było osadzić w więzieniu.

Wszelkie poszukiwania za nim pozostawały bez skutku, gdyż on sprytnie ukrywał się przed policją, chodząc po ulicach w mundurze konduktora kolejowego. Wczoraj policja wpadła na ślad kryjówki Stankiewicza w Kleparowie i tam dzisiejszej nocy wybrała się celem jego ujęcia. Ukrywał się on w domu, stojącym na osobności pod lasem, u Jakóba Murdzy, ślusarza kolejowego.

Po godzinie drugiej w nocy dom Murdzy okrążyli wywiadowcy Wydziału śledczego pp. Malawski, Kowalski i Klepczarek w asystencji posterunkowych. Gdy zapukano do drzwi, Stankiewicz w negliżu usiłował dwukrotnie przez okna wyskoczyć z mieszkania, aby schronić się do lasu. Spotkał się jednak z rewolwerami posterunkowych i musiał policji poddać się.

Zakuto go w kajdanki i odstawiono do więzienia. Kolejarz Murdza odpowiadać będzie przed sądem za ukrywanie Stankiewicza u siebie i udzielanie mu kolejowego ubrania celem zmylenia tropu policji.

- Królestwo za konia – krzyczał król Anglii Ryszard III. We Lwowie też konie były towarem pożądanym…

Kradzież konia z dorożką
Simche Träger, dorożkarz, zam. w Kleparowie 64 zawiadomił policję, że ze stanowiska przy pl. Goluchowskich skradziono mu konia z dorożką. Ponosi on szkodę ponad 1000 zł.

Najlepiej zarabia się na… zapałkach i łatwowierności

Oszustwo zapałczane
W roku ubiegłym zgłosił się do inż. Leona Postępskiego. zamieszkałego we Lwowie, niejaki Józef Falber, zam. na Batorego 32 i przedstawiwszy się jako znawca branży zapałczanej zaproponował inżynierowi zawarcie spółki. Spółka polegać miała na tem, że inż. Postępski miał dostarczać pieniądze na wagonowe zakupy zapałek w monopolu państwowym, zaś Falber winien był zająć się detaliczną rozprzedażą tychże. Falber otrzymał „na początek’’ parę tysięcy złotych i rozpoczął handel z którego znowu pewien dochód, stwierdzany na podstawie ksiąg kasowych miał wpływać do kieszeni inż. Postępskiego.

Zrazu „fachowiec” starał się wywiązać ze swych zobowiązań, zdołał zdobyć sobie zaufanie, a korzystając z łatwowierności wspólnika ciągle pobierał większe kwoty na „zakupy”. Gdy jednak przyszło do rozliczeń sprawa poczęła się wikłać. Falber nie mógł dostarczyć odpowiednich pokwitowań ani też nie wpłacał inżynierowi należnych zysków, tłumacząc się brakiem wykazów z warszawskiego monopolu państwowego. Wkrótce też inż. Postępski zorjentował się w krętactwach wspólnika, odniósł się do Centrali monopoli zapałczanych, skąd otrzymał stwierdzenie, że Falber od początku bieżącego roku żadnych wpłat pieniężnych nie uczynił.

Wynikało więc jasno, że pobrane pieniądze przywłaszczał sobie, oszukując łatwowiernego wspólnika. Wobec takiego stanu rzeczy inż. Postępski uczynił doniesienie do władz prokuratorskich, które zarządziły natychmiast aresztowanie oszusta.

Z tablicy pamiątkowej, umieszczonej obecnie na areszcie śledczym we Lwowie, czyli dawnych Brygidkach, dowiadujemy się, że tylko raz udała się stamtąd ucieczka więźniów. Mija się to z prawdą, bo…

Ucieczka króla oszustów z Brygidek
Mniej więcej przed rokiem udało się lwowskiej policji ująć poszukiwanego w całej Polsce przez wszystkie niemal sądy jednego z największych oszustów doby obecnej nazwiskiem Władysława Wydrzyńskiego, o którego występach w swoim czasie pisaliśmy obszernie na łamach „Gazety Porannej“. Z tryumfem oddano go w ręce władz sądowych, gdzie miała go czekać zasłużona kara. Po rozprawie, na której został zasądzony na kilkuletnie więzienie, przywieziono go do więzienia „Brygidki“ przy ul. Kazimierzowskiej celem odsiadywania kary.

Z prawdziwą przykrością dowiedziały się wczoraj władze policyjne, iż przedwczoraj udało mu się zbiec z więzienia, wobec czego należy się spodziewać nowych oszukańczych występów tego niezwykłego rycerza oszustów.

Strzeż się swego nazwiska – można było doradzić temu włamywaczowi…

Włamywacza Paluszczaka zdradziły paluszki
W nocy z 17. na 18. lipca. br. dokonano włamania do kasy Szkoły Ogrodniczej w Zamarstynowie i po rozbiciu kasy skradziono gotówkę w kwocie 4.420 zł. Wedle zeznań dozorcy nocnego Jana Domagalskiego miało być sprawców czterech, których widział, gdy już uciekali. Funkcjonariusze policyjny przybyli na miejsce włamania, znaleźli na kasie ślady palców oraz ślad jednego obcasa. Dokonano zdjęć tych śladów, a przeprowadzone badania tych zdjęć w kartotekach centrali inwigilacyjnej wykazało, że odciski tych palców należą do znanego włamywacza Kazimierza Paluszczaka.

By nie było żadnej wątpliwości, oba zdjęcia posłano do oddziału dla specjalnych badań, skąd po pewnym czasie wróciła stwierdzona ekspertyza, że rzeczywiście rysy charakterystyczne obu zdjęć są identyczne. Wówczas Paluszczaka aresztowano i skonfrontowano z dozorcą Domagalskim, który rozpoznał w nim jednego z uczestników wyprawy. Nie rozpoznawał on go jednakowoż z całą stanowczością, raczej wskazywał na podobieństwo wzrostu i ruchu.

Wczoraj Paluszczak stawał przed sądem III (¡przewodniczący r. Bajorek), oskarżony o to włamanie, Przesłuchano szereg świadków, zwłaszcza na alibi, na które powoływał się oskarżony. Mianowicie twierdził on, że krytycznej nocy bawił w restauracji Rosenberga w Zniesieniu. Tymczasem udowodniono, że widziano go tam od godz. 1 w nocy i po 3, natomiast nie wykazano, gdzie spędzał czas między 1 a 3 w nocy. Mimo szeregu poszlak, jak również ekspertyzy odcisków, sąd uwolnił go od winy i kary, stojąc na stanowisku, że sama ekspertyza, ani poszlaki nie są dostatecznemi dowodami winy. Oskarżał prok. Sobolewski, bronił adw. Szymon Weiss.

I na zakończenie nawiązując do kilku ciepłych październikowych letnich dni…

Latko
Co innego jest lato, a co innego „latko”. Teraz marny najprawdziwsze „latko”, i tak czarujące, że trzeba być chyba ostatnim gruboskórnikiem, aby tego nie odczuwać i nie zachwycać się tem zupełnie szczerze.

Świat jest cały w złocie żółkniejących liści; ogrody i planty wyglądają, jak jedna złota, przepyszna fala, jedno ogromne bogactwo złota we wszystkich najsubtelniejszych odcieniach. Tu i ówdzie podkłada się pod to złoto wielki szmat umierającej, chorobliwie bleknącej zieleni. Jest to zieleń o przedziwnie rozległej skali barw, takich barw zielono-czarnych, zielono-żółtych i zielono-czerwonych, jakie ogląda się na starych metalach czy na starych, zrudziałych makatach i złotogłowiach.

A na to wszystko pada słońce. Słońce bogate i ciepłe, przygrzewające łagodnie, jak na wiosnę. Słońce mieni się na złotych liściach mirjadami blasków, uśmiechów i pożegnań, i opowiada drzewom jakąś cudowną, spokojnie smutną bajkę.

Jest po prostu gorąco. Idą jakieś powiewy miłe, lekkie, muskające twarz. Jakieś wietrzyki, jakby od Południa, które pachną i koją nerwy. Coś niby... lwowska Riviera. Ludzie rozpinają płaszcze, odrzucają zimowe szaliki, zrzucają rękawice. Tak dobrze jest, gdy łagodny, wonny ruch powietrza dotknie ludzkiej dłoni i pogładzi nas po skroniach, jak strusie pióro z pachnącego wachlarza. Marny więc znowu dużo słońca i ciepła. Z rozkoszą przechadzamy się po ulicach. Stopy nasze szeleszczą w liściach, pokrywających gęsto chodniki. Czasem zleci sobie cicho z nieba samotny żółty liść, albo zapuka o kamienną taflę spadający kasztan. Mamy przy końcu października „latko”.

Jak wytrwa tak do pierwszych dni listopada, to będzie się to nazywać „Marcinkowem latkiem”. Ale jedna stara babuleńka opowiadała nam dzisiaj, że to nie jest żadne nowe lato, tylko że to jesień się zdrzemnęła i śni swój sen o niepowrotnie minionej wiośnie...

Zachowana została oryginalna pisownia.

Opracował Krzysztof Szymański
Tekst ukazał się w nr 20 (288) 31 października – 16 listopada 2017

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2017 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.