Czy ORP „Orzeł” zatopił Estonię?

-a A+

Któż w Polsce nie zna historii słynnego okrętu podwodnego, który brawurowo uciekł z Tallinna, przedarł się do Wielkiej Brytanii, dzielnie walczył i zaginął bez wieści podczas kolejnej misji bojowej?

Poświęcono mu nawet – za komuny, ale na fali odwilży (wszedł na ekrany w 1958 r.) – film fabularny zrealizowany przez znakomitego przedwojennego fachowca Leonarda Buczkowskiego, często i dziś przypominany przez polskie kanały telewizyjne. Cieszy się on renomą solidnego, bo opartego także na relacjach marynarzy „Orła”, również tych, którzy przeżyli, gdyż nie brali udziału w jego ostatniej misji.

A jednak w ostatnich latach pojawiły się różne wątpliwości dotyczące właśnie owej początkowej części odysei okrętu, związanej z niespodziewanym zawinięciem do Tallinna – portu neutralnej Estonii – i późniejszej ucieczki stamtąd. Po pierwsze, nie tyle wyszła na jaw, co została szerzej upowszechniona niezbyt budująca historia ówczesnego dowódcy „Orła”, dotychczas przemilczana lub podawana w złagodzonej formie, by nie zaszkodzić patriotycznemu mitowi. Nawiasem mówiąc, przypomina to przedstawianie przez całe dekady jako dowódcy heroicznej obrony Westerplatte majora Sucharskiego zamiast rzeczywistego bohatera, kapitana Dąbrowskiego. I swoją cegiełkę do budowy mitu kosztem prawdy dołożyli polscy filmowcy – w tym przypadku reżyser Stanisław Różewicz, twórca filmu „Westerplatte” (1960 r.).

Zwróćmy uwagę na tytuły i stylistykę obu filmów, zrealizowanych wszak przez różnych twórców, ale w podobnym czasie: „Orzeł” i „Westerplatte” – tak po prostu, a nie na przykład „Epopeja ORP Orzeł”, czy „Westerplatte – pole chwały”. Zarówno owe pozbawione ozdobników tytuły, jak surowa, prawie dokumentalna faktura zdjęć i sposób gry aktorskiej zostały zastosowane świadomie właśnie w celu przekonania widzów, że nie oglądają podkoloryzowanej wersji obrosłych mitami zdarzeń, ale są świadkami wręcz drobiazgowej rekonstrukcji prawdziwych faktów.

Nic by w tym nie było złego, gdyby… fakty te były prawdziwe, tymczasem oba te świetnie zrobione filmy w niektórych kluczowych wręcz szczegółach świadomie wprowadzają widzów w błąd. I to z wielką szkodą dla przedstawianych heroicznych zmagań, bo gdy się po obejrzeniu filmu nagle dowiadujemy, że to wcale nie ten, co na ekranie – był dowódcą obrony Westerplatte, to można zwątpić w rzetelność przedstawienia także wszystkich innych ukazanych na ekranie zdarzeń…

Estoński kuter patrolowy MP-10 bierze udział w internowaniu ORP „Orzeł”. Tallin – Estonia, wrzesień 1939 r. (fot. okruchyhistorii.blogspot.com)

Gdy mowa o historii „Orła”, zawsze pojawia się pytanie: po kiego diabła w ogóle wpłynął do portu w Tallinnie? Filmowa odpowiedź jest prosta – dowódca, komandor Henryk Kłoczkowski zachorował i trzeba go było wysadzić na brzeg w neutralnym państwie, a Estonia… No właśnie, Estonia wcale nie była najbliżej, ale nie to jest istotne. Ważne jest to, co odkryłem wspólnie z moją estońską koleżanką, Katrin Laur, zbierając materiały do filmu dokumentalnego o tallińskim epizodzie „Orła” – otóż wszystko było nie tak, jak dotychczas przedstawiano, czy to w filmie, czy w publicystyce historycznej, a w dodatku ucieczka polskiego okrętu mogła wywrzeć niespodziewanie istotny wpływ na znaczące decyzje polityczne w tym regionie.

Zacznijmy od tego, co już dziś dość dobrze znane – dowódca „Orła”, świetny podwodnik, nadzorujący jego budowę w holenderskiej stoczni, już w kilka godzin po napaści niemieckiej 1 września zaczął wykazywać wyraźne oznaki załamania psychicznego, pokrywanego przez rzekomą chorobę żołądka. Młodsi oficerowie, z zastępcą komandora kapitanem Grudzińskim na czele wręcz stwierdzali później, że znając potęgę wojskową Niemiec zwyczajnie stchórzył, unikając walki i wbrew rozkazom dowództwa polskiej Marynarki Wojennej wyprowadzając „Orła” w sektor, gdzie nie było okrętów niemieckich.

Współcześni badacze przypominają w tym kontekście aferę z udziałem Kłoczkowskiego, która miała miejsce właśnie w Holandii, półtora roku przed wybuchem wojny, gdzie przyłapano go z prostytutką. Wyraża się przypuszczenie, że choć aferę wyciszono, prostytutka ta mogła być niemiecką agentką, co pozwoliło potem Niemcom szantażować dowódcę „Orła”. Niektórzy z przedwojennych znajomych Kłoczkowskiego wspominają, że niespodziewanie zaczął się on z uznaniem wyrażać o Hitlerze i mocy jego armii. Czy na pewno jednak była owa pani agentką niemiecką?…

Po kilku dniach „choroby” komandor Kłoczkowski decyduje się zejść na ląd w celu leczenia w jakimś neutralnym kraju i mimo odmiennych sugestii swoich oficerów wybiera port Tallinn, motywując to dobrymi stosunkami z Estończykami z dawnych lat. Nie było to zapewne wymysłem, gdyż urodzony w Petersburgu Kłoczkowski w czasie I wojny światowej uczył się w carskiej Szkole Morskiej, której absolwentami było sporo oficerów różnych nacji, w tym Estończyków.

Zresztą – o czym się za czasów komuny nie wspominało – stosunki między II RP a Estonią były przed wojną bardzo ciepłe. Marszałek Piłsudski doskonale znał i cenił tamtejszego „Naczelnika”, żonatego z Polką – wilnianką Marią z Kruszewskich, generała Johana Laidonera jeszcze z czasów, gdy w 1920 r. wspólnie obronili przed bolszewikami niepodległość Łotwy. Gościł go w Warszawie w 1928 r. i odznaczył Krzyżem Srebrnym Orderu „Virtuti Militari” oraz Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski „Polonia Restituta”. Wielu oficerów estońskich na mocy ustaleń obu przywódców studiowało w Wyższej Szkole Wojskowej w Rembertowie, wynosząc stamtąd nie tylko znajomość polskiego, ale i szczerą sympatię do naszego kraju. Estonia, będąc obok Litwy i Łotwy krajem, który utrzymał wywalczoną od bolszewików wolność, była istotnym symbolem pozytywnym w realizacji „idei prometejskiej” Piłsudskiego, czyli wyzwolenia z sowieckiego jarzma innych narodów – Ukrainy, Gruzji, czy Azerbejdżanu.

Laidoner całkowicie podzielał poglądy geopolityczne Piłsudskiego – w 1924 r. stłumił bunt inspirowany przez bolszewików, a w 1934 pucz faszystowski, zaprowadzając rządy wojskowe podobne nieco do naszej „sanacji”. Na polecenie Marszałka w tymże 1934 r. odwiedził Generała (po estońsku Kindrel – gdy się tam używa tego określenia, wiadomo że mowa o Laidonerze, jak u nas Marszałek oznacza Piłsudskiego) minister spraw zagranicznych Józef Beck. Sam Laidoner natomiast złożył kolejną wizytę w Warszawie w bardzo ciekawym momencie, a mianowicie w kwietniu 1939 r. Rozmowy polityczne zwieńczyło udekorowanie go przez prezydenta Mościckiego najwyższym polskim odznaczeniem – Orderem Orła Białego.

Tak więc do portu takiej przyjaznej nam Estonii wpływa ORP „Orzeł” z pełnym prawem oczekując życzliwego przyjęcia. Tyle, że w ciągu ostatnich dwóch miesięcy sytuacja polityczna się zmieniła. Oczywiście, poza sygnatariuszami nikt nie znał tajnych punktów Paktu Ribbentrop-Mołotow (który zresztą zgodnie z prawdą powinien być zwany: Pakt Hitler-Stalin), jednak przypomnieć należy, że dotyczył on nie tylko wspólnego niemiecko-sowieckiego rozbioru Polski, ale i podziału stref wpływów w Europie wschodniej. A zgodnie z owym podziałem Estonia, podobnie jak Łotwa i Finlandia miały się znaleźć w strefie sowieckiej…

Tymczasem w filmie Buczkowskiego i peerelowskiej pseudohistoriografii przetrzymanie „Orła” w Tallinie ponad 24 godziny, co poskutkowało jego internowaniem, było rzekomo intrygą niemiecką. Jakim cudem? I dlaczego w tej sytuacji udała się brawurowa ucieczka, wbrew rzekomym próbom pościgu i ostrzału z estońskiej strony – którego w istocie nie było!

Według wersji estońskiej, która wyłania się powoli z przetrzebionych przez Sowietów archiwów, ucieczkę polskiego okrętu przygotował po cichu sam Kindrel Laidoner. To na jego polecenie opieszale prowadzono proces rozbrajania „Orła”, odwracając go przy tym dziobem do wyjścia z portu pod pozorem wydobycia torped z tylnej części – czego zresztą nie zrobiono. W noc ucieczki w całym porcie wojennym z powodu nieznanej „awarii” wysiadło oświetlenie, zaś dwaj pilnujący okrętu estońscy marynarze zamiast niemieckich Mauserów otrzymali przedpotopowe długaśne karabiny rosyjskie bez amunicji, co pozwoliło polskim marynarzom bez problemów rozbroić ich i zabrać na pokład.

W niektórych wielce barwnych opowieściach polskich autorów, wciąż na nowo i dziś publikowanych, „Orzeł” wypływa pod ostrzałem – w zachowanych relacjach załogi estońskiej baterii natomiast mowa o… wzajemnym przyjaznym wymachiwaniu rękami! Baterie bowiem otrzymały z najwyższego dowództwa zakaz otwarcia ognia do uciekającego okrętu. Dwaj porwani przez załogę okrętu Estończycy – wedle ich wspomnień – byli przez załogę traktowani wręcz serdecznie. Wysadzono ich na ląd przy pierwszej okazji, na Gotlandii, wyposażając w żywność, solidną porcję spirytusu, po pięćdziesiąt dolarów na głowę oraz list do Laidonera, ponoć z przeprosinami za przysporzenie mu przez ucieczkę „Orła” kłopotów.

Co prawda nic nie wiadomo, by uwolnieni estońscy żołnierze przekazali owo pismo Kindrelowi, bo chyba w ogóle do ojczyzny nie wrócili, zapewne właśnie z powodu owych przewidzianych przez Polaków „kłopotów”, które na Estonię istotnie niemal natychmiast spadły. Ustami komisarza spraw zagranicznych Mołotowa Związek Sowiecki zakomunikował bowiem władzom estońskim, że skoro same nie potrafią zadbać o bezpieczeństwo kraju, czego dowodem było właśnie wypuszczenie obcego, internowanego okrętu, to Sowieci chętnie „pomogą” poprzez wprowadzenie do Estonii „ograniczonego kontyngentu” Armii Czerwonej. Tym sposobem wymknięcie się z Tallina ORP „Orzeł” stało się dla Stalina dogodnym pretekstem do przyspieszenia realizacji planów wcielenia państw bałtyckich do „wspólnoty socjalistycznych republik sowieckich” zgodnie z tajnymi punktami paktu.

Dowcip polega na tym, że być może całe to zamieszanie spowodowane zostało całkiem świadomie przez pierwszego dowódcę „Orła”, komandora Kłoczkowskiego. Być może wówczas w Holandii został zwerbowany nie przez Abwehrę, lecz przez NKWD i wszystkie jego działania po wybuchu wojny były nakierowane na dokonanie prowokacji przez wprowadzenie okrętu jednej z walczących stron do portu neutralnej Estonii, która w dodatku rok wcześniej – podobnie jak Finlandia i Szwecja – wypowiedziała układ dotyczący możliwości wpływania takich jednostek na 24 godziny. O fakcie tym dowództwo polskiej Marynarki Wojennej doskonale wiedziało, jakże więc mógł tego nie wiedzieć najlepszy nasz „podwodnik”? Współcześni polscy znawcy piszą wręcz, że internowanie „Orła” nastąpiło całkowicie zgodnie z prawem i Estonia była po prostu do tego zobowiązana.

Tak więc Kłoczkowski spokojnie udaje się na „leczenie” do tallińskiego szpitala, świetnie sobie zdając sprawę, że jego zastępca Grudziński z cichą pomocą życzliwych Estończyków podejmie próbę ucieczki, co sprowokuje ostrą reakcję sowiecką, niezależnie od skutków owej próby. Nawet bowiem gdyby „Orła” zatrzymano, Mołotow i tak mógłby wystosować swoje ultimatum, a po zajęciu Estonii jako „bonus” Sowieci przejęliby jeden z najnowocześniejszych okrętów podwodnych na świecie!

Zwróćmy przy tym uwagę na fakt, który w filmie o dziejach „Orła” został oczywiście pominięty – datę ucieczki polskiego okrętu. A jest to data znamienna – noc z 17 na 18 września 1939 r., czyli już po pierwszym dniu sowieckiej napaści na Polskę… Być może był to ostatni moment, gdy Estończycy byli jeszcze gotowi zaryzykować przymknięcie oka na taką próbę. Wprawdzie ambasada RP w Tallinie przetrwała jeszcze niemal rok, aż do całkowitego wchłonięcia Estonii przez Sowietów, ale w obliczu wprowadzenia na terytorium tego kraju już 30 września 25 tysięcy sowieckich „bojców”, faktycznie działała na ziemi okupowanej. Niemniej, ciekawy jest fakt, że ambasada ignorowała wszelkie starania Kłoczowskiego, który domagał się, by go wysłano do Anglii.

Bowiem domniemany winowajca całej afery Kłoczowski błyskawicznie „wyleczył się”, lecz nadal pozostawał w Tallinie. Po aneksji Estonii został przez Sowietów aresztowany i trafił do obozu w Kozielsku, ale jakoś dziwnym trafem ani nie skończył jak obozowi koledzy w katyńskim lesie, ani w syberyjskim gułagu, jak Generał Laidoner, także uwięziony przez Rosjan za swe „zbrodnie”.

Laidoner
Dalsze losy komandora nie są całkiem jasne – ponoć w obozie był bojkotowany za wyrażane prosowieckie już, a nie proniemieckie sympatie, ale czy podobnie jak renegaci typu Berlinga trafił do podmoskiewskiej „willi obfitości”, gdzie Sowieci szykowali kadry wiernego sobie przyszłego aparatu wojskowego komunistycznej Polski – nie wiadomo. Trafił za to wkrótce potem dzięki amnestii do Armii Andersa organizowanej w Związku Sowieckim z internowanych i więzionych obywateli RP na mocy umowy Sikorskiego ze Stalinem.

Gdy w 1942 r. Andersowi udało się wyprowadzić swą formację na Bliski Wschód, sprawa Kłoczkowskiego nabrała gwałtownego przyspieszenia – teraz nie musiał już się dopraszać wysłania do Anglii, bo wysłał go tam sam generał Anders. W Londynie w trybie pilnym komandor został skazany przez polski sąd wojskowy za zhańbienie munduru i zdradę na degradację do stopnia szeregowego marynarza, wydalenie z Marynarki Wojennej oraz 6 lat więzienia po zakończeniu wojny – ten ostatni punkt wyroku nie został zrealizowany.

Pomijając prawidłowość procesu i sprawiedliwość wyroku, podważane przez dzisiejszych badaczy ze względu na uniemożliwienie oskarżonemu skutecznej obrony, negatywna ocena jego działań jako dowódcy ORP „Orzeł” we wrześniu 1939 nie podlega wątpliwości. Zwłaszcza, że oparta była również na zeznaniach tych członków załogi okrętu, którzy przeżyli, bo nie wzięli udziału w jego ostatniej tragicznie zakończonej wyprawie.

Sam komandor nigdy się z wyrokiem nie pogodził, starając się o rehabilitację zarówno sądownie, jak i poprzez służbę w konwojach transatlantyckich poza jurysdykcją polskiej Marynarki Wojennej. Zmarł w 1962 r. w USA, nigdy nie wyjaśniwszy przekonująco swego zagadkowego postępowania we wrześniu 1939 r.

Tablica upamiętniająca ORP „Orzeł” w porcie wojennym w Tallinie (fot. mw.mil.pl)

Dziś Estonia ponownie jest wolnym i suwerennym państwem, od kilku już lat naszym sojusznikiem w ramach NATO i znów łączą nas także więzy przyjaźni. W Muzeum Józefa Piłsudskiego odsłonięto tablicę ku czci zamęczonego przez Sowietów Generała Johana Laidonera, a w tallińskim porcie na budynku dawnego kapitanatu widnieje tablica upamiętniająca słynną ucieczkę „Orła”.

Jednak wiele kart naszej wspólnej historii nie zostało do końca wyjaśnionych i tym właśnie chcemy się zająć w polsko-estońskim filmie dokumentalnym. Opierając się na nowo ujawnianych dokumentach archiwalnych spróbujemy nie tylko przeniknąć prawdziwe okoliczności internowania i ucieczki okrętu z Tallina oraz zagadkową w tym wszystkim rolą komandora Kłoczkowskiego, ale także przypomnieć całkowicie u nas nieznane fakty związane z osobą Johana Laidonera, wielkiego przyjaciela Polski, który w mogile zbiorowej sowieckiego łagru spoczął obok polskich współtowarzyszy niewoli, jak ostatni delegat RP Stanisław Jankowski.

Jerzy Lubach
Tekst ukazał się w nr 2 (270) 31 stycznia – 13 lutego 2017

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2017 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.