Tragiczny 17 stycznia 1928 roku

-a A+

W tym dniu na ulicy Akademickiej na Stefana Polińskiego czekała nieprzebrana masa gapiów, ludzie wyglądali z okien i balkonów.

Wysoko, pomiędzy kamienicami po dwóch stronach ul. Chorążczyzny została rozpięta lina, po której miał spacerować nad głowami mieszczan. Coś jednak poszło nie tak. Poliński popełnił błąd i runął w dół wprost w rozbiegający się tłum. Jak relacjonował dziennikarz Wieku Nowego: „akrobata doznał złamania podstawy czaszki, wstrząsu mózgu, złamania prawej ręki i nogi oraz krwotoku wewnętrznego i zewnętrznego. Nieszczęśnika przewieziono do szpitala, gdzie po kilku godzinach zmarł w straszliwych męczarniach”.

Niestety zdjęcia z tego wydarzenia w prasie lwowskiej nie nadają się do reprodukcji, więc odwagę i zręczność Stefana Polińskiego zilustruję materiałami z innych jego występów.

Oto pełna relacja Wieku Nowego z tragicznych wydarzeń we Lwowie:
TRAGICZNY ZGON „CZŁOWIEKA-MUCHY”.

W czasie pokazu akrobatycznego spadł z dachu i runął na bruk chodnika.
Wieczorem w szpitalu zakończył życie.

Z wielkiem zainteresowaniem od tygodnia cały Lwów oczekiwał fenomenalnych popisów najznakomitszego polskiego akrobaty i artysty filmowego, Stefana Polińskiego, które były zapowiedziane na wczoraj południe na ulicy Akademickiej. Lwów miał mieć niezwykłe widowisko. Na dachach szeregu domów Poliński zwany „człowiekiem-muchą”, miał pokazać wiele akrobatycznych ewolucyj, (zdejmowanych równocześnie do olbrzymiego filmu pod t.: „Człowiek w przestworzach”). Licząc się z tem, że na takie widowisko pospieszą tłumy mieszkańców, Poliński pokaźną część dochodu ofiarował na rzecz funduszu Ligi Obrony Powietrznej Państwa.

Zezwolenie władz.
Gdy przed tygodniem Poliński przyjechał do Lwowa i zgłosił się w Dyrekcji Policji o udzielenie mu zezwolenia na takie widowisko, dyrektor dr. Reinlender był przeciwny wydaniu takiego zezwolenia ze względu na ruch uliczny, gdyż, przewidując, że zebranie się kilkunastotysięcznego tłumu, łatwo mogłoby spowodować zamieszanie i jakąś katastrofę. Ale Poliński wykazywał się dokumentami, zdjęciami fotograficznymi i opisami w gazetach, że podobne popisy on sam odbył w Ameryce, Hamburgu, Warszawie, Katowicach i w Krakowie. Nigdzie nie doszło do żadnych katastrof tak wśród publiczności, jak przy samych popisach jego, które odbywały się zawsze bez żadnych zabezpieczeń, to jest bez zaciągania siatek bezpieczeństwa lub płócien impregnowanych, jak to zwykle dzieje się w cyrkach.

Ilustracja z występów Stefana Polińskiego we Lwowie (fot. Wiek Nowy)

Nie chcąc samemu w tak ważnej sprawie decydować, dyrektor dr. Reinlender udał się z zapytaniem do Warszawy, a władze centralne poleciły wydać zezwolenie na popisy Polińskiego.

I takie zezwolenie wydano, powołując równocześnie Polińskiego do Dyrekcji Policji, gdzie go pytano, jakie zabezpieczenie potrzebuje on do swej osoby. Wówczas Poliński protokolarnie oświadczył, że nie potrzebuje żadnego zabezpieczenia i jest siebie zupełnie pewny, popisy wykonuje z własnej chęci i na własne ryzyko, a przygotowania do popisów sam osobiście sprawuje. Wobec takiego oświadczenia rzeczą naturalną było, że dalsza ingerencja władz, co do zabezpieczenia osoby produkującego się, ustaje. Jedynie więc policja miała zadanie utrzymania porządku ulicznego i chronienia zebranych tłumów przed jakimkolwiek bądź wypadkiem lub katastrofą.

Wszelkie obawy o całość osoby Polińskiego znikały, skoro on sam na lotnisku Mokotowskiem w Warszawie w obecności prawie 50 tysięcy widzów na zawrotnej wysokości z aeroplanu szefa lotnictwa Wojskowego pułk. Rayskiego dokonał przeskoku do drugiego aeroplanu, obok lecącego. Skoro do filmu wśród skał wykonał skok do morza z wysokości 16 metrów i skoro wspinanie się po frontowych ścianach domów wykonał w Krakowie, Warszawie i Katowicach, a we Lwowie zaraz po swoim przyjeździe wyczynił eksperyment pokazowy na gmachu „Wieku Nowego” przy ul. Sokoła, z którego zdjęcia fotograficzne zamieściliśmy zeszłego tygodnia.

Przygotowania do popisu.
Przez dwa dni, w piątek i sobotę, Poliński w towarzystwie miejskich strażaków pożarnych pod kierunkiem jednego z najdzielniejszych strażaków, sierżanta Kowalczuka, czynił przygotowania. Badano gzymsy na dachach w ulicy Akademickiej i próbowano wytrzymałość dachów. Ostatecznie uwiązano ponad jezdnią u dachu trzypiętrowej kamienicy Akcyjnego Banku Związkowego przy ulicy Akademickiej l. 4 długą linę do komina dachu realności pod l. 6, w której znajduje się sklep Teliczkowej. Następnie odpowiednie rusztowanie urządzono na kamienicy pod I. 16 i wreszcie długą drabinę ponad jezdnią przerzucono z dachu realności l. 20 na dach pod l. 22. Były to trzy główne miejsca do najciekawszych i najtrudniejszych ewolucyj w powietrzu.

Publiczność.
Już od godziny 10 rano poczęła publiczność zbierać się w ulicy Akademickiej. Każdy pragnął zająć jak najlepsze miejsce. O godzinie jedenastej zjawił się oddział policjantów, pod komendą kom. Konarskiego, któremu w utrzymaniu porządku był pomocny kom. Kochanowicz. Ulicę Akademicką zamknięto kordonem obok ustawionych kas, w których sprzedawano bilety wstępu. Do utrzymywania porządku, zjawił się też oddział strażaków pożarnych pod komendą sierżanta Kowalczuka.

Przed godziną dwunastą na ulicę Akademicką wkroczyły tłumy publiczności. Posterunkowi z trudem mogli utrzymywać kordony, przerywane ustawicznie przez różne grupy osób, wciskających się na obręb widowiska bez biletów. Widziało się osoby, a w tem i panie, dość dobrze sytuowane, które nawet w brutalny sposób przemocą odsuwały policjantów łub członków z opaskami LOPP, a następnie biegiem spieszyły w głąb ulicy Akademickiej, nie zapłaciwszy datku na cel dobroczynny. Takich osób było kilka tysięcy. Powszechnie przypuszczano, że w ulicy Akademickiej zebrało się ponad 30 tysięcy ludzi, a do tej sumy należy przyjąć nie bez przesady 50 procent ludzi, którzy byli tam za darmo.

Początek produkcyi przełożono na godzinę pierwszą, a tymczasem pod gmachem Izby handlowej grała orkiestra 40 pp.

Przed tłumem.
Punktualnie o godzinie 1-szej na balkonie kamienicy pod l. 16 zjawił się „Człowiek-mucha”, którego zebranej publiczności przedstawił jeden z organizatorów tego widowiska. Poliński, przygotowawszy zwisającą linę, zapowiedział początek popisów. Zeszedł z balkonu, przebrał się w gimnastyczne meszty i spodnie, a przywdziawszy sweter pomarańczowego koloru, w kilka minut później zjawił się na fasadzie gmachu Akcyjnego Banku pod l. 4. Stając u szczytu dachu, rozwiesił olbrzymi afisz reklamujący czekoladę Hofhngera, poczem na zebrany tłum na jezdni zrzucił większą ilość czekoladek i kartek reklamowych.

Teraz z tego punktu Poliński przez jezdnie miał dostać się na kompleks domów pod l. 6 do 20. Uchwyciwszy się liny, podrzutami dłoni począł posuwać się po niej nad przepaścią, by dostać się na drugą stroną jezdni. W drodze tej wykonywał różne ewolucje, trzymał się liny jedną ręka, zawisł na niej jedną nogą, zwieszał się głową na dół i wreszcie szczęśliwie dotarł do dachu realności pod 1. 6. Nogami dotknął się ścieku blaszanego, wykonał jeszcze jeden ruch rękoma naprzód, a czując grunt nod nogami puścił z rąk linę. Stanął, uczynił krok po dachówkach naprzód, zachwiał się, gdyż pośliznął się i z dwupiętrowej wysokości runął na bruk chodnika obok okna wystawowego sklepu Teliczkowej, obficie plamiąc chodnik krwią.

Poliński padł lewym bokiem na bruk. Doznał załamania lewej strony czaszki, złamania ręki i nogi. Policjanci czem prędzej zabrali Polińskiego do w pobliżu stojącego auta i zawieźli do ambulatorium Pogotowia ratunkowego. Stąd po prowizorycznem opatrzeniu ofiarę wypadku przewieziono do powszechnego szpitala.

O wypadku wiedziała tylko ta cześć publiczności, która była zgromadzona u wylotu ulicy Chorążczyzny. Dalsze tłumy publiczności, znajdujące się w głębi ulicy Akademickiej, dopiero prawie w pół godziny później dowiedziały się o zaszłym wypadku. W pierwszej chwili bowiem sądzono, że był to Polińskiego „trick akrobatyczny” i że on w tem miejscu skoczył do auta, która to również produkcja była przewidziana w programie. Uwierzono dopiero w śmiertelny wypadek w chwili, gdy muzyka wojskowa odeszła do koszar.

Tłumy widzów ruszyły przed dom, z którego dachu spadł Poliński i tu komentowały wypadek. Dzięki umiejętnej akcji znajdującej się na miejscu policji, tłumy rozeszły się w porządku i spokojnie tak, że nie było choćby najmniejszego jakiegoś zajścia lub wypadku.

W szpitalu.
Po przywiezieniu Polińskiego do szpitala, umieszczono go na klinice chirurgicznej, gdzie lekarze zajęli się ciężko rannym. Stan jego był beznadziejny, a operacja nie była wskazana. Utrzymywał się przy życiu tylko dzięki swej sile i wyrobionym muskułom, toteż agonia trwała bardzo długo. Był zupełnie nieprzytomny. Wskutek wewnętrznego krwotoku ustawicznie ustami wyrzucał z siebie wiele krwi i dopiero o godz. 7.30 wieczorem zakończył życie na szpitalnym łożu.

Śp. Poliński liczył 24 lata, był rodem z Bielska na Śląsku, gdzie ojciec jego prowadził warsztat stolarski. Mając lat 17 służył już w marynarce handlowej, poczem występował w cyrku Hagenbeoka w Bremie, a następnie, jako akrobata filmowy w Ameryce, Hamburgu i Berlinie. Wreszcie produkował się w Polsce.

Pogrzeb śp. Polińskiego odbędzie prawdopodobnie we środę.

Ostatnie chwile przed produkcją.
Śp. Poliński od samego rana był w dobrym humorze. Spokojnie rozmawiał ze swojem otoczeniem, a gdy przed godziną dwunastą widział tłumy ludzi, zdążające na widowisko, cieszył się bardzo, że będzie mógł zaprezentować się tak olbrzymiej ilości widzów. Gdy widział ścisk, panujący przy kasie obok gmachu Banku Hipotecznego sam począł pomagać w sprzedaży biletów. Wylazł na kamienny słup przy chodniku i z takiego podwyższenia rozdzielał bilety kupującym, który to moment uchwycił nawet nasz redakcyjny aparat fotograficzny. Przed godziną pierwszą śp. Poliński, zanim udał się na miejsce produkcyi, wdał się w rozmowę z naszym sprawozdawcą i komisarzem Konarskim. Pytano go, czy czuje się spokojnym i czy nie ma tremy. Na to śp. Poliński odrzekł, że jest zupełnie zrównoważony i spokojny, że takie ewolucje, które on zademonstruje, są dla niego zabawką, przyczem dodał, że z wysokością jest oswojony i pewny jest co do swej siły w rękach. Z uśmiechem i słowami „Do widzenia!” podążył do kamienicy, od której zaczynał swój pokaz.

Po tych tragicznych wydarzeniach Wiek Nowy opublikował nawet wiersz, autorstwo którego przypisuje się Marianowi Hemarowi:

Przyjechał do Lwowa akrobata-mucha,
Spadł z dachu na ziemię i wyzionął ducha.
Chciał pokazać ludziom, jak on umie zwinnie
Drapać się po gzymsie i chodzić po rynnie.
Chciał pokazać ludziom, że trudności ni ma
I na gładkim murze jak mucha się trzyma.
Chciał się popisywać za bilety wstępu
I najadł się wstydu i narobił sztempu.

Wlazł na Teliczkową bez poczucia strachu,
Minął drugie piętro... już był blisko dachu...
Wszyscy dech zaparli, cisza była głucha,
Bo on rzeczywiście istny człowiek-mucha.

Czy on się poślizgnął, czy się tynk obruszył?
Czy się chwycił gzymsu, a gzyms się wykruszył?
Nagle z krzykiem leciał w dół,
na łeb, na szyję,
Ratujcie mnie ludzie – taż ja
się zabiję!

Krzyczał przeraźliwie i w połowie krzyku
Trachnął w bruk – i został leżeć,
na chodniku.
Tak się zakończyło straszne widowisko.
Nie drap się za wysoko, to nie spadniesz nisko.

Oryginalna pisownia została zachowana

Opracował Krzysztof Szymański
Tekst ukazał się w nr 1 (269) 17–30 stycznia 2017

Przyjechał do Lwowa wielki Człowiek-Mucha

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2017 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.