Tajemnicze wydarzenia z dawnych lat

-a A+

Te i wiele innych tajemniczych historii figuruje na kartach przedwojennych gazet. Większość były zresztą nie tyle tajemnicze, co ciekawe. Miłej lektury.

Tajemniczy mężczyzna z pociągu nr 426. Przed dwoma dniami w pociągu Nr. 426 biegnącym bezpośrednio ze Lwowa do Łodzi, wydarzył się niezwykły wypadek.

Między stacjami Sarzyna i Łętownia, około godziny 10 wiecz., podczas pełnego biegu pociągu jakiś barczysty, wysoki mężczyzna biegł po stopniach wagonów dawnego systemu, t. zw. boczniaków, z jakich pociąg ten wyłącznie się składał. Podczas tej zagadkowej karkołomnej wędrówki zaglądał przez okna do wnętrza niemal wszystkich przedziałów. Konduktor obsługujący środek pociągu, zobaczywszy zaglądającego do wagonu z zewnątrz osobnika, wskoczył szybko na stopień wagonu i po deskach począł ścigać posuwającego się zwinnie naprzód tajemniczego mężczyznę.

W tem uciekający natknął się przy jednem z okien na znajdującego się w przedziale kontrolera biletowego, który zorjentowawszy się szybko w sytuacji, uchwycił ściganego jedną ręką za gardło, a drugą za głowę. Nastąpiło krótkie szamotanie się, przyczem udało się zagadkowemu ekwilibryście wyrwać z rąk kontrolora. Niezrażony jednak tym niespodziewanym incydentem, nie dał się ścigany zbić z tropu, a nie mogąc zeskoczyć z szybko pędzącego pociągu prowadził dalej swoją karkołomną wędrówkę ku przodowi pociągu. W ten sposób – mimo pościgu także i przez drugiego konduktora udało się nieznajomemu dotrzeć aż do parowozu.

Było to w miejscu, gdzie z powodu naprawy toru maszynista musiał zwolnić chyżość pociągu. Skorzystał z tego ów tajemniczy mężczyzna i jednym susem zeskoczył z pociągu, znikając w pobliskim lesie.

Tajemnicza ucieczka dwóch dziewcząt. Z Przemyśla donoszą, że ostatnio zjawiał się dość często na Wilczy nieznany nikomu starszy, dobrze ubrany mężczyzna, który ochotnie nawiązywał znajomości z młodemi dziewczętami ze sfer ubogich. Wkrótce rozeszła się pogłoska, że ów nieznajomy jest wdowcem, urzędnikiem, który postanowił szybko powtórnie się ożenić.

Wkrótce jednak ów tajemniczy wdowiec ograniczył swoje znajomości tylko do Karoliny Pr. i Marji Kr. Następstwem tego było nagłe zniknięcie obojga dziewcząt, które zabrawszy z domu najniezbędniejszą garderobę, wyjechały w nocy, podobno w kierunku Lwowa.

Istnieje uzasadnione podejrzenie, że obie dostały się w ręce sprytnego handlarza żywym towarem.

Nieudane samobójstwo młodej kobiety. (Lwów) Wczoraj popołudniu w łaźni Hüssa przy uI. Szpitalnej w czasie kąpieli zdarzył się okropny wypadek. Mianowicie kąpiąca się tam Janina Steinhall, żona elektromontera M. Z. E., zam. przy uI. Sakramentek 2, w zamiarze samobójczym napiła się jodyny, a następnie brzytwą przecięła sobie żyły na obu rękach. Gdy wypadek ten zauważono, natychmiast, wezwano pomocy Pogotowia ratunkowego, które po opatrzeniu ran odwiozło ją do szpitala powszechnego.

Desperatka zostawiła dwa listy: jeden do męża, a drugi do matki, w którem oświadcza, że dalej żyć nie może w tych warunkach, jakie ma obecnie i wobec tego pozbawia się życia. W toku dochodzeń okazało się, że desperatka dla błahych powodów jedynie usiłowała popełnić samobójstwo.

Ochotnicy przy gaszeniu pożaru (fot. NAC)

Osobliwa przyczyna śmierci. Stanisławów. Przy pewnym pożarze podoficer straży pożarnej, Spirydonowicz, podtrzymywał przewód sikawki. Nagle zwalił się jak rażony piorunem i umarł. Nie wiedziano zrazu, co się stało.

Po ugaszeniu pożaru komisja sądowo-lekarska, zajęła się zbadaniem przyczyn nagłej śmierci Spirydonowicza. Obdukcja wskazywała na porażenie prądem elektrycznym. Skąd jednak dostał się on do strażaka?

Rzecz wyjaśniło dopiero obejrzenie kabli. Jeden z nich, w pobliżu właśnie miejsca, gdzie stał Spirydonowicz, był uszkodzony. Gdy więc strażnik pożarny zbliżył ku niemu metalowe ujście węża gumowego, prąd wyładował się i ugodził go, zabijając na miejscu.

Dramat detektywny na tle łuny pożarnej. Przemyśl. Cicha, spokojna wieś dotychczas Nehrybka pod Przemyślem, od pewnego czasu stała się terenem dziwnych wypadków, które zaniepokoiły wszystkich tamtejszych mieszkańców. Źródłem tych niepokojów była sadyba tamtejszego gospodarza, Piotra Serkizowskiego, pełniącego obowiązki polowego w majątku p. starosty Porembalskiego w Nehrybce.

Co kilka dni mianowicie wybuchał w zabudowaniach Serkizowskiego pożar, który jednako udawało się w porę stłumić. Zaniepokojeni o swój dobytek sąsiedzi, widząc coraz większe zdenerwowanie Serkizowskiego, poczęli go badać, czy czasem nie wie skąd się biorą u niego tak częste pożary i czy czasem nie wynikają one wskutek podpalenia.

Na razie Serkizowski wykręcał się, tłumacząc wszystko przypadkiem czy też nieostrożnem obchodzeniem się z ogniem. Przyparty jednak do muru przyznał się wreszcie w gronie zaufanych, że pożary te są dziełem jakiejś organizacji politycznej, która mści się z powodu służby jego u starosty. Na dowód prawdy swych słów, pokazał nawet listy, które otrzymuje z pogróżkami, zawiadamiające go jednocześnie, którego dnia i o której godzinie wybuchnie w jego zabudowaniach pożar.

Policja wzięła sprawę w ręce i rozpoczęła wywiad, strzegąc jednocześnie niepostrzeżenie sadybę Serkizowskiego. Przybyły jednocześnie ze Lwowa na polecenie komendanta Wilczyńskiego wywiadowca-detektyw, p. Rychlewski, rozpoczął swoją dyskretną pracę.

Ale, o dziwo! Pomimo wszelkich ostrożności w oznaczonym dniu i godzinie w zabudowaniach nieszczęśliwego polowego wybuchł pożar i to groźniejszy niż kiedykolwiek. Policja stanęła bezradna wobec tajemniczej zagadki, a blady strach padł na wieś całą. Tylko nasz lwowski detektyw uśmiechał się nie tyle tajemniczo, ile z zadowoleniem.

Po stłumieniu pożaru, nasz detektyw wszedł do mieszkania Serkizowskich i z miną dobroduszną poprosił młodego Stefana syna gospodarza o pokazanie mu swych książek i zeszytów. Teraz już wszystko poszło szybko. Ostatni list anonimowy pisany był na wyrwanej ćwiartce papieru z zeszytu szkolnego. Kartka ta miała uszkodzony rożek, który... znalazł się akurat w zeszycie Stefana Serkizowskiego.

Najciekawsze jednak było tłumaczenie się młodego zbrodniarza. Otóż twierdził on, że czynił to wszystko, chcąc terrorem doprowadzić do tego, aby oddano go na stancję do Przemyśla, gdyż w domu nim pomiatano i matka wraz z ojcem byli dlań zbyt surowi. Tak, czy owak, jest to wprost bezprzykładny wypadek zwyrodnienia w tak młodym chłopcu, to też nie należy się dziwić, że aresztowano go natychmiast i zamknięto w więzieniu.

Auto wyrzuciło pasażera z dorożki. Lwów. Wczoraj o godz. 11 wieczorem szofer Stefan Dziurgot, zam. przy ul. Rahozy 5, jadąc samochodem ul. Ruską, potrącił przejeżdżającą tamtędy dorożkę, na której jechał dr. Teodor Bohosiewicz. Zderzenie było tak silne, że dr. B. wypadł na bruk, doznając zdarcia naskórka na głowie. Pogotowie po udzieleniu pomocy pozostawiło go w opiece domowej.

Lusterko i notes pułkownikowej zdradziły króla małoletnich opryszków. Lwów. Na terenie naszego miasta, zwłaszcza I. dzielnicy, grasowała od dawna jakaś szajka nieuchwytnych złodziei mieszkaniowych, będąca istną plagą naszego miasta. Młodociani złodzieje pod pozorem żebraniny wchodzili do mieszkań na tzw. „pukanego”. Często posługiwali się też wytrychem i korzystając z nieobecności domowników kradli, co im pod rękę wpadło.

Wczoraj posterunkowy I. kom. Maćkiewicz, patrolując na ul. ZybIikiewicza posłyszał nagle wolanie: „Trzymajcie złodzieja” i w tej chwili ujrzał uciekającego chłopca. Przytrzymał go i odprowadził na komisarjat. Tam okazało się, że jest to znany „stary złodziej” mieszkaniowy, 15-letni Jakób Neumann (ul. Alembeków), dawny wspólnik osławionego Anschussmana.

Neuman zaprzeczał jakoby kradł. Przy rewizji znaleziono u niego lusterko i notatnik. Jeden z ajentów przypomniał sobie, że pulk. Piedkowska podała, że w kieszonce skradzionego futra znajdowało się lusterko i notesik. Zawezwano ją do komisariatu i tam p. Piedkowska przedmioty te agnoskowała, jako swoje. Wówczas Neuman zaczął „śpiewać” i przypomniał sobie na razie 15 kradzieży, popełnionych wespół z kolegą, którego nazwiska nie chciał podać.

Kradzione przedmioty sprzedawał za bezcen paserowi Herschowi Szubertowi (Słoneczna 29). Tak np. kołdrę wart. 200 złotych kupił Szubert za 11 złotych (!!). Na razie oddano do aresztów Neumana i Szuberta. Dalsze dochodzenia w toku.

Tajemniczy upadek z czereśni. Piotr Zborowski 20-letni parobek w Wodnikach dowiedziawszy się, że Dymitr Seroiszko chowa w skrzyni dolary, postanowił ukraść je. Wiedząc o tem, że w chacie Seroiszki niema nikogo, zakradł się, wydobył ukryte w kolebce dziecka klucze, otworzył niemi skrzynię i zabrał z niej 10 dolarów oraz 7 zł. 40 gr.

Gdy już z łupem wychodził z chaty natknął na podwórzu na syna Seroiczki 14-letniego chłopca, który właśnie wracał do domu. Aby pozbyć się ewentualnego świadka zbrodni kradzieży Zborowski chwycił dobnię i ugodził nią małego Piotra w okolicę prawego ucha tak silnie, że chłopak padł nieprzytomny na ziemię. Po tym czynie, sądząc, że chłopak nie żyje, odrzucił dobnię i najspokojniej poszedł do swego domu. Starzy Seroiszkowie powróciwszy z pola do chaty znaleźli bezprzytomnego chłopca i zachodzili w głowę, co mu się stało.

Znalazł się jakiś wszystko widzący sąsiad i wyjaśnił, że Piotruś spadł z czereśni. W jaki zaś sposób mógł dojść z odległej czereśni do domu nikt nie mógł wyjaśnić. Tymczasem stan małego chłopca był groźny. Z nosa i ucha płynęła mu krew, a po chwili dostał krwawych wymiotów. Po 24 godzinach chłopak odzyskał przytomność i wówczas cała sprawa wyjaśniła się. Zainterpelowany przez Seroiszkę Zborowski przyznał się do czynu i zwrócił skradzione pieniądze.

Epilog sprawy rozgrywał się wczoraj przed sądem przysięgłych. Oskarżony młody chłopak, analfabeta przyznał się do zbrodni, dodając że nie miał zamiaru zabić małego Piotra. Po przesłuchaniu poszkodowanych na wniosek obrony rozprawę odroczono, celem przesłuchania nowych świadków.

Zagadkowa sprawa mordu w Borowikach. Donoszą nam z Żółkwi: Jako podejrzanych o popełnienie zbrodni morderstwa na osobie Michała Kobryna w Borowikach koło Lubela, w tutejszym powiecie, odstawiono do lwowskiej Ekspozytury policyjno-śledczej: Iwana Borowyka, szwagra zamordowanego oraz Michała Bezpałkę. Dochodzenia wykazały, że Kobryn pozostawał w bardzo naprężonych stosunkach z żoną Marunią, siostrą Borowyka. Bił ją i katował ją tak, że Kobrynowa wraz z dzieckiem umknęła z domu, a udawszy się do sądu w Mostach Wielkich zrobiła doniesienie przeciw mężowi, poczem jako zarobnica pracowała na folwarku w Dworcach.

Obaj szwagrowie żyli w wielkiej nienawiści, która jeszcze bardziej pogłębiła się, gdy Borowyk przegrał proces o sieczkarnię, prowadzoną z Kobrynem i zasądzony został na ponoszenie kosztów. Wówczas rzekł do Bezpałki: „Zapłacę koszta, ale on tych pieniędzy nie będzie rachować!” Bezpałko słyszał dalej, jak Borowyk późnym wieczorem wywoływał Kobryna głośno z chaty. Pozatem nagromadzony materiał przemawiał przeciwko Borowykowi jako sprawcy mordu – nie jasną też rolę w całej tej zagadkowej aferze odgrywa Bezpałko, który wraz z Borowykiem został aresztowany. Borowyk nie przyznał się do winy.

Pomysłowi tajemniczy złodzieje. Grabią podczas pożaru mienie gaszących. W zabudowaniach gospodarskich Marcina Machnickiego w Prusach, w powiecie lwowskim, wybuchł onegdaj pożar i w krótkim czasie zniszczył stodołę.

Na wiadomość o wybuchu pożaru w Prusach wyruszyło tam wiele osób z Barszczowic tak, że w tej wsi pozostały prawie pustki. Skorzystali z tego jacyś zamiejscowi złodzieje, którzy włamali się do lokalu miejscowego „Domu ludowego”, a rozbiwszy kasę żelazną, zabrali z niej 72 zł.

Podobny wypadek miał miejsce i Podciemnem. W Podciemnem, w powiecie lwowskim, wybuchł o godz. 4-tej po południu groźny pożar i zniszczył budynek, w którym znajdował się opał, poczem iskry przerzuciwszy się na budynek szkolny spowodowały zniszczenie dachu. Szkoda wyrządzona pożarem wynosi około 2.500 zł.

Pomimo energicznych dochodzeń nie zdołano ustalić przyczyny pożaru. Prawdopodobnie ogień został podłożony w ten sposób, że ktoś rzucił na dach owego budynku płonącą głownię czy też szmatę, napojoną płynem łatwopalnym.

Przesłuchany gospodarz Michał Kaznowski, który w krytycznym czasie przechodził obok szkoły zeznał, iż zauważył tuż za szkołą od strony pastwiska gminnego rzucony jakiś gorejący przedmiot, który spadł na dach, poczem po chwili buchnął płomień.

Innych strat nie zanotowano. Dochodzenia w toku.

Została zachowana oryginalna pisownia

Krzysztof Szymański
Tekst ukazał się w nr 22 (266) 29 listopada - 15 grudnia 2016

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2017 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.