Fredro i łzy. Cz. I

-a A+

Fredro, ok 1830 roku (Fot. Haliczanin)

Fredro i łzy. Cz. I

Miłosne perypetie w jego komediach przeważnie kończyły się szczęśliwie, jednak żadnemu ze swych bohaterów nie kazał walczyć o szczęście z takim uporem, z jakim walczył o swoje.

Odgłos dusz
W marcu 1842 roku odbywała się we Lwowie uroczysta premiera. Otwierano nową polską scenę w dopiero co ukończonym gmachu, który odtąd nazywany będzie skarbkowskim. Wystawiano „Śluby panieńskie”. Lwowska publiczność znała tę sztukę już od dziewięciu lat, jednak teraz, w tym miejscu, słowa wypowiadane przez aktorów mogły mieć osobiste znaczenie przynajmniej dla trojga spośród 1460 widzów: fundatora teatru hrabiego Stanisława Skarbka, autora komedii, również hrabiego, Aleksandra Fredry i jego żony Zofii.

Wierz mi – są dusze dla siebie stworzone.
Niech je w przeciwną los potrąci stronę,
One wbrew losom, w tym lub w tamtym świecie,
Znajdą, przyciągną i złączą się przecie;
Tak jak dwóch kwiatów obce sobie wonie
Łączą się w górze, jedna w drugiej tonie.

– Gustaw mówi te słowa do Anieli w IV akcie. Czy małżonków Fredrów przy tej kwestii przeszedł szczególny dreszcz? Wiedzieli przecież, że ów wiersz doskonale ujmował nastrój, w jakim sami znajdowali się jeszcze kilkanaście lat wcześniej.

Tego wieczora jemu brakowało paru miesięcy do pięćdziesiątki, wyglądał jednak zażywnie i dostojnie zarazem. Ona, o pięć lat od niego młodsza, zdumiewała wdziękiem i urodą, którą dostrzegali zarówno mężczyźni jak łypiące zawistnie rówieśnice. Sławni, zamożni i szczęśliwi od czternastu lat byli małżeństwem. Jednak ich związek trwał już blisko ćwierć wieku, bowiem zanim stanęli przed ołtarzem, przez kilka lat łączył ich potajemny romans. Wiele czasu zabrał także rozwód Zofii ze Stanisławem Skarbkiem, galicyjskim krezusem, człowiekiem sławnym wówczas nie mniej niż Fredro, który właśnie wzniósł we Lwowie trzeci, co do wielkości teatr na świecie i otwierał go wystawiając „Śluby panieńskie”, komedię swego zwycięskiego rywala, a mimo to przyjaciela. Zatem ów wczesnowiosenny wieczór był doprawdy nadzwyczajny, zwłaszcza, jeśli zgodzić się z Tadeuszem Boyem-Żeleńskim, że „w momentach, w których Gustaw ma być naprawdę wzruszony, Fredro użycza mu własnego głosu, wyraża swoje odczuwanie miłości”. Wzruszenie na pewno podyktowało słowa:

Ach, być kochanym, wszyscy szczęściem głoszą;
Mym zdaniem, kochać jest większą rozkoszą –
Los kilku istot zrobić swoim losem,
Czuć i żyć tylko drogich dusz odgłosem,
Dla dobra innych cienić własne życie,
Dla nich poświęcić każde serca bicie,
Światem uczynić najmniejszą zagrodę,
Tam mieć cel życia i życia nagrodę.

Dla Fredry, który użyczył tych poglądów swemu bohaterowi, droga do celu była znacznie trudniejsza, choć godna najlepszych piór i największych scen.

Serce w złocie
W epoce ponapoleońskiej Skarbek był nie tylko najbogatszym człowiekiem w Galicji, ale radził sobie z pieniędzmi w sposób doprawdy napoleoński. „W ręku Skarbka pieniądz żył i pracować musiał w tysiącznych przedsiębiorstwach” – pisał we wspomnieniach Ludwik Jabłonowski, od którego dowiadujemy się, iż hrabia biznesmen w 1814 roku zakochał się, podobno od pierwszego wejrzenia, w jego piętnastoletniej siostrze, Zofii, „wtedy nadziemskiej piękności”. Według pamiętnikarza pewną przeszkodą był wiek Skarbka, „bo już czwarty przeżywał krzyżyk”, ale, „ujmujący wielkoświatową ogładą” nie tracił nadziei, i „sposobność przyszła mu w pomoc, a próżność piętnastoletniego dziecka ułatwiła zwycięstwo”. Przedsiębiorczy zalotnik posłużył się zabiegiem w swoim odczuciu romantycznym a na pewno przemawiającym do dziewczęcej ambicji. Oto, bowiem na balu na cześć neapolitańskiej królowej, który wydawano we Lwowie z okazji jej wizyty, Skarbek, główny donator i gospodarz, do pierwszego tańca, zamiast królowej, poprosił młodziutką debiutantkę, Zosię Jabłonowską. Według Ludwika ten fortel przyniósł zamierzony skutek i siostra przyjęła oświadczyny.

Gdyby spojrzeć na ten mariaż jak na interes, na pozór trudno byłoby o lepszy. „Ile czterdziestoletni mąż może być dobrym dla młodziusieńkiej żony, Skarbek nim był. Każde jej życzenie, skoro poczęte, było odgadnionym i wypełnionym” – pisze Jabłonowski. Ale hojny małżonek traktował rodową dewizę Skarbków, „idź złoto do złota”, niemal jak gwarancję kredytu od losu, wystawiając majątek na nieustanne próby. Za młodu „rozsypał swe życie i mienie po wiedeńskim bruku i teatralnych deskach” – czytamy u Jabłonowskiego. W Galicji opowiadano legendy o jego ówczesnym pałacu pod Wiedniem i urządzanych tam kąpielach w burgundzie, do których najchętniej zapraszał artystki tamtejszych teatrów. Powiadano, iż potrafił być tak hojny, że za niejeden klucz do teatralnej garderoby płacił innym kluczem – kluczem wsi na dalekiej galicyjskiej prowincji. Kiedy z wielkiego dziedzictwa zostały marne grosze wydobył się z bankructwa przy pomocy nieprawdopodobnej umiejętności – jakby się to dziś powiedziało – zarządzania ryzykiem.

Zdarzało się więc, że gdy Skarbek podejmował nowe wyzwania, „wtedy perły, dywdyki, klejnoty żony, czasem i srebra, i powozy szły w zastaw”. Choć inwestował ryzykownie, to zazwyczaj ostatecznie zyskiwał, „płacił długi, wykupywał zastawy, przyjmował gości, dawał obiady i wieczory”. Jabłonowski opowiada, że widział jak szwagier „wychodząc z domu ubijał rękami w kapelusz zwitki pomiętych bezlitośnie bankocetli i wracał obładowany wszystkim, co znalazł dla żony po składach i złotnikach. Sprowadzał z Wiednia sztukami aksamity i bławaty, a zasypawszy tym wszystkim swobodne ptaszę, puszczał się znowu na złamanie karku w rozgon za mamoną”.

Dla kilkunastoletniej Zofii małżeństwo bez wątpienia okazało się przygodą, bynajmniej jednak nie romantyczną. W sypialni także widywali się rzadko. Franciszek Ksawery Prek zapisał w swoim pamiętniku, jakoby „Pan Skarbek, choć bogaty, jednak niezdrów i żadnego małżonce swojej nie sprawił szczęścia”. Była to aluzja do jego bezdzietności, bo do nieśmiałych nie należał. Życzliwy mu Jabłonowski pisał, bez pretensji zresztą, że szwagier „z kobietami często był nadto poufałego obejścia, co ciągłe życie z aktorkami tłumaczyło”.

Portret Zofii Jabłonowskiej (1824 r.). Karol Schweikart (Fot. Haliczanin)

Trochę swawoli
W 1809 roku szesnastoletni Oleś Fredro zaciągnął się do armii. Sześć lat później wrócił z wojny do Lwowa. Zastał miasto z jednej strony w biedzie, z drugiej zaś, jak pisał Jabłonowski „w tym biednym Lwowie gromadziło się wszystko, co omijało pyszałkowatą Warszawę lub zarozumiałe cmentarzysko zwane Krakowem”. Lwów ochoczo poddawał się obyczajom, które pozostawiało po sobie Księstwo Warszawskie. „Wszyscy poszaleli. Nikt o niczem nie myśli, tylko żeby tańczyć, biegać, śmiać się i bawić” – pisała Karolina Nakwaska. To samo powiada Zygmunt Kaczkowski: „Były to czasy niczem niezmąconego spokoju po Kongresie wiedeńskim; podczas wojen napoleońskich każdy dopełnił swych obowiązków, było cokolwiek sławy, sumienia były czyste, materialnie wszystkim jakkolwiek się działo, więc się bawiono. Było tam dużo pustoty, a zarazem trochę swawoli, do której Lwów po wszystkie wieki był skłonny”.

Wydaje się więc, że młody kapitan Fredro, udekorowany Virtuti Militari i Legią Honorową, który dzielnie służył w oddziałach podległych księciu Józefowi Poniatowskiemu, nie mógł trafić lepiej. Bohaterski, a przy tym rokokowo-libertyński, książę Pepi wychował swoje wojsko na własne podobieństwo, a jego ułańska erotyka rodem z XVIII stulecia została niejako podniesiona do potęgi przez napoleońskie przemiany obyczajowe. Fredro przybywał z samego centrum tego świata i ówczesny Lwów, można rzec, przyjął go czule. Napoleońska młodzież cieszyła się tu wielkim powodzeniem – „niejedna wierność małżeńska i cnota panieńska padła ofiarą patriotycznego zapału” – wspomina Nakwaska. A że Aleksander i jego bracia nie myśleli należeć w tym względzie do wyjątków znów potwierdza Zygmunt Kaczkowski: „Fredrowie między latami 1815 a 1825 zajmowali wybitne stanowisko we Lwowie i z synami zamożniejszych rodzin szlacheckich nadawali niejako ton owoczesnej młodzieży warstw wyższych. Pewna starsza matrona, opisując mi później te czasy, pełne tryskającego humoru w tych sferach, powiada mi: – „Wtenczas tu Fredry chodzili na głowach i nie można było się nigdzie obrócić, aby się nie natknąć na Fredrę. Trzeba się było chować przed nimi, bo i z ołtarza byliby zdjęli”.

Młody Fredro, należąc do wybitnych birbantów i salonowców, bynajmniej nie ufał w szczęście małżeńskie. Ba, „zapalony wielbiciel płci pięknej”, jak sam o sobie mówił, przy tym nieustraszony pogromca mężatek, odnosił się do tych kwestii z ułańskim cynizmem. Drwił komentując w liście małżeńskie plany jednego z przyjaciół: „Ten, który tylu mężów nazwodził, mędrszym nad wszystkich dotąd byłych być się mniema, ten, który kobiety łatwymi do zbałamucenia i do odwiedzenia ich od obowiązków znalazł, wystawia sobie, że różną od innych natrafił. Wszystko przypisuje swojemu doświadczeniu, a pojąć nie chce, że zbyteczne zaufanie w nim największą jest trucizną, bo tak go zaślepi, że nigdy nie spostrzeże tego, co świat cały wyraźnie widzieć będzie”.

Sam najchętniej przyjmował rady w rodzaju tej, jakiej udzielił mu inny przyjaciel, Józef Grabowski, pisząc: „używaj jak i ja przyjemnych rozkoszy, pókiś młody, gdyż, jak mówi Kochanowski – gdzie nie masz siły, to i świat niemiły”.

Ten ogień…
Nie szczędził więc sił, pozostając przy tym mistrzem dyskrecji, albowiem zaledwie dwie jego zdobycze można przedstawić z imienia i nazwiska. W 1810 roku, na początku służby wojskowej, jakieś uczucie - a może tylko erotyczna fascynacja - łączyło go z równie młodą jak on, Anielą Trębicką. Następna dama, o której można powiedzieć coś bliższego, pojawia się w jego życiu dopiero w karnawale roku 1817. Romansował wówczas z Karoliną z Potockich Starzeńską, przyjaźniąc się jednocześnie z jej mężem. Nie była to banalna przygoda, skoro w kwietniu 1817 pisał do przyjaciela: „[znasz] ten ogień, który przy wszystkich dręczeniach za szczęście jednak uważam. Kochałeś, wiesz, jak nas ta namiętność odmienia, […] Książki, wiersz, wszystko zaniedbuję, miłość całego mnie zajęła”. Ogarnęła go jednak bardziej namiętność do swawolnej mężatki niż uczucie – ani myślał wychylać się w tym afekcie poza alkowę. Jesienią przestali się spotykać, bo, jak przypuszczano, mąż domyślając się czegoś położył kres owej „wielkiej miłości”. Karolina wprawdzie rozwiodła się, ale wyszła za majętnego Henryka Nakwaskiego i pod jego nazwiskiem zrobiła niewielką karierę literacką, ogłaszając rozmaite, cytowane zresztą wyżej, memuary.

Fredro umiejętnie dzielił czas pomiędzy dyskretne mężatki a nie mniej apetyczne, za to anonimowe w rozplotkowanych wyższych sferach…

…Dziewczęta młode lub z konwiktów wzięte,
Lub w pańskim domu na służbę przyjęte;
Lub też wieśniaczki wabiącej urody,
Co w miasto noszą mleko lub jagody.
(…)
Taką dziewczynę wieczór po kryjomu
Wierna służąca wprowadza do domu.

W „Sztuce obłapiania” bez krępacji przyznawał, że lubi „wieśniacze dziewczęta”, bo „w nich zdrowie, piękność i natura święta”. A i sama „wierna służąca” mogła niejednego doświadczyć, skoro dalej, również bez ceregieli, opowiadał:

W ciemnym przysionku czekałem czasami,
Jak na przesmyku, ukryty za drzwiami,
I pokojówkę, gdy wyszła przypadkiem,
Wiodłem za sobą, schwyciwszy ukradkiem.

We frywolnej literaturze tamtych czasów często występowały najróżniejsze Zosie. Fredro też chętnie nazywał tak swoje bohaterki, zazwyczaj uniwersalne adresatki poetyckich uwag o cielesnym szczęściu, [jakie]:

Naszej miłości, Zosiu, czas nam nie zabierze
Przy tobie, piękna Zosiu, w nieśmiertelność wierzę,
Kiedy cię mam w objęciu i na łonie pieszczę
Konam i znowu żyję, aby konać jeszcze.

Rymując ten konwencjonalny wierszyk nie przeczuwał, że składa sobie proroctwo, które już niebawem spełni się za sprawą pewnej Zosi i dowcipnego zakładu, jakich wiele w życiu przyjął, większość wygrywając – „założył się, że do sześciu miesięcy Skarbkowi czoło uwieńczy”.

Sławomir Gowin
Tekst ukazał się w nr 10 (182) 31 maja – 13 czerwca 2013

01/01/1970 01:00

Aleksander Fredro (Fot. terazwroclaw.pl)
17/06/2013 09:44

Aleksander Fredro. Cz. II

Fredro i łzy. Cz. II

W marcu 1842 roku odbywała się we Lwowie uroczysta premiera.

15/09/2014 13:01

220 rocznica urodzin Aleksandra Fredry

20 czerwca 2013 r. minęła 220. rocznica urodzin "ojca" polskiej komedii Aleksandra Fredry. Uroczystości upamiętniające to wydarzenie odbyły się 23 czerwca w Rudkach i Beńkowej Wiszni koło Lwowa, gdzie przez dłuższy okres życia mieszkał Aleksander Fredro.

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2017 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.