-a A+

Ostatni lwowski alchemik

Przedwojenna prasa lwowska nazywała Jana Edwarda Dunikowskiego alchemikiem XX wieku. O jego niezwykłych badaniach i osiągnięciach pisały gazety w całej Polsce, a także prasa austriacka, niemiecka, włoska, szwajcarska, amerykańska… Czasopisma popularne pisały o nim jako o niedocenionym geniuszu. Na rozwój jego upodobań i zainteresowań wpływ miała być może niezwykła postać „lwowskiego Fausta” Walerego Włodzimirskiego. Jednak największy wpływ na młodego Dunikowskiego miał ojciec.

Emil Dunikowski (1855-1924), profesor Uniwersytetu Lwowskiego, znany geolog i geograf, pochodził z rodziny szlacheckiej, pieczętował się herbem Abdank. Odbył studia na uniwersytetach Lwowa, Wiednia, Monachium. Zrobił karierę naukową, obronił doktorat i habilitował się w zakresie geologii na Uniwersytecie Lwowskim. Był autorem licznych cenionych prac naukowych. Na Uniwersytecie wykładał w towarzystwie tak znanych profesorów jak Eugeniusz Romer, Adam Bujak, Henryk Arctowski, Zygmunt Weyberg, Józef Siemiradzki, Jan Czekanowski i in. Prowadził zakrojone na szeroką skalę badania geologiczne na całym świecie. Odwiedził w celach naukowych Tunezję, Algierię, Turcję, Sichote-Aliń. W roku 1906 wyjechał do Meksyku i USA. Szlaki naukowe zaprowadziły go też do Japonii, Azji Mniejszej, Kaukazu, Armenii i jak napisano w nekrologu na jego śmierć 24 czerwca 1924 roku „wszędzie liczono się z jego zdaniem […] Posiadał wybitne zdolności literackie, o czym świadczą jego opisy Meksyku”. Nazywano go „polskim Kolumbem”, on „wszędzie był i wszystko widział – co uważał za godne widzenia”. Był wybitnym znawcą geologii nafty, prowadził poszukiwania złóż ropy naftowej w Bieszczadach. Od 1888 roku był profesorem Uniwersytetu lwowskiego, habilitował się w 1884. Na ropie naftowej zarobił wielkie pieniądze. Został prawdziwym milionerem. O jego możliwościach finansowych świadczą nie tylko liczne podróże po całym świecie, ale też budowa wspaniałego pałacu we Lwowie przy ul. Mochnackiego 42, w stylu późnego historyzmu, z licznymi wieżyczkami, wykuszami, frontonami i rzeźbą alegoryczną. Cena budowy pałacu wyniosła ponad 600.000 koron (dla porównania – cena budowy i zdobienia ogromnego gmachu Teatru Wielkiego wynosiła 815.000 koron).

Lecz coś nie do końca tak pięknie i różowo było w działalności profesora. Bardzo szybko okazał się prawie bez pieniędzy, pałac został zadłużony i w 1911 roku Dunikowski sprzedał go metropolicie Andrejowi Szeptyckiemu jedynie za 234.000 koron. Ten umieścił w pałacu Muzeum Sztuki Ukraińskiej, który istnieje do dziś. Po Lwowie szerzyły się pogłoski, że profesor uprawia potajemnie badania alchemicznie, że ten nowy polski Faust odkrył tajemnicze „Z-promienie” i sposoby „transmutacji” metali. Innymi słowy, wielki kapitał zmarnował na te nieudane doświadczenia. W spadku synowi przekazał tylko długi wraz z tajemnicą owych „Z-promieni” i „transmutacji” metali.

Jan Edward Dunikowski okazał się być kontynuatorem tych idei. Oddał na ich realizację całe swoje życie. W latach 20–30. XX wieku jego doświadczenia były w centrum uwagi popularnej i brukowej prasy Europy. Nazywano go „ostatnim alchemikiem Europy”.

Jan Edward (niektórzy autorzy podają też trzecie imię – Zbigniew) urodził się we Lwowie w 1890 roku. Otrzymał gruntowne wykształcenie techniczne w zakresie chemii i fizyki. Pracował jako asystent ojca na Uniwersytecie Lwowskim. Już od 1923 r. rejestruje patenty, w których opisuje swoją metodę. Nie obiecał, że zamieni dowolną materię w złoto, ale opisywał technologię wzbogacenia rudy w zawartość złota do stopnia, kiedy można będzie poddać ją normalnemu procesowi hutniczemu. Skomplikowana metoda przywidywała poddanie rudy lub piasku promieniowaniu radioaktywnemu, wysokiej temperaturze do 2000 stopni, działaniu prądu stałego i przemiennego o wysokiej częstotliwości. Działania „Z-promieni” nie opisał w żadnym patencie. Była to najbardziej tajemnicza, sekretna część jego metody. Bez niej reszta nie działała. Prasa epatowała czytelników opisami eksperymentów Polaka. Często prowadził pokazowe doświadczenia, manipulując też z promiennikiem fal „Z”. w 1926 r. wyjechał ze Lwowa i dwa lata później osiedlił się z żoną i trzema córkami w Monte Carlo, gdzie podjął dalsze eksperymenty w tamtejszym Instytucie Oceanograficznym, którym w owym czasie kierował polski profesor Mieczysław Oxner.

Według naszego alchemika, udało mu się odkryć kilka nowych elementów nieznanych jeszcze nauce. Mówiono o dziewięciu nowych elementach, wszystkie radioaktywne, ale żadnego nie opatentował. Rządowi francuskiemu proponował swój kolejny wynalazek – „emiter Z-promieni”, który byłby wykorzystany jako broń dla strącania samolotów (być może był to prototyp armatki laserowej).

Na kosztowne eksperymenty potrzebne były znaczne pieniądze, ale konkretnych rezultatów nie było. W 1931 r. został aresztowany przez policję francuską pod zarzutem zdefraudowania znacznych sum, powierzonych mu przez bogatych inwestorów. Na żądanie śledztwa przygotował w więzieniu eksperyment, który miał oczyścić go od zarzutu oszustwa. 16 stycznia 1932 r. ten eksperyment przeprowadzono w paryskim École Centrale, a następny 4 lutego 1932. Eksperymenty trwały każdy po 22 godziny, ale wyniki były niejednoznaczne. Chociaż nikt z naukowców nie mógł też oświadczyć, że są one całkiem negatywne, że są oszustwem. Sąd jednak orzekł, że metoda Dunikowskiego to „niepraktyczna kombinacja absurdu i sprzeczności”. Nasz alchemik został skazany na 2 lata więzienia i zwrot 2.792.417 franków osobom poszkodowanym finansowo. Dzięki zainteresowaniu prasy przebieg procesu i eksperymentów otrzymał rozgłos w Europie, nazwano go „niedocenionym geniuszem”. Dunikowskim zainteresowały się pewne kręgi brytyjskiego i amerykańskiego biznesu. Od tego czasu naukowe działania Dunikowskiego są coraz rzadziej naświetlane w prasie.

26 maja 1933 roku wychodzi z więzienia. Jedzie do faszystowskich Włoch, do San Remo, gdzie kontynuuje swoją pracę. Jego laboratorium odwiedził sam Mussolini. Z Paryża przybył uznany chemik prof. Albert Bonn. Na nowej aparaturze Dunikowski osiągnął niezwykłe rezultaty. W próbkach piasku lub skał zmieniał zawartość złota o 50–150 razy. Odwiedzali go znani polscy artyści, pisarze przebywający we Włoszech – Janina Olszewska, Jalu Kurek. Ostatni wspominał po latach, że na jego oczach w ciągu trzech godzin „ze złotodajnego piasku abisyńskiego alchemik polski Dunikowski otrzymał szczerozłotą kulkę”.

A dalej – wszystko jak w historii szpiegowskiej czy kryminalnej. Jest nawet kilka wersji jego dalszej kariery, każda wyklucza następną. Według jednej, za pieniądze angielskich i belgijskich inwestorów Dunikowski zorganizował fabrykę nad jeziorem Neuchatel w Szwajcarii oraz w laboratorium na południowym wybrzeżu Anglii. Wszystkie prace trzymano w ścisłej tajemnicy. Prasa angielska donosiła o wielkich ilościach rudy dostarczanej z Afryki Południowej. Inna wersja przypuszcza, że w 1939 roku Dunikowskiego z Anglii porwały służby specjalne hitlerowskich Niemiec na polecenie samego Führera. Ślad po nim zaginął. Co on robił w Niemczech i czy przeżył wojnę – pozostaje nadal tajemnicą.

Kolejny ślad znajdujemy na dalekich Filipinach. Dunikowski z rodziną miał jeszcze w 1939 roku opuścić Europę i osiedlić się w Baguio, opodal Manili. Był to wówczas najważniejszy na Filipinach ośrodek wydobycia złota. Tam wybudował nowe laboratorium i kontynuował eksperymenty. W 1941 r. Filipiny zostały okupowane przez Japończyków. Prace z „transmutacji” metali prowadzono też na Uniwersytecie Tokijskim. Ale czy doszło do współpracy z Japończykami – o tym nie ma żadnych informacji. W 1950 r. spotykamy członków rodziny Dunikowskich w Nowym Jorku, gdzie po różnych skomplikowanych biurokratycznych procedurach emigracyjnych otrzymali obywatelstwo amerykańskie. A dalej… w ogóle nie ma nawet pogłosek.

Jurij Smirnow
Tekst ukazał się w nr 6 (298) 27 marca – 12 kwietnia 2018

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2018 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.