Zapomniany generał-poeta i jego związki z Wołyniem

-a A+

Zbliżają się dwie rocznice: wybuchu powstania listopadowego 1830 r. i śmierci generała z tegoż powstania (12 XII). O ile powstanie jest wydarzeniem powszechnie znanym, o tyle nazwisko Morawskiego niewiele mówi przeciętnemu Polakowi. A to on w czasie powstania pełnił funkcję ministra wojny i pertraktował warunki kapitulacji z dowództwem wojsk rosyjskich. Zapisał się także w historii literatury – do dziś fragmenty jego listów do klasyków i romantyków znajdują się wśród szkolnych lektur, jest też autorem pieśni roratnej „Niebiosa, rosę spuszczajcie [spuśćcie nam] z góry”, będącej jednym z poetyckich przekładów pieśni adwentowej „Rorate caeli desuper”, śpiewanej i dzisiaj w kościołach w nieco odmiennej wersji.

Generał, Napoleończyk, żołnierz spod Grochowa,
minister i zesłaniec, poeta na roli,
chrześcijanin o cnoty szerokim zasięgu,
postać świetlana ducha o gwiazd aureoli.
(St. Helsztyński)

Morawski wywodził się z zasłużonego rodu wielkopolskiego Dzierżykraj-Morawskich herbu Nałęcz, naznaczonego i później przez kilka osobistości: ks. Mariana Ignacego Morawskiego (1845-1901) – jezuitę, teologa i filozofa katolickiego, profesora UJ; Kazimierza Morawskiego (1852-1925) – filologa klasycznego i historyka, także profesora UJ czy Kajetana Morawskiego (1892-1973) – dyplomatę i polityka.

Kiedy do Wielkopolski zaczęły docierać radosne wieści o zbliżającym się Napoleonie i Legionach Dąbrowskiego, młody Franciszek po raz pierwszy założył mundur i wtedy, w 1806 roku, jeszcze nie przypuszczał, że nie rozstanie się z nim przez 25 lat i że nawet dosłuży się generalskich złotych epoletów. Był obecny na wszystkich polach bitew od Paryża do Moskwy i przez wszystkie lata od Raszyna do Grochowa, wielokrotnie ranny, odznaczany i awansowany – „miałem dziewięć razy przestrzelony mundur”, wspominał po latach. Po 1815 r. zatrzymał się w Warszawie, a potem pełnił służbę w Lublinie i Radomiu – jego lojalność była tylko lojalnością żołnierską, gardził służalczymi hiperlojalistami, do których należał m.in. gen. Wincenty Krasiński (ojciec wieszcza Zygmunta Krasińskiego). O wybuchu powstania dowiedział się 1 grudnia w Lublinie. Jego decyzja o przyłączeniu się do powstańców była konsekwencją wcześniejszych walk w szeregach napoleońskich, bo kto raz stanął do walki o wolność, walczy o nią do końca. Generalicja zasadniczo nie uczestniczyła w sprzysiężeniu Piotra Wysockiego – angażowali się w nie młodsi stopniem wojskowi, jednak kilku generałów, a wśród nich i Morawski, miało kontakt ze sprzysiężeniem i obiecało stanąć po stronie powstańców. Wszystkie źródła pamiętnikarskie mówią, że Morawski wyróżniał się godnością i niezależnością na tle ówczesnej generalicji, z której rekrutowało się tylu pochlebców wielkiego księcia Konstantego. Kiedy został odkomenderowany do Komisji Rządowej Wojny, dobrowolnie zobowiązał się służyć o połowie żołdu. Otrzymał tekę ministra na sześć miesięcy. Wtedy jego największą zasługą było zaopatrzenie w broń wojsk powstańczych. Doceniła to w 1831 r. marymoncka fabryka broni i amunicji, ofiarowując mu na pamiątkę szablę z napisem: „Za sprawą dzielnego męża nie zabraknie nam oręża”. Szabla ta wisiała potem na honorowym miejscu w pokoju generała w lubońskim dworze – widać ją jeszcze na zdjęciu z okresu międzywojennego. Wszyscy, którzy go znali, podkreślali partnerski stosunek Morawskiego do podwładnych, był dla nich łagodny i pobłażliwy, powszechnie przez nich lubiany. Oficerowie wyżsi owych czasów podnoszą w swoich wspomnieniach niejednokrotnie wielką uczynność i szlachetność generała. Jednak o ile przed 1830 r. zyskał miano gorącego patrioty, o tyle jego postawa w czasie powstania nie jest (i nigdy nie była) oceniana jednoznacznie – niektórzy widzą w nim kunktatora i zdrajcę. Morawski, jak wielu innych, wiązał nadzieję z pierwszym generałem powstania Józefem Chłopickim, ale nie na zwycięską walkę, a na jej rychłe zakończenie. W czasie powstania gen. Morawski musiał spełnić dwie niewdzięczne misje: skłonić kandydatów Rządu Narodowego (K. Małachowskiego, T. Łubieńskiego, I. Prądzyńskiego) do przyjęcia stanowiska naczelnego wodza po gen. Janie Skrzyneckim oraz pertraktować z dowództwem wojsk rosyjskich. Ta ostatnia zaważyła na nieprzychylnej ocenie działalności powstańczej Morawskiego. Funkcji tej nie przyjął dobrowolnie, ale z obowiązku – został bowiem mianowany pełnomocnikiem do spraw rokowań. Rokowania te prowadził z rosyjskim gen. F. Bergiem i feldmarszałkiem I. Paskiewiczem. Wtedy zniesławił się tym, że popierał koncepcję kapitulacji powstańców na zasadzie bezwzględnego przyjęcia warunków rosyjskich. Antoni Jan Ostrowski uważa, że gen. Morawski od początku wiedział, iż te rokowania prowadzą do bezwarunkowej kapitulacji, toteż nie starał się wynegocjować jak najkorzystniejszych warunków, lecz dążył do szybkiego zakończenia sprawy. Najmniej zrozumiałe było to, co stało się potem: generał wojska polskiego i pełnomocnik rządu polskiego poprosił nieoczekiwanie o dymisję, przedostał się do Warszawy, gdzie złożył wiernopoddańczą przysięgę zaborcom. A przecież – jak pisze Stanisław Barzykowski: „Nigdy nie wolno wojskowemu swoich szeregów opuszczać, a tym bardziej tak wysoko postawionemu jenerałowi i jeszcze jenerałowi, któremu negocjacje powierzone zostały”! Być może rację ma Jadwiga Dackiewicz, gdy twierdzi, że Morawski należał on do tych, „co nie wierzyli w kombinację francuskiej interwencji i w urojone pomoce ludów”.

Kariera wojskowa gen. Morawskiego skończyła się zesłaniem do Wołogdy pod koniec 1831 r. – to był ciężki okres w jego życiu: „Tym razem jednak nie mogę wam przesłać nadziei i Bóg wie, czy kiedy jaka będzie... Może tu przyjdzie kości złożyć i nigdy już was nie widzieć, nie widzieć dzieci!” – pisał wówczas w liście do Koźmianów. I wtedy znowu zraził do siebie wielu polskich patriotów: ze względu na dzieci (po śmierci żony zajmowała się nimi ciotka) zwrócił się o pomoc do swego dawnego przyjaciela wspomnianego już gen. W. Krasińskiego, starając się usprawiedliwić swój udział w powstaniu, przekreślić swoje poświęcenie i przedstawić własną działalność w jak najgorszym świetle. W drugiej połowie 1833 r. gen. Morawski wrócił z zesłania i wkrótce osiadł w swym rodzinnym majątku w Luboni koło Leszna, w Wielkim Księstwie Poznańskim, oddając się zajęciom gospodarskim i pisaniu – pisał wówczas: „Czułem, że powinnością być żołnierzem – i byłem nim; czuję, że trzeba przedzierzgnąć się na kmiecia – i znowu nim jestem; lecz żadnego z tych zawodów nie lubiłem”.

Wśród polskich poetów I połowy XIX w. zajmuje raczej skromne miejsce. Jednak chociaż jego twórczość nie osiągnęła wyżyn literatury narodowej, to jednak jako bajkopisarz (autor ponad 140 bajek!) porównywany jest z wybitnymi polskimi bajkopisarzami: Ignacym Krasickim, Stanisławem Trembeckim, Julianem Ursynem Niemcewiczem czy Adamem Naruszewiczem. Jak sam mawiał żartobliwie jego zawód poetyczny zaczął się od czterech wersów:

Że kobieta z kości swój początek bierze,
Mocno temu wierzę,
Bo i Basia swoją złością,
Stanęła mi w gardle kością.

Zaczął pisać przed 1815 r. – sławę zyskał stosunkowo szybko „Mową pogrzebową na cześć księcia Józefa Poniatowskiego” (1813 r.). Potem były przekłady poematów G. Byrona i poematy: „Wizyta w sąsiedztwo” i „Dworzec mego dziadka” wzorowany na „Panu Tadeuszu” A. Mickiewicza i mnóstwo innych utworów, których przynależność gatunkową nie zawsze można jednoznacznie określić. Podobno na życzenie księcia Konstantego w ciągu 24 godzin musiał dorobić wiersz do wielkiej kompozycji mszalnej. Z kolei geneza wiersza „Nadzieja” wiąże się z pobytem Mickiewicza w Wielkopolsce, w tym w Luboni, w której wtedy gospodarował brat Franciszka – referendarz Józef Morawski. Po klęsce powstania listopadowego, gdy całe towarzystwo lubońskie siedziało smutne przy stole, jedna z córek referendarza napisała Mickiewiczowi pytanie: „Co teraz w sercu twoim zastąpi nadzieję?” A on miał jej odpowiedzieć: „Co robi rolnik, gdy grad zbije jego łan? Znowu sieje”. Potem karteczkę z tymi pytaniami pokazano Morawskiemu, a on napisał wiersz zaczynający się od słów:

Zbił grad na łanie całą żniw nadzieję,
Nie ma i kłosa na wieniec żniwiarzy.
Cóż czyni rolnik? – na nowo ją sieje,
I znów lepszą przyszłość marzy.

Jednak luboński poeta należał raczej do tych twórców, którzy „piszą do szuflady” i stosunkowo niewiele drukował, a jeśli już coś posyłał do któregoś z czasopism, to musiał to być wiersz już wygładzony i wypolerowany – stąd w jego autografach mnóstwo skreśleń i poprawek. Był literatem-amatorem, nie miał ambicji autorskich, nie troszczył się o „płody swej muzy”, rozrzucając kartki z utworami po półkach i szufladach i rozdając je znajomym – dlatego też wiele z nich zaginęło, a niektóre (wcześniejsze) ocalały tylko dzięki żonie, która okazała się gorliwą strażniczką i gromadzicielką dorobku pisarskiego męża. Z pewnością służba wojskowa była przeszkodą w rozwoju jego talentu literackiego – niektórzy twierdzą, że zawsze wolał „ujmować tom ballad niż rękojeść muszkietu” i był „więcej do pióra niż do musztry zdolny”.

Morawski miał niezwykle pogodną naturę, był człowiekiem dowcipnym – potrafił żartować nawet wtedy, kiedy (w ostatnich latach życia) dokuczał mu artretyzm i podagra. Składał żartobliwe wierszyki niemalże na poczekaniu – często ubarwiał nimi listy do znajomych. Znany z dobrego serca i szczodrej ręki dla biedaków – jadąc gdziekolwiek, nie omieszkał zaczepić jakiegoś chłopa i serdecznie z nim porozmawiać, nie przejechał obok żebraka, żeby nie sypnąć mu trochę groszem i dobrym słowem, w portfelu zawsze miał przygotowane drobne. Będąc w Piotrkowicach pod Lublinem, u Koźmianów napisał nawet dla jakiegoś dziada „Piosnkę żebraka”, która podobno przyniosła żebrakowi niezły zarobek. Chciał, żeby po jego śmierci ordery zostały sprzedane, a pieniądze rozdane ubogim. A przy tym był człowiekiem pobożnym – religijny ton pobrzmiewa w wielu jego utworach. W piątek zawsze pościł, nawet w ostatni przed śmiercią; listy do znajomych zwykle kończył, życząc Bożej opieki; po śmierci ukochanej synowej kazał wyryć na ścianie w kaplicy: „Boże, zbaw Zosię!”

Przed 1830 r. Morawski bywał częstym gościem u Czartoryskich w Puławach, gdzie go uwielbiano. Tam poznał swą przyszłą żonę – Anielę Wierzchowską. Miała wtedy piętnaście lat i była córką ziemianina z Wołynia – Kajetana Wierzchowskiego z majątku Stydynie (dziś Stydyń Wielki i Mały koło Kostopola). Razem z siostrą Kamilą była wychowanką księżnej Czartoryskiej. Morawskich uważano za wyjątkowo dobraną parę, ale ich szczęście nie trwało długo – Aniela zmarła w 1826 r. na gruźlicę, osierociła syna Tadeusza i córkę Marię. Wtedy dziećmi zaopiekowała się ciotka Kamila – najpierw w Puławach, potem na Wołyniu – zachowała się korespondencja Morawskiego i Wierzchowskich z tego okresu. Po powrocie z zesłania Morawski udał się do Luboni razem z synem, a córka została w Stydyniach. Był na Wołyniu co najmniej dwa razy: w 1837 r. z Tadeuszem odwiedził Marynię i być może uregulował też sprawy majątkowe po śmierci żony – to właśnie wtedy i tam przełożył „Więźnia Chillonu” Byrona, oraz wczesną wiosną 1839 r. razem z bratankiem Kajetanem. Morawski chciał pokazać osieroconemu Kajetanowi kawałek świata, wprowadzić w środowisko, przedstawić dawnym znajomym, a być może i... zeswatać. Zachowała się w rękopisie relacja z tej podróży, sporządzona po latach przez córkę Kajetana – Konstancję, na podstawie dziennika ojca. W Beńkowej Wiszni gościli u Aleksandra Fredry, wspominając wspólne (generała i hrabiego) lata służby wojskowej. Potem był Złoczów, a stąd chłopskimi saniami udali się do Podhorców. Następnie: Brody – Dubno – Równe – Szpanów Radziwiłłów – Podłużne nad Horyniem – Stepańszczyzna Worcellów i Stydynie, gdzie spędzili święta wielkanocne. Potem Kajetan poprzez Korzec, Sławutę, Żytomierz i Kijów udał się sam do Odessy, a stamtąd na Bliski Wschód i do Włoch, żeby przez Wiedeń wrócić na Wielkopolskę. Natomiast stryj Franciszek wrócił do Luboni. Wołyń wywarł na Morawskim przygnębiające wrażenie: „Wróciłem więc z tego kraju, którego nie wiem, jak nazwać, bo com tam widział i słyszał, przechodzi moc wysłowienia, a nawet i pojęcia. Co do urzędników, jest to szerokie pole złodziei najdowolniej uorganizowane, którego ustawy święciej dochowane niż wszystkie konstytucje. Cały kraj jest rządzony przez święte przymierze bumażek, pałek i popów”.

Przeczuwał zbliżającą się śmierć, czemu dał wyraz w poezji, a swój ostatni już wiersz (Boże mój, Boże! o jakże się boję / O wieczność moję!) według rodzinnej legendy miał podyktować wnuczce (co niezupełnie jest prawdą: zachował się też autograf nakreślony ręką – słabą już ręką – samego autora, z tym właśnie wierszem). Warto tu wspomnieć, że XIX-wieczne odpisy (a być może i autografy?) niektórych utworów Morawskiego znajdowały się w zbiorach Zakładu Narodowego Ossolińskich (obecnie Biblioteka UAN im. Stefanyka we Lwowie).

„Jenerał” Morawski zmarł w wieku 78 lat. Został pochowany, zgodnie z ostatnią wolą, wśród dwóch braci, na przykościelnym cmentarzu w Oporowie, niedaleko Luboni. Do dziś jego bogata korespondencja (ponad 500 listów) niemal w całości spoczywa w rękopisach – listy te są zwierciadłem ówczesnego życia społecznego, politycznego, gospodarczego, obyczajowego i literackiego. Podobnie niektóre utwory – czekają, aż je ktoś odkurzy, inne nie były wydawane od 1882 r. (czterotomowa edycja „Pism zbiorowych wierszem i prozą”, przygotowana przez St. Tarnowskiego). Morawski nie doczekał się też pomnika, a zaledwie w paru miastach polskich (m.in. w Poznaniu i Gdańsku) ma swoje ulice. Opuszczony zaś dworek w Luboni, z dobudowaną kaplicą, powoli niszczeje.

Marta Kowalewska
Tekst ukazał się w nr 21 (217) 18–27 listopada 2014

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2017 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.