Płomień pośród lodu

-a A+

Przedwojenne zdjęcie siostry Brygidy

Płomień pośród lodu

Jest w Gornoałtajsku, sennej, pięćdziesięciotysięcznej mieścinie syberyjskiej, wąski zaułek, biegnący wzdłuż rzeczułki Majmy – ulica Nabrzeżna.

Jedyny murowany budynek stoi na jej początku: to urząd statystyczny, którego pracownicy kilkanaście miesięcy po zakończeniu spisu powszechnego w Rosji nie potrafią powiedzieć, ilu Polaków mieszka obecnie w mieście. A jest ich niemało, setka przynajmniej: mieli za przodków uczestników dziewiętnastowiecznych powstań, dobrowolnych przesiedleńców z czasów agrarnych reform Stołypina, ofiary mordów stalinowskich...

Dzisiaj mozolnie rekonstruują powikłane losy swoich rodzin, składają z zetlałych dokumentów i wyblakłych wspomnień przedziwne mozaiki, wywołujące z niepamięci minione pokolenia. I chciwi są wiedzy o utraconej ojczyźnie, o jej dziejach, o rodakach. Skupieni w działającym od zeszłorocznego lata gornoałtajskim Centrum Kultury Polskiej, próbują wspólnymi siłami zgłębiać wydarzenia, skazane niegdyś na zapomnienie. Przed kilkoma tygodniami nie mieli przecież pojęcia o polskiej przeszłości skromnego domku przy ulicy Nabrzeżnej, 17 i jego niezwykłej lokatorce.

Z Wołynia na Syberię
Magdalena Dzierżak urodziła się w 1899 roku w Chmielniku na Rzeszowszczyźnie. Do Zgromadzenia Sióstr świętego Dominika wstąpiła w roku 1920; przybrała imię Brygida. Śluby wieczyste złożyła po siedmiu latach.

Miała talent do prowadzenia gospodarstwa, ogrodu, potrafiła szyć, dobrze gotować, zajmowały ją też prace ręczne. W razie potrzeby parała się również szewstwem. Poważna, cicha, skupiona, zawsze nabożna i niezwykle pracowita wszelkie czynności wykonywała bardzo sumiennie, potrafiła też cierpliwie i rzeczowo dzielić się swoją wiedzą. Tuż przed wojną skierowano ją na placówkę dominikanek w Annowoli na Wołyniu. Zakon prowadził tam sierociniec, ufundowany przez hrabinę Pruszyńską oraz zajmował się działalnością katechetyczną. Osiemnastego września 1939 roku oddziały sowieckie wkroczyły do Annowoli. Nowe władze zlikwidowały sierociniec – swoich podopiecznych siostry rozmieściły w rodzinach okolicznych mieszkańców. Zmuszone do zdjęcia sukien zakonnych, zamieszkały w przyklasztornej szkole. W lutym 1940 roku nakazano im opuszczenie także tej siedziby. W klasztorze zaczął urzędować sołtys, a zakonnice znalazły przytułek na miejscowej plebani. Oczywiście, bolszewicy zaliczyli siostry do kategorii elementów podejrzanych i niepożądanych w nowym, komunistycznym społeczeństwie.

Pełna godności postawa wobec okupantów przesądziła o losie siostry Brygidy. Z czerwcową wywózką 1940 roku trafiła na Syberię. 

Świeckie nazwisko siostry Brygidy - Magdalena DzierżakPod Ałtajem
Transport przyjechał do Bijska, który jest końcową stacją sięgającego w stronę gór ałtajskich odgałęzienia kolei transsyberyjskiej. Niektórzy zesłańcy ciężarówkami zostali przewiezieni do odległej o sto kilometrów miejscowości Ojrot Tura, położonej już na przedgórzu Ałtaju (w 1948 roku nazwę tego miasta zmieniono na Gornoałtajsk). Należała do nich także siostra Brygida. Jako skłaniającą do refleksji ciekawostkę można odnotować fakt, że w tym samym czasie w Bijsku znalazł się Wojciech Jaruzelski z rodzicami i siostrą. Współcześni mieszkańcy Kraju Ałtajskiego powszechnie wiedzą o tym, nie mają natomiast wcale pojęcia o obecności innych polskich zesłańców na Ałtaju.

Miejscowe władze zarejestrowały przywiezionych i pozostawiły samych sobie. Nie było przymusu pracy, ale, zgodnie z wyznawaną w Związku Sowieckim zasadą, kto nie pracował, ten nie jadł.

Siostrę Mikołaję, franciszkankę, przywieziono na Ałtaj z podwileńskiego klasztoru wraz z trzema innymi zakonnicami. Opisała ona warunki, panujące w Gornoałtajsku: „Głód był straszny, okropny! Próbowało się jeść te zielska, które jedli miejscowi, wykopywane spod śniegu. Jednak organizm nasz to odrzucał, były torsje. Tamtejsi ludzie wszystko jedli... Ciężko było pracować w śniegu, przy wyrębie drzew, które trzeba było spuszczać do rzeki, a potem spławiać wzdłuż brzegu. Człowiek był straszliwie głodny i w drewnianych trepach szedł ok. 15 kilometrów w śniegu, popychając spływające konary. W tych mokrych i zamarzniętych rzeczach kładł się spać na deskach. To była prawdziwa Golgota.”

Skądinąd wiadomo, że na polach Kraju Ałtajskiego w czasie zim wojennych kilometrami ciągnęły się rzędy nie zebranych słoneczników. Wyschnięte kwiaty sterczały tuż nad powierzchnią śniegu, który nieomal całkowicie skrywał długie łodygi. Wystarczyło uderzyć z tyłu kijem okrągłą tarczę i pestki wysypywały się do podstawionego worka. Słonecznikowe „siemieczki” do dziś są przysmakiem Rosjan - kilkadziesiąt lat temu mogły ocalić od śmierci głodowej. Należało jednak wystrzegać się kołchozowego strażnika. Za kradzież własności socjalistycznej, nawet tej, która niszczała bezużytecznie, sowiecki kodeks przewidywał bardzo surowe kary.

Służba na zesłaniu
W Kraju Ałtajskim, który dawniej obejmował dzisiejszą jednostkę administracyjną o tej samej nazwie oraz wydzieloną z niej w 1991 roku Republikę Ałtaj (jej stolicą jest właśnie Gornoałtajsk), znalazło się podczas wojny blisko 16 tysięcy obywateli Rzeczypospolitej.

Siostra Brygida pragnęła pomagać swoim współtowarzyszkom przy spławie drewna, lecz była zbyt słaba. Pracowała, więc, w szwalni, zapewne w działającej do dziś gornoałtajskiej Tkackoj Fabrikie, ale choroba utrudniała zajęcie. Dorabiała, więc robótkami ręcznymi.

Jednak, faktyczną rolę, jaką odegrała siostra Brygida wśród miejscowych Polaków, trudno przecenić. Za jej sprawą domek przy Nabrzeżnej, 17, gdzie mieszkała z kilkoma innymi Polkami, był dla zesłańców ośrodkiem duchowym o wielkim znaczeniu. Ulgę w niedoli, która stała się ich udziałem na Ałtaju, niosła właśnie zakonnica z Annowoli. Była ona podporą dla wszystkich potrzebujących i zawsze pocieszała wątpiących, poniżonych, nieszczęśliwych.

Mówi siostra Mikołaja: „Tam człowiek był traktowany, jak najgorsza szmata. Umierało się z głodu i zimna. Nasza przełożona, siostra Alojza, bardzo się wszystkiego bała. Siostra Brygida dodawała jej odwagi i pocieszała. Siostra Brygida była bardzo rozmodlona. Zbierała ludzi w tym małym domku, w którym mieszkała i przewodniczyła tym modlitwom. Dodawała ludziom odwagi. Sama wierzyła, że wróci do Polski. Tak bardzo kochała Polskę.”

Pod koniec wojny wraz z siostrą Brygidą zamieszkiwały Zofia Adolph (ur. 1870), siostry Anna (1896) i Bronisława (1900) Helonowe oraz Ludwika Miłaszewicz (1904). Wcześniej wspólnie z nimi żyła pod jednym dachem nieznana z nazwiska szarytka. Zofia Adolf, osoba w wieku podeszłym, pielęgnowała i leczyła siostrę Brygidę, gdy ta zapadła na zdrowiu. Mimo postępów choroby, dzielna dominikanka pragnęła jeszcze pracować w przyszłości dla wolnej Ojczyzny i marzyła o tym, aby znowu przywdziać habit zakonny.

Tu siostra Brygida mieszkała

Powrót
Dwudziestego marca 1946 roku miało miejsce posiedzenie Komitetu Wykonawczego Ojrockiej Rady Obwodowej, którego tematem była repatriacja polskich zesłańców z miasta Ojrot Tura i całego obszaru dzisiejszej Republiki Ałtaj.

Są dwie listy, obejmujące „byłych obywateli polskich, zamieszkujących na terenie Obwodu Ojrockiego i pragnących wyjechać do Polski”. Pierwsza, sporządzona 15 grudnia 1945 roku, obejmuje 252 pozycje. Spis zestawiony od 15 stycznia do 20 marca 1946 roku stanowiący, jak należy przypuszczać, ostateczną listę repatriantów, zawiera już tylko 177 nazwisk. Został sporządzony po to, aby ujętych w nim obywateli „nie ujmować na listach wyborców do Rady Najwyższej ZSRR”. Tym razem podana jest także narodowość osób, wyjeżdżających do Polski: blisko trzecia część to Żydzi, jest także jedna Białorusinka, pozostali to Polacy. Co stało się z resztą?

Przymusowa paszportyzacja, którą władze sowieckie przeprowadziły w 1943 roku, dawnych mieszkańców tzw. „Zachodniej Białorusi” i „Zachodniej Ukrainy” traktowała jako obywateli sowieckich obligatoryjnie. Zesłańcy, którzy przed wojną zamieszkiwali w innych częściach Polski, mieli pewne pole manewru, choć odmowa przyjęcia sowieckiego dokumentu często narażała na co najmniej nieprzyjemności. Do grupy „jednostek bez obywatelstwa” zaliczał się, na przykład, doktor Władysław Wanat z Krakowa, który opiekował się siostrą Brygidą podczas jej półrocznej choroby.

Punkt 3 protokołu z posiedzenia zobowiązywał „tow. Kulewa poddać repatriantów zabiegom sanitarnym”. Na czym owe „zabiegi” miały polegać – nie wiadomo. Przed wyjazdem repatrianci otrzymali zastrzyki, rzekomo wzmacniające. Sporo osób chorowało po nich, kilkoro zmarło. Podobne relacje znane są również z innych miejsc, w których przebywali zesłańcy. Czyżby medycynę zaprzęgnięto do realizacji zbrodniczych i wyjątkowo perfidnych zaleceń władz? W Związku Sowieckim podobne praktyki były przecież stosowane...

Dwudziestego szóstego marca ciężarówki wiozące repatriantów wyjechały z Ojrot Tury. Po trzech dniach transport ze stacji w Bijsku odjechał na zachód.

Po zastrzyku siostra Brygida już nie mogła chodzić. Rozwijała się choroba serca, nerek, wątroby. Siostra Mikołaja opowiada: „Stan jej był bardzo ciężki. Myłyśmy ją i karmiłyśmy. Każdy dotyk sprawiał jej ból. Nie traciła nadziei, że do transportu sama jakoś dojdzie. Prosiła, by ją zabrać do Polski. Gdy pociąg ruszył, postawa siostry Brygidy, mimo tłoku i obecności mężczyzn, była bardzo budująca i poprawna. Dodawała odwagi innym, pocieszała. Sama była w ciężkim stanie, ale pomagała innym. Była przykładna we wszystkim. Warunków nie da się opisać, wyobrazić je sobie może tylko ten, kto sam to przeżył. W łachach gnieździły się wszy. Po śledziach, którymi karmiono nas, były kłopoty żołądkowe.”

Dzisiaj pociąg z Ałtaju do Warszawy jedzie cztery dni. W 1946 roku pokonanie tej trasy zajęło repatriantom cztery tygodnie. 

Ostatnia kartka siostry Brygidy

Sześćdziesiąt lat później
Jest grudzień, zmierzam na ulicę Nabrzeżną. To zaledwie dziesięć minut marszu od centralnego placu Gornoałtajska, ale stąpać trzeba powoli, ostrożnie. Śnieg, wszędzie śnieg: kopiasty, zbity, skawalony, zmrożony, zlodowaciały. O posypywaniu dróg czy chodników można w Rosji tylko pomarzyć. Piesi od Brześcia do Władywostoku zimową porą co chwilę wykonują skomplikowane piruety i może w tym od najmłodszych lat wpajanym odruchu samozachowawczym tkwi tajemnica rosyjskich sukcesów w jeździe figurowej... Nawet przed prywatnymi sklepami czy bankami czyhają starannie wyszlifowane lodowe tafle, bo w razie nieszczęścia i tak nikomu nie przyjdzie do głowy szukać winnego.

Jestem na rogu Socjalistycznej i Nabrzeżnej. Tutaj murowane dwupiętrowe domy rzedną i ustępują miejsca parterowym, drewnianym chatom, często koślawym – awangardzie tzw. „prywatnego sektora”. W tej z zielonymi okiennicami mieszka Kazimierz Jagiełło, wysiedleniec spod Wilna. Pierwszy raz pojawił się na spotkaniu Centrum Polskiego zaledwie przed dwoma tygodniami; pamiętam, zwilgotniały mu oczy, kiedy przeczytał swoje nazwisko, zapisane polskimi literami na stuzłotowym banknocie, który szczęśliwie pozostał mi w portfelu. „Czy on jest w obiegu?” – upewnił się, drżącymi palcami obracając kolorowy skrawek papieru.

Oto już numer 17, domek z modrzewiowych bierwion ozdobiony nalicznikami, czyli misterną snycerką wokół futryn. Tu mieszkała siostra Brygida z czterema towarzyszkami niedoli. Na tym miejscu, lecz nie w tej samej chacie, bo stara izbuszka została rozebrana na początku lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku. Na jej miejscu wzniesiono nowy dom, znacznie przestronniejszy, choć wyraźnie za ciasny dla rodziny Ałtajczyków, która mieszka tutaj od trzydziestu lat. Seniorka rodu rozmawia ze mną, opierając na stołku zagipsowaną nogę – złamała ją przed główną pocztą. Niestety, nie wie nic na temat polskich lokatorów z czasów wojny. Historia siostry Brygidy budzi jednak szczere zainteresowanie wszystkich domowników. Efekt burzliwej narady rodzinnej, przeprowadzonej w języku ałtajskim, jest jednoznaczny: powinienem skontaktować się z dawną mieszkanką sąsiedniego domu, przeszło osiemdziesięcioletnią, która, niestety, teraz przebywa poza Gornoałtajskiem. Mam nadzieję dotrzeć do niej w przyszłości, liczę, bowiem na jakieś wspomnienia, związane z osobą siostry Brygidy... 

Na progu ojczyzny
Dokładnie miesiąc po wyjeździe z Gornoałtajska transport z repatriantami przybył do Rawy Ruskiej. Stąd do nowej granicy Polski pozostawało zaledwie kilkanaście minut jazdy pociągiem. Skład zatrzymał się, ludziom polecono przesiąść się do innych wagonów, o rozstawie kół, przystosowanym do torów europejskich. W tym momencie siostra Brygida wyglądała na kobietę siedemdziesięcioletnią.

Wspomina siostra Mikołaja: „Czuła zbliżającą się śmierć. Chciała się wyspowiadać. Po dojechaniu do Rawy Ruskiej mieliśmy być przeniesieni do innych wagonów. Siostra Brygida powiedziała, że tu były dominikanki przed wojną i może jeszcze są. Dotarłam do klasztoru, w którym było wojsko bolszewickie. Znalazłam księdza - Polaka, który obiecał przyjść do siostry Brygidy. Dowiedziałam się, że jest jedna dominikanka w cywilu, młoda, ale jej nie dopuścili do siostry Brygidy. Ksiądz przyszedł do wagonu, wyspowiadał siostrę i przyniósł jej Komunię Świętą. Po niej siostra cicho zasnęła na wieki. Żeby bolszewicy nie rzucili gdzieś jej ciała, nie ogłosiłyśmy, że zmarła. Nawet staruszka, z którą siostra Brygida mieszkała w Ojrot Turze, nie wiedziała o jej śmierci, bo by płaczem zdradziła wszystko. Wniesiono ją do nowego pociągu jako ciężko chorą. Po dojechaniu do Zamościa ksiądz dziekan Zawisza przygotował wspaniały pogrzeb. Została pochowana w naszym białym habicie i drewnianej trumnie przy siostrach franciszkankach.

Świadkowie
Z listu Anny Helonowej do sióstr dominikanek, datowanego 15 lipca 1946 roku: „Wielebne Siostry! Zapewne doszła urzędowa wiadomość z Urzędu Parafialnego w Zamościu o zgonie Siostry Brygidy – Magdaleny Dzierżak. Ja jako ta, która mieszkałam razem i pielęgnowałam Siostrę Brygidę, na moim też ręku zmarła, poczuwam się do obowiązku ze swej strony słów parę napisać o życiu tej zacnej istoty. Siostra Brygida była zawsze prawdziwą zakonnicą, a przede wszystkim człowiekiem, który rozumiał biedę i ciężkie położenie swoich współbraci. Znałam Siostrę kilka lat i byłam stale z Nią w bliskim kontakcie. Zawsze podziwiałam jej pracowitość i poświęcenie się dla bliźnich. Wszystko, co robiła, było z myślą ulżenia doli swoim towarzyszom. W każdej chwili gotowa spieszyć z pomocą wszystkim. Każdą kruszynką dzieliła się z drugimi, dla siebie nigdy nic nie potrzebowała. Zawsze spokojna, zrównoważona, skromna i równocześnie energiczna i zaradna. Była ogólnie lubianą i szanowaną przez całą Polonię ałtajską...”

Fragmenty listu Zofii Adolph z 15 maja 1946 roku: Teraz opiszę, co to był za człowiek Siostra Brygida. To była święta dusza, to była wyjątek pod każdym względem, egoizmu nie miała, cierpliwość nadzwyczajną, wszyscy Ją kochali, dla każdego była pociechą, obszywała wszystkim darmo... Siostra dużo wycierpiała po więzieniach cały rok, bita była, głodna, parę razy do ściany stawiali, to było dla żartów. Nie mam słów dla Siostry, kochałam ją jak córkę, a Siostra mnie jak matkę. Śmierć Siostry dla mnie to był cios okropny, przy mnie umarła, spokojnie zasnęła. Proszę wierzyć, że jeszcze mało mówię dobrego o swojej ukochanej Siostrze. To był prawdziwy Człowiek, a to mówi wszystko.”

W 1977 roku siostra przełożona zakonu franciszkanek poleciła uporządkować groby i wybudowała grobowiec dla zmarłych sióstr. Doczesne szczątki siostry Brygidy zostały wówczas ekshumowane i przeniesione do grobowca sióstr franciszkanek. Obecnie polskie dominikanki dokładają wszelkich starań, aby zgromadzić możliwie najwięcej świadectw, dotyczących życia i martyrologii siostry Brygidy. Jest to także zamiarem Polaków gornoałtajskich, których żywo zajmuje nieprzeciętna postać rodaczki.

Tekst napisany w oparciu o materiały, udostępnione przez siostrę Antonellę ze Zgromadzenia Sióstr Świętego Dominika w Krakowie, a także dokumenty odnalezione w Archiwum Republikańskim w Gornoałtajsku.

Wojciech Grzelak
Tekst ukazał się w nr 23-24 (75-76) 16 grudnia 2008 - 16 stycznia 2009

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2017 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.