-a A+

Orlę w otchłani

Intelektualne wędrówki po niegdysiejszym Lwowie od czasu do czasu zaskakują badacza doprawdy wyrafinowaną przygodą. Bywa, że miną lata, nim jakiś szczegół zetknie się z innym i powstanie wyraźny obraz. Coś takiego spotkało mnie całkiem niedawno. Warto o tym opowiedzieć, zwłaszcza, że bohater wyłaniający się z tej powiastki to Lwowskie Orlę, nadzwyczaj barwne i godne wspomnienia.

Dawno temu, czytając napisane z wielką swadą wspomnienia Lwa Kaltenbergha, wydane w 1991 roku pod tytułem „Ułamki stłuczonego lustra”, zwróciłem uwagę na zabawne zdarzenie, które autor przeżył około roku 1930, kiedy to namiętnie chodził do antykwariatu Franca Tomasika w jednej z odnóg Chorążczyzny. „Kiedyś zaszedłem, patrzę – pisze Kaltenbergh, – a w stercie broszur i czasopism grzebie się bardzo chudy i żółty jak szafranowa galareta łysy osobnik. Odziany uroczyście w czerń, zanurzał szponiaste dłonie w papierowy chaos. Okazało się, że był to najdosłowniejszy sęp biblioteczny, Edward Piskozub. Nasza rozmowa przedłużyła się do pięciu godzin, bo odwiedził mnie zaraz w mieszkaniu i dokładnie przejrzał wszystko, co miałem, proponując kilka transakcji.

- Na Staffie się zawiodłem – wywodził. – Wydaje i wydaje, przez co traci zupełnie wartość. Ot, z Zahradnikiem inna rzecz. Jak go spotkałem na mieście na jaki miesiąc przed śmiercią, od razu wiedziałem, że długo już nie pociągnie. Pijak i suchotnik, i rodziny nie ma, a przyjaciół tylko od szklanki. Wydał jeden tomik, będzie z jego książeczki unikat, bo trzeba przyznać, niezła. Wykupiłem, com tylko mógł wykupić. W żadnej księgarni nie znajdziesz pan na niuch tabaki Zahradnika. Jest tylko u mnie”.

Choć w istocie idzie mi o Zahradnika, to warto też przytoczyć słowa Kaltenbergha o Piskozubie, który, choć przepadł w historii, w tamtym Lwowie, bibliofilskim księstwie, był okazem nietuzinkowym, bowiem „stale pilnował co popularniejszych pisarzy oraz bibliofilów. Dowiadywał się o ich zdrowie, odwiedzał. Nic więc dziwnego, że krążenie Piskozuba dookoła domu uważano powszechnie za oznakę złowrogą. Tu i ówdzie przepędzano go bez żenady”.

Tomik, z którym Piskozub wiązał kolekcjonerskie nadzieje, wyszedł cztery lata przed śmiercią autora, w roku 1925, pod tytułem „Ludziom smutnym”. Nigdy go, rzecz jasna, nie wznawiano, więc i owszem, stał się unikatem, ale, jak to z poezją bywa, fortuny posiadaczowi nie przyniesie, bo oto osiemdziesiąt pięć lat od tamtej rozmowy natknąłem się nań w jednym z antykwariatów, płacąc bez żadnej dyskusji tyle, ile w dzisiejszym Lwowie trzeba na małą wódkę i skromną zakąskę.

Czy ta szara książeczka jest jedną z wykupionych ongiś przez Piskozuba? To już pozostanie tajemnicą – egzemplarz nie ma żadnych pieczęci ani sygnatur. Ale niech jej nagłe wypłynięcie z antykwarycznych otchłani przysłuży się pamięci poety, Jana Zahradnika, zwanego jeszcze za życia polskim Rimbaudem. Tym bardziej, że kilka dni później u pewnego handlarza papierzyskami (nie odważę się nazwać tego miejsca antykwariatem) natknąłem się na książeczkę Mieczysława Piszczkowskiego „O Janie Zahradniku” z przedmową samego Ignacego Chrzanowskiego. Jedyne, wydane w 1932 roku dziełko krytyczne poświęcone poecie. I to kuriozum nabyłem czym prędzej za cenę równie zawstydzającą co wiersze. Taki zbieg okoliczności to niechybnie znak z jakichś poetyckich zaświatów i niemądrze byłoby go zlekceważyć.

Jan Zahradnik urodził się w 1904 roku w Kosowie na Pokuciu. Wcześnie osierocony, znalazł się na utrzymaniu dalszej rodziny we Lwowie. Jako czternastolatek walczył w obronie miasta, za co odznaczono go Krzyżem Obrony Lwowa. Można rzec, że był lwowskim orlęciem w każdej dziedzinie życia. „Fenomenalnie uzdolniony liryk, już jako uczeń gimnazjalny drukował wiersze w „Słowie Polskim” – wspominał Józef Wittlin w szkicu „Mój Lwów”. – Jego wrażliwość i dojrzałość były po prostu podejrzane w tak młodym wieku: nie rokowały długiego żywota”.

Rzeczywiście, Zahradnik szybko zaczął współpracę ze „Słowem”, a co za tym poszło, został cudownym dzieckiem skupionej wokół redakcji dziennikarskiej cyganerii i beniaminkiem jej nocnego życia. Utyskiwał nad tym Piszczkowski winiąc dojrzałe środowisko za to, że młodzieniec „zaniedbał naukę” i choć „wybitnie inteligentny i oczytany „padł” przy maturze, „ścięty” z matematyki. Zniechęcony do studiów systematycznych, nie powtórzył egzaminu i nie wstąpił na uniwersytet, jakkolwiek sam kształcił się ciągle i czytał bardzo dużo”.

We Lwowie był postacią znaną i lubianą, choć niejednemu z przyjaciół, a także wielu luminarzom lwowskiej kultury dopiekł kąśliwą, acz przeważnie celną i inteligentną uwagą na łamach „Słowa Polskiego”, w którym pisywał od 1921 roku aż do śmierci. Prócz poezji ogłaszał felietony, przekłady, recenzje. Kiedy ukazał się tomik „Ludziom smutnym”, miał dwadzieścia jeden lat. Oznajmił wtedy, że będzie to jego pierwszy i ostatni zbiór wierszy. Trudno dziś powiedzieć co było silniejsze w tym przekonaniu – artystyczna decyzja czy przeczucie rychłej śmierci człowieka toczonego nieubłaganą gruźlicą, którą wspomagał niezmiennie cygańskim trybem życia. Witold Zechenter wspominał, że poeta „wiedział o bardzo złym stanie swego zdrowia (...) raz jego lwowscy przyjaciele nieomal przemocą zaprowadzili go do lekarza. I ten powiedział mu wprost: jeśli nie zabierze się energicznie do leczenia, nie wyjedzie, nie odstawi alkoholu i tytoniu, to nie pożyje dłużej niż kilka, kilkanaście miesięcy”. Zahradnik miał wtedy odpowiedzieć, że woli żyć tych kilka miesięcy tak jak chce, niż porzuciwszy przyzwyczajenia wegetować w chorobliwej ascezie, choćby i całe lata. „Nie chcę być więźniem swego życia” – oznajmił.

Swoją krótką biografią zaznaczył się głęboko w historii lwowskiej cyganerii. Pamiętano go długo, w niezliczonych anegdotach trwał do końca lat trzydziestych, kiedy to „żelazną miotłą” wymieciono tysiące wybitnych ludzi z polskiej pamięci. Zahradnik był nieprzejednanym patriotą Lwowa, za życia bezlitośnie gromił tych, którzy porzucali miasto dla – jego zdaniem – niedorosłej do stołeczności Warszawy. Być może więc wieczność w otchłaniach lwowskiej przeszłości nie upływa mu aż tak źle? Tak czy owak warto go tam czasami odwiedzić, sięgając po któryś z jego wierszy. Na przykład taki:

Nie rzucę, nie zostawię
najdroższego miasta!
Dlaczegóż ma mi życia zamierać połowa?
Może się poza Lwowem jakiś świat rozrasta,
Ale cóż mi po świecie, w którym
nie ma Lwowa?

Proroctwo tej fraszki spełniło się 22 października 1929 roku. Poeta umarł tego dnia pokonany przez gruźlicę. Zaledwie dziesięć lat później do jego „najdroższego miasta” weszli Sowieci, by urządzić swój nowy wspaniały świat dla ludzi zaiste smutnych, w którym nie będzie Lwowa. W każdym razie Lwowa Jana Zahradnika i jemu podobnych.

Nie miejsce tutaj na literaturoznawcze roztrząsanie jego spuścizny. Gdyby ktoś musiał wesprzeć wiarę w poetycką gwiazdę Zahradnika, wystarczy, że sięgnie do świadectwa, jakie wierszom zebranym w szarej książeczce pod srebrnym tytułem „Ludziom smutnym” wystawił Ignacy Chrzanowski: „Nie ma tam ani pustego dźwięku słów, ani krzykliwej pewności siebie, ani jaskrawej zmysłowości, ani wszechwładzy podświadomości. Jest za to szczere i głębokie uczucie, przemawiające to bezpośrednio, świadomie, to pośrednio na pół świadomie – symbolicznie, a zawsze dyskretnie, nie raz jakby cichym szeptem; jest mgła smutku, z lekka przysłaniająca barwy i kształty; są półsłowa, półcienie i ten półsen głęboki, niejasna półpostać – tak znamienne cechy liryki czystej”.

Jan Zahradnik trwa w otchłaniach lwowskiej historii w licznym towarzystwie innych niepospolitych, niesprawiedliwie zapomnianych poetów. Szukajmy ich w tym mroku cierpliwie i bez obaw, potrafią, tak jak on, oświetlić je szczerym blaskiem.

AD VOCEM:
Byłoby grzesznym zaniechaniem mówić o poecie, a nie pozwolić przemówić jego poezji. Z tomiku „Ludziom smutnym” wybrałem wiersz nie najweselszy, ale, jak mniemam, najużyteczniejszy dla tego wspomnienia. Z nieskromną nadzieją, że sam poeta pochwaliłby ten wybór.

HAMLET W KNAJPIE

Pić albo nie pić – oto jest pytanie. –
Nim serce wyschnie, nim się krew spopieli,
Niech się raz jeszcze zachwieje
w tym dzbanie
Przed pijanym wzrokiem blady cień Ofelii.

Sił nie mam walczyć: wszak zemsta i dłoń już
Słabną z pijaństwa, bo druhy, kochanki,
Ojciec nieboszczyk i błazen Poloniusz –
Świat cały leży na dnie mojej szklanki.

Dość tej boleści i tej wnętrznej pracy!
Sprawom doczesnym nie poradzisz nijak: –
Raczym się w trójkę: ja, stoik Horacy
I stryj mój, Klaudiusz, cny kompan, bo pijak.

Jedną wiem prawdę: bez końca się nieci
Pragnienie ludzkie, wielkie jak tęsknota,
Bo okrom życia i śmierci świat trzeci,
Jak wino w czaszce Yoricka bulgota.

Sławomir Gowin
Tekst ukazał się w nr 7 (251) 15–28 kwietnia 2016

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2017 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.