Przez jedwabną siatkę

-a A+

Gente Germanus, natione Polonus

- To imię, to nazwisko... Przecież jest pan Niemcem, prawda? – generał Katzmann, zastępca Himmlera i szef stacjonujących we Lwowie oddziałów SS, zaprosił Rudolfa Weigla do siebie. – Człowiek raz na całe życie wybiera sobie narodowość. Ja już wybrałem – ucina Weigl doskonalą niemczyzną.

Urodzony w 1883 roku w austriackiej rodzinie, ale wychowany w Polsce Rudolf Weigl czuł się Polakiem. Jeszcze podczas pierwszej wojny był wcielony do armii austriackiej, potem przyjął polskie obywatelstwo. Generał Katzmann chciał, żeby profesor podpisał Reichslistę. Kusił: Katedra w Berlinie, majątek ziemski, postaramy się o Nobla. I straszył: Pan wie, że my mamy sposoby.

- Tak, wiem. I jako biolog wiem też, że każde życie ma swój koniec. I jeszcze jedno – mówi Weigl, gładząc brodę. – Życie ostatnio, proszę pana, stało się wyjątkowo przykre. Myślałem o ostatecznym rozwiązaniu, ale jeżeli zechcecie mi w tym pomóc...

Jest rok 1941, kilka dni po wejściu do Lwowa, po pogromach ludności żydowskiej i polowaniach na Polaków, nad ranem 4 lipca hitlerowcy wymordowali na wzgórzach Wuleckich 25 lwowskich profesorów z rodzinami. Na Weiglu jednak bardzo im zależy – jak ognia boją się tyfusu dziesiątkującego wszystkie armie świata. A profesor ma już ugruntowaną sławę pogromcy choroby.

Generał proponuje: albo instytut przejdzie pod niemiecką firmę farmaceutyczną, albo pod SS, albo pod Wehrmacht. Weigl wybiera trzecie rozwiązanie. Zakład biologii Uniwersytetu Jana Kazimierza staje się fabryką szczepionki dla niemieckiego wojska. Po wojnie nieraz zostanie to Weiglowi wypomniane.

Wesz w ampułce
- Zarazków tyfusu poza epidemiami nie ma i nie ma ich jak hodować – przekonuje prof. Roseneberg Weigla jeszcze podczas I wojny światowej i sugeruje, żeby zajął się inną dziedziną bakteriologii.

- A ja je wyhoduję, na wszach – odpowiada Weigl.

- I jak masz zamiar je zakażać?

- Zwyczajnie, będę im zarazki do tyłka wstrzykiwał – zażartował Weigl.

Żeby przekonać rozmówcę, wziął szklaną rurkę, wyciągnął z niej nad palnikiem kapilarę cienką jak włos i wstrzyknął do owadziego odwłoka bakterie.

- Zrobienie wszy lewatywy to było rozwiązanie genialne w swej prostocie – mówi Stefan Swaton, 82-letni wrocławski lekarz, były pracownik Instytutu Weigla. – Profesor pierwszy na świecie wykorzystał owady jako zwierzęta laboratoryjne.

Zarazek tyfusu, riketsja, nie rośnie na żadnym sztucznym podłożu. Więc najpierw należało wyhodować wesz, zakazić ją przez „lewatywę”, wykarmić, zabić i wypreparować z jelita szczepionkę. Profesor wynalazł ją w 1918 roku.

Charles Nicolle, francuski biolog, otrzymał Nobla za odkrycie, że tyfus przenosi wesz odzieżowa. Ale to Weigl odkrył pierwszą skuteczną szczepionkę przeciw tyfusowi plamistemu – był za to czterokrotnie nominowany do Nobla.

Do lwowskiego Instytutu zjeżdżali naukowcy z całego świata, żeby poznać weiglowskie tajniki. Na czarnym rynku szybko pojawiły się fałszywki: ampułka z roztworem, w którym pływała wesz, a na wierzchu etykietka – „Szczepionka Weigla”.

Słabość do łuków
Król życia – mówili o nim. Gourmand, smakosz roześmiany nad kopiastym talerzem raków. Wymachuje wędką, strzela z łuku, wyśpiewuje, mocno fałszując, po czesku i niemiecku. Ciągle zajęty, nie traci czasu i stale coś poprawia. Denerwuje go ustawienie śrub w mikroskopie, więc dzwoni do fabryki Reichert w Wiedniu i wytwórnia zaczyna produkować ulepszony mikroskop. Kupuje najlepsze angielskie bambusowe wędki, ale muszki mu nie odpowiadają – więc wymyśla własną. Anglicy, zachwyceni pomysłem, ruszają z produkcją „Weigl's glory”.

Na czarno-białych fotografiach profesor pozuje zwykle z prawego profilu. Średniego wzrostu, szatyn o pofalowanych włosach i starannie przystrzyżonej bródce.

Zofia Weiglowa towarzyszy mężowi w pracach i prowadzi dom w dobrej dzielnicy Lwowa. Obiad jest punktualnie o drugiej. Profesor zostawia teczkę w przedpokoju, zagląda do garnków. – Synu, w tym domu nic dobrego dziś nie dają, idziemy do knajpy – mawia w postne piątki, gdy na stole parują kotlety z kapusty.

Wiedzie im się dobrze. Przed wojną nauczyciel w szkole zarabiał 150 zł, profesor uniwersytecki – 1200 (mercedes kosztował 11 tys. zł). – Weiglowie samochodu nie mieli – mówi Stefan Swaton. – Profesor, bardzo skromny, nigdy nie demonstrował swojego stanowiska.

- To był ciepły, zamożny dom – wspomina Wacław Ogielski, wrocławski chirurg, 84 lata. Przyjaźnił się z synem Weiglów Wiktorem zwanym Turkiem. W wakacje nastoletni Wacek jeździ z Weiglami do ich ukochanego domu w zapadłej wsi Iłemnia u podnóża beskidzkich Gorganów. Rano profesor zakłada krótkie spodnie i kapelusz z miękkim rondem i na pół dnia znika z wędkami.

- Ja i Turek łapaliśmy pstrągi rękami, do dziś to potrafię – opowiada chirurg. – Siedzą pod kamieniami, wystarczy złapać je jednocześnie z obu stron. Jakby to profesor usłyszał, wyrzuciłby nas z tego pokoju. On nie uznawał takich metod, żadnego łowienia rękami albo na ser czy czereśnie.

Weigl wędruje kilometrami wzdłuż bystrza, łapie pstrągi i lipienie. O krok za nim idzie chłopak ze wsi, z torbą, i odbiera ryby. Wakacyjne menu Weiglów: smażone pstrągi, zupa rakowa, gotowane raki.

- Pieniądze wydawał tylko na dwie pasje: wędki i łuki – mówi pan Wacław. – Potrafił przywieźć dziesięć łuków z zagranicy: składane metalowe ze Szwecji, cisowe z Anglii, jesionowe z Belgii. Był wybredny, strzały z lwowskiej wytwórni Prugara go nie satysfakcjonowały.

Chwytał strzałę pośrodku, kładł na palcu i sprawdzał, czy jest zrównoważona. Sam lutował groty z drucianych nitek, dobierał indycze pióra. Strzelał w ogrodzie botanicznym za uniwersytetem, a latem wynosił tarcze ze słomianego warkocza na bieszczadzkie pastwiska.

Właśnie tam, w Beskidach, któregoś dnia miejscowi Bojkowie przyprowadzili do niego misjonarza, ojca Ruttena. Belg przeprawił się przez kamieniste Gorgany, żeby podziękować Weiglowi. Bezpłatna szczepionka wysłana do Chin uratowała życie belgijskich misjonarzy (wcześniej 88 z nich zmarło na tyfus). Król belgijski uhonorował go za to państwowym odznaczeniem, a misjonarze wysłali do lwowskiego laboratorium dra Tchanga. Chińczyk spędził we Lwowie dwa lata i po powrocie zorganizował w Pekinie produkcję szczepionki. Na prośbę Włochów profesor pojechał do okupowanej przez nich Abisynii i tam również szczepił przeciw tyfusowi. Za ratowanie tysięcy ludzi na różnych kontynentach Pius XI odznaczył profesora orderem św. Grzegorza, najwyższym odznaczeniem papieskim.

W 1939 roku Amerykanie zapraszają go jako gościa honorowego na Wystawę Światową do Nowego Jorku. Weigl odmawia. Czuje, że nad Europą zbierają się chmury.

- Gdyby wybuchła wojna, tu będę potrzebny – tłumaczy żonie. – Bo wojna to tyfus.

Lwów czerwony
Po zajęciu Lwowa przez Armię Czerwoną we wrześniu 1939 pozwolono kontynuować wykłady części polskich profesorów, m.in. Weiglowi. Pierwszy sekretarz Ukraińskiej Partii Komunistycznej Nikita Chruszczow odwiedził go, oferując członkostwo w Akademii Nauk i kierowanie Instytutem Naukowym w Moskwie. Profesor odrzucił propozycję. Nie tylko nie poniósł żadnych konsekwencji, ale jeszcze dostał obietnicę dodatkowych budynków dla swego Instytutu oraz uwolnienie jego pracowników od deportacji.

- Do Kazachstanu wywieziono m.in. Stefanię Skwarczyńską z lwowskiego uniwersytetu, późniejszą profesor teorii literatury. Weigl pomógł ją sprowadzić i zapewnił zatrudnienie w swoim Instytucie – opowiada Stanisław Kosiedowski, pasjonat Lwowa i autor strony internetowej o tym mieście.

Ausweis w kieszeni
Weigl zgodził się produkować szczepionkę dla Niemców, ale wymógł, że to on decyduje, kogo zatrudnić w Instytucie.

Potrzebni mu byli hodowcy, którzy hodowali z jajeczek wszy i dbali o klatki. Karmiciele oddający codziennie krew kilku tysiącom wszy, zdrowym oraz zakażonym. Strzykacze, którzy wstrzykiwali wszom zarazki. Preparatorzy, którzy wyjmowali jelita i preparowali z nich szczepionkę.

- Zgłosiłem się tam wiosną 1942 – opowiada Stefan Swaton. – Krótka rozmowa z asystentką i „proszę przyjść za dwa tygodnie”. W tym czasie sprawdzano chętnego. Profesor postanowił ratować lwowską młodzież i inteligencję. Oni mieli pierwszeństwo.

Swaton został strzykaczem: 1500 wszy dziennie zakażał przez lewatywę bakterią tyfusu. Potem karmił je własną krwią.

- Bolało? – pytam.

- Trochę tak, w końcu gryzły, zostawiały czerwone ślady. Najbardziej jednak swędziało, godzinami.

Swędzenie i „zakładówka” – lekka forma tyfusu, z bólem głowy i temperaturą były ceną za życie. Pracownicy Weigla dostawali od Niemców białe tekturki, mocowane na drzwiach od mieszkania: „Tu mieszka pracownik Instytutu Weigla”. W kieszeniach nosili żółtą kartkę z orłem ze swastyką „Institut für Fleckfieber und Virusforschung” – glejt o pracy w Instytucie chronił przed łapankami, wywózką do Niemiec i zapewniał deputat żywności.

- Głód był taki, że deskę ze smalcem by się zjadło – wspomina Ogielski. – Mieliśmy po dwadzieścia kilka lat i stale chodziliśmy głodni.

Być weiglowcem oznaczało niemal nietykalność. Prawie setka profesorów, m.in. botanik Stanisław Kulczyński i geograf Alfred Jahn – pierwsi rektorzy wrocławskiego uniwersytetu, Stefan Banach – światowej sławy matematyk, Seweryn Krzemieniewski z żoną – słynni bakteriolodzy, a także artyści – poeta Zbigniew Herbert, Jerzy Broszkiewicz, autor znanej powieści dla dzieci „Wielka, większa i największa”, aktor Andrzej Szczepkowski (ojciec Joanny), Stanisław Skrowaczewski – słynny dyrygent – wszyscy oni karmili wszy. Weigl przyjmował także Żydów i Ukraińców. Przez Instytut przewinęły się tysiące osób.

Musieli zaglądać do zakładu codziennie na pół godziny. Na odsłonięte, odkażone uda i ramiona przykładano im pudełeczka z wszami, opasywano gumką. Dziesięć pudełek na człowieka, w każdym pięć setek głodnych wszy.

Pudełka jak od zapałek, z gęstą jedwabną siatką z jednej strony, przez którą owady wpijały się w skórę. Karmiono o stałej porze. Żeby zabić czas, a jeszcze bardziej nieznośny świąd, lwowska profesura z wszami na nogach toczyła dysputy. Prof. Knaster zabawiał łamigłówkami językowymi, budując zdania, w których nie tracąc sensu, miała się powtarzać możliwie dużo razy bezpośrednio po sobie ta sama sylaba. Jego siedmiosylabowy wynik: „imama mama ma mamałygę”.

Świeża krew co rano
„Jeszcze w rok po wojnie na pytanie co robiłeś?, podnosiło się nogawkę i pokazywało czerwone pasy na łydkach” – wspominał pisarz Mirosław Żuławski (ojciec Andrzeja, który nakręcił o tych czasach film „Trzecia część nocy”).

Był akowcem, potrzebował dobrych papierów na wypadek łapanki – idealny był ausweis z Instytutu.

Tak opowiadał o tamtych czasach na łamach „Twojego Stylu”: „Życie upłynęło mi na pracy najemnej w biurach i urzędach, ambasadach i ministerstwach. Ze wszystkich tych posad najlepiej chyba czułem się, karmiąc wszy w Instytucie Weigla. (...) Mimo że płacono nam grosze, a dodatkowe przydziały kawałka kiełbasy nie równoważyły cotygodniowego ubytku krwi, uważaliśmy się za jakąś arystokrację w stosunku do tych, co dorabiali się na pośrednictwie i handlu. Być od Weigla to był tytuł szlachectwa. Prawie całe kierownictwo konspiracji tam było. (...) Profesor nigdy nie tracił zimnej krwi, widywaliśmy go często, jak dla odprężenia strzelał w poklasztornym ogrodzie z łuku, bo z zamiłowania był łucznikiem. Niemcy wiedzieli, że bez niego cały ten Instytut nie wart byłby funta kłaków, myśmy też o tym wiedzieli i nasze uwielbienie dla profesora nie miało granic. Nie wiem, jak oni to robili, ale mimo ścisłej kontroli zawsze pewna ilość szczepionek – i to tych najlepszych – docierała do polskich ośrodków opiekuńczych, a nawet do leśnych”.

Każdy Żyd i większość Polaków
- Żeby szczepionka była skuteczna, muszę odnawiać szczep – Weigl przekonuje Niemców, że niezbędne mu są wszy z getta. Jego asystent, dr Henryk Mosing, jedzie do Warszawy – oficjalnie po owady, nieoficjalnie z buteleczkami płynu w kolorze herbaty. Hitlerowcy nie mają pojęcia, że do warszawskich Żydów trafia szczepionka przeciw śmiertelnej chorobie. Z polecenia Weigla szczepionka docierała też do getta lwowskiego i do obozu w Oświęcimiu.

Hitlerowcy panicznie boją się tyfusu, godzą się na masowe szczepienia. W ten sposób Weigl zaszczepił tysiące osób, m.in. akowców, wykładowców tajnych kompletów, ludzi z ruchu oporu.

Małżeństwo Meislów, lwowskich mikrobiologów, Żydów, było co dzień rano doprowadzane z lwowskiego getta do Instytutu. Po pracy, znowu pod wojskową eskortą, odprowadzano ich z powrotem do getta. W 1942 roku wywieziono ich jednak do Oświęcimia. Dzięki układom profesora przetrwali wojnę, kontynuując tam prace nad tyfusem.

Pod wspólnym mianownikiem
W 1944 r. Niemcy zamykają Instytut. Weigl przenosi się do Krościenka, potem do Krakowa; zostaje profesorem Uniwersytetu Jagiellońskiego i uniwersytetu w Poznaniu.

- W Polsce Ludowej się nie odnalazł. Tęsknił za Lwowem, poza tym nie był entuzjastą PRL-u i dawał to do zrozumienia. Nie doceniano go, żył na uboczu – mówi Wacław Ogielski.

- Oskarżono go nawet o kolaborację z Niemcami – opowiada Stanisław Kosiedowski. – Kierując Instytutem, a przy tym zatrudniając w nim aż tylu naukowców, funkcjonariuszy Państwa Podziemnego, akowców, musiał utrzymywać poprawne, a nawet dobre stosunki z Niemcami.

- Weigl odmawiał współpracy z komunistami, wiec szukano pretekstu, żeby go oczernić. PRL-owskie władze tolerowały go z racji wysokiej pozycji w świecie nauki, ale wycofały jego powojenną nominację do Nobla i nie dopuściły do Polskiej Akademii Nauk – dodaje.

Profesor zmarł w 1957 roku w Zakopanem, na udar mózgu. Nigdy nie był we Wrocławiu, ale ulica Czerska kilka lat temu otrzymała jego imię. To zasługa kilku dawnych pracowników Weigla, którzy w 1946 r. przyjechali do Wrocławia ze Lwowa. – W czasie wojny między weiglowcami były bardzo silne więzi. Pod jednym wspólnym mianownikiem: uratować życie jak najdłużej – mówi pan Ogielski. – Zostało nam to poczucie wspólnoty.

W 2005 roku weiglowcy odsłonili na ul. Weigla poświęconą profesorowi tablicę, którą ufundowali z własnych kieszeni.

- Została nas garstka, po paru we Wrocławiu, Gdańsku, Warszawie, Szczecinie, kilku za granicą – mówią o sobie. – Powoli stajemy się historią.

Tadeusz Kardasz, chemik z Wrocławia, 84-latek, trafił do Instytutu dopiero w 1944 roku. Dorywczy karmiciel wszy, na co dzień pracował w zakładzie pana Trólki, gdzie naprawiał aparaturę kinową i sprzęt dla Weigla.

W domu na wrocławskim Nowym Dworze wciąż trzyma kilka legendarnych już ampułek ze szczepionką koloru herbaty, pudełka i maszynki do zakażania wszy. Długo przekonywał Instytut Yad Vashem w Jerozolimie. W końcu dwa lata temu Weiglowi za szczepionkę przemycaną do warszawskiego getta przyznano tytuł Sprawiedliwego Wśród Narodów Świata. Medal odebrała we wrocławskiej synagodze Pod Białym Bocianem jego wnuczka.

Pan Tadeusz od kilku lat próbuje przekonać Pocztę Polską do znaczka z wizerunkiem Weigla. Sam go zaprojektował, z portretem profesora. – Jeździłem w tej sprawie do Warszawy. Usłyszałem, że mogę zamówić najwyżej okazjonalną pocztówkę. Będę dalej się starał. Jeszcze we Lwowie obiecałem jego pracownikom, że pamięć o profesorze nie zaginie – mówi.

- Uratował życie setek tysięcy ludzi na całym świecie, dając im szczepionkę. Uratował lwowską inteligencję, zatrudniając w Instytucie jako karmicieli wszy – dodaje. – Wybitny naukowiec. Każdy naród szczyciłby się taką postacią, a u nas? Kiedy przekonywałem urzędników w Sukiennicach do nazwania ulicy imieniem Weigla, obruszyli się. Co za jeden – pytali – pewnie jakiś Żyd albo Niemiec?

Korzystałam ze strony www.lwow.home.pl
Artykuł został umieszczony w 2005 roku na stronie gazeta.pl/wroclaw
Fotografie pochodzą ze zbiorów Muzeum Narodowego Ziemi Przemyskiej.
Z oryginałów fotografował Stanisław Kosiedowski

Aneta Augustyn
Tekst ukazał się w nr 4 (46) 30 września 2007

 

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2017 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.