Lwowsko-tarnopolski Wszelaczyński

-a A+

Życie zawodowe Władysława Wszelaczyńskiego podzielone było pomiędzy dwa ośrodki: Lwów i Tarnopol. Dla obydwu miast zasłużył się jako organizator życia muzycznego i pedagog. Wśród lwowskich pianistów uchodził niegdyś za postać niemalże pierwszoplanową.

Przyszedł na świat w 1847 roku w miejscowości Kopyczyńce na Podolu, w majątku Baworowskich, gdzie ojciec był justycjariuszem (w okresie zaborów, na terenie austriackim, był to mianowany i utrzymywany przez właściciela wsi lub miasta urzędnik rozpatrujący sprawy cywilne i drobne sprawy karne). Rodzice oddali go na naukę do konwiktu jezuickiego w Tarnopolu. Ukończył tam szkołę średnią i również w konwikcie odebrał podstawy wykształcenia muzycznego. Po otrzymaniu świadectwa dojrzałości wyjechał Wszelaczyński na dalsze studia do Lwowa. Uczył się na Uniwersytecie, jednocześnie uzupełniał wykształcenie muzyczne i uczestniczył w muzycznych imprezach.

Życie muzyczne Lwowa w tamtych latach skupiało się bardzo często w domach prywatnych. Nic nie stało na przeszkodzie, aby obok muzyków zawodowych na salonach grywali zdolni amatorzy. Wraz z Aleksandrem Tchórznickim, Romualdem Schubertem, Malinowskim i Morawskim Wszelaczyński współtworzył muzykujące towarzystwo lwowskie – grywali na salonach i stanowili ozdobę muzycznego Lwowa. Organizatorem i duchem imprez był Karol Mikuli, uczeń Fryderyka Szopena, który przybył wówczas z Paryża do Lwowa i cieszył się od początku wielkim szacunkiem w mieście. Dalsze studia muzyczne Wszelaczyński odbywał już pod kierunkiem Karola Mikulego: mistrz kilka razy wysłuchał gry Wszelaczyńskiego i rozpoznał w młodym pianiście duże możliwości. Pod okiem Mikulego Wszelaczyński przygotowywał koncerty okolicznościowe oraz brał udział w dobroczynnych popisach towarzyskich. Odbywały się one w domach, salach miejskich, bardzo często wieczory muzyczne przygotowywano w dużej sali Biblioteki Ossolińskich. Wszelaczyński grał z ogromnym upodobaniem, żywo i z uczuciem. Pisano, że jego gra odznaczała się miękkim uderzeniem i ozdobnością wykonania. Najbardziej lubił utwory mniejsze i ich wykonaniem zachwycał publiczność. Bardzo szybko zyskał miano najlepszego pianisty we Lwowie, a sam Karol Mikuli uważał go za swego najzdolniejszego ucznia. Przeciwnicy szkoły Mikulego podkreślali, że Wszelaczyński pozostaje pod zbyt dużym wpływem nauczyciela, co tłumaczono ogromną charyzmą Mikulego spod której niewielu potrafiło się wyzwolić.

Układ rodzinny spowodował, że na krótko powrócił do Tarnopola, gdzie w 1876 roku założył Towarzystwo Muzyczne i został jego dyrektorem. Dzięki staraniom i pracy Wszelaczyńskiego ruch muzyczny w Tarnopolu rozkwitł i osiągnął poziom do tej pory niespotykany. Na koncerty przyjeżdżali Gustaw Walter, Stanisław Barcewicz, Julian Zakrzewski, Nikodem Biernacki, szeroko omawiano koncert belgijskiej śpiewaczki Desiree Artót. Dyrektor Towarzystwa Muzycznego w Tarnopolu popularyzował utwory Schumanna, Haydna, Mozarta, Mendelsohna. Od roku 1878 zajął się muzyką zawodowo. Nadal organizował imprezy muzyczne w Tarnopolu, ale sprawy majątkowe potoczyły się na tyle niepomyślnie, że musiał zająć się nauczaniem muzyki. W środowisku muzycznym miał opinię dobrego pedagoga. Uczył m.in. gry na fortepianie Salomeę Kruszelnicką.

W 1881 roku Karol Mikuli zaprosił Wszelaczyńskiego do Lwowa, proponując mu posadę nauczyciela gry na fortepianie w konserwatorium. Ale na tym nie skończyły się tarnopolsko-lwowskie wędrówki muzyka. Ze Lwowa po raz kolejny powrócił na krótko do rodzinnej miejscowości, aby wreszcie osiąść nad Pełtwią na stałe w 1887 roku. Objął wówczas po śmierci Karola Mikulego posadę profesora Konserwatorium Galicyjskiego Towarzystwa Muzycznego w klasie gry na fortepianie. Pracował, udzielał się zawodowo i towarzysko. W domu Wszelaczyńskiego przy ulicy Akademickiej gromadzili się wielbiciele jego talentu, uczniowie, ale też artyści i naukowcy lwowscy. Rzadko już wtedy można było usłyszeć grę Wszelaczyńskiego – choć w latach osiemdziesiątych XIX wieku uchodził za najlepszego pianistę we Lwowie – w mieście wystąpił zaledwie kilka razy. Zajął się urządzaniem imprez dobroczynnych. Był dyrygentem chóru „Lutnia”. Wykładał historię muzyki, odczyty wygłaszał również w szkołach ludowych.

Mimo ogromnych możliwości towarzyskich życie dzielił pomiędzy dom i konserwatorium. Wolał podejmować u siebie niż bywać samemu. Tworzyło to nieco tajemniczą atmosferę wokół jego osoby. Jak każdy artysta wyszukiwał dla siebie niebanalne stroje, nosił najczęściej długi płaszcz bez rękawów z peleryną z przodu i otworami na ręce pod nią (nazywano go w XIX w. hawelokiem). Miał szczupłą twarz z dość długimi włosami, które czesał do tyłu. Otulony hawelokiem albo „wyfraczony” Władysław Wszelaczyński, był obiektem westchnień lwowskich pań, a popularności dodawała mu sława prawdziwego artysty-wirtuoza oraz opinia wytwornego i szlachetnego pana, zawsze pełnego wielkich intencji. Nigdy jednak nie założył rodziny, we Lwowie szeptano na salonach, że winą temu była nadmierna opiekuńczość matki, z którą emocjonalnie był bardzo związany.

Zasłynął jako namiętny kolekcjoner, zbierał rękopisy i starodruki z XVI i XVII wieku, interesowały go nuty, zbierał też jesuitica. W swojej kolekcji miał komplet polskich dzieł o muzyce. Jego zbiory biblioteczne lokowano wśród największych lwowskich zbiorów prywatnych. Po śmierci Wszelaczyńskiego należały do biblioteki Polskiego Towarzystwa Muzycznego.

W dorobku muzycznym miał kompozycje fortepianowe i pieśni, muzycy podkreślali jego spore zasługi w rozwoju pieśni z towarzyszeniem fortepianu. Odznaczały się – jak pisali krytycy – „Wytwornym tonem salonowej kultury oraz prostotą i szczerością wyrazu”. Dyrygował orkiestrami symfonicznymi i chórami.

Tłumaczył teksty pieśni niemieckich poetów, do których muzykę skomponował Franciszek Schubert, przekłady zajmowały sporą część dorobku Wszelaczyńskiego. Np. „Przekleństwo pieśniarza" przełożył na język polski i wydał w 1887 z okazji założenia Towarzystwa Przyjaciół Nauk w Tarnopolu. Pozostawił prace z historii muzyki, pisał o dziełach muzycznych zainspirowanych twórczością Adama Mickiewicza, wydał we Lwowie szkic muzyczno-bibliograficzny „Adam Mickiewicz w muzyce”: „Wiem z własnego doświadczenia, urządzając przez lat przeszło dziesięciu uroczystości Mickiewicza, z jakimi trzeba walczyć trudnościami, chcąc odpowiedni zestawić program. Pragnąc zatem z jednej strony choć trochę przyczynić się do racjonalniejszego urządzania owych wieczorów «muzykalno-deklamacyjnych» ku czci nieśmiertelnego wieszcza, z drugiej zaś ułatwić bezczynność osobom, zajmującym się urządzaniem obchodów corocznych, wydaję pracę w osobnej odbitce, dodając katalog tematyczny poezji, muzykalnie ilustrowanych i spis alfabetyczny kompozytorów. Szczęśliwy będę, jeżeli praca ta choć w części do urzeczywistnienia tego podwójnego celu się przyczyni” – pisał we Lwowie w 1890 roku.

Ale przede wszystkim był Wszelaczyński gorącym wielbicielem muzyki Chopina, który w swoim bezkrytycznym uwielbieniu posuwał się aż do przesady. Pisał rozentuzjazmowany o Chopinie: „znajdziesz w jego utworach śmiałość i głębokość myśli Beethovena, jasność przezroczystą Mozarta, swobodną naiwność Haydna, bogactwo harmonii Bacha, skończoność formy Mendelsohna, melodyjność potęgową Schuberta, plastyczność Schumana”. Chopina uważał za „jedynego śpiewaka i poetę” fortepianu. Książkę o kompozytorze „O życiu i utworach Fryderyka Chopina. Szkic krytyczno – biograficzny” napisał w 1883 i wydał w 1885 roku w Tarnopolu. Zajmował się bibliografią muzyczną polską. Wydał suitę, 12 walców, pieśni solowe i mazurki na fortepian. Sporą część dorobku pozostawił w rękopisach.

Pod koniec 1895 roku zachorował dość poważnie na serce, dolegliwości mimo starań lekarzy nasilały się. Po kilku miesiącach, które spędził przykuty do łóżka zmarł. Pochowano go na Cmentarzu Łyczakowskim, ostatnią wolą artysty była prośba o nieskładanie wieńców i kwiatów na grobie. „Władysław Prawdzic Wszelaczyński, profesor konserwatorium muzycznego we Lwowie, zmarł dzisiaj, przeżywszy lat 48. (…) prócz niezwykłych przymiotów serca i nawskroś artystycznego umysłu odznaczał się nadzwyczajną miłością do sztuki, której był znawcą niepospolitym. Jako kompozytor i wirtuoz na fortepianie zajmie on w dziejach naszej muzyki narodowej wybitne stanowisko” – 12 lutego 1896 roku Lwów żegnał utalentowanego artystę.

Beata Kost
Tekst ukazał się w nr 3 (223) za 17-26 lutego 2015

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2017 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.