Werter w konfederatce. Część I

-a A+

W XIX wieku czytano go w salonach i pod strzechami. Choć był jednym z najpoczytniejszych poetów epoki, o jego „miłosnej udręce” wiedziało niewielu.

Urojone światy
Wszystko zaczęło się, można rzec, zwyczajnie. W podlwowskich Podliskach były onegdaj dwa folwarki. W jednym gospodarował bogaty łowczy koronny. Drugi, w nadziei na utrzymanie rodziny podupadłej po śmierci męża, dzierżawiła niezamożna wdowa. Łowczy miał piękną córkę Eugenię. Wdowa – niespełna siedemnastoletniego syna Wincentego, który, jakżeby inaczej, zakochał się w dziewczynie. Eugenia uchodziła za znakomitą partię, podczas gdy w oczach jej ojca nastoletni adorator bynajmniej nie dawał widoków na godziwe zamążpójście. A jednak lato egzekwowało swoje prawa: spacery w sadzie, przeciągłe spojrzenia o zachodzie słońca, zalotne uśmiechy, którymi panna szczodrze obdarzała nadwrażliwego wyrostka. Chłopakowi dało to złudzenie wzajemności, która, wierzył głęboko, pod wpływem jego uczuć okazywanych coraz żarliwiej, objawi się romantycznym płomieniem. Traktował swoją rolę u boku Eugenii tak serio, że nawet wyzwał na pojedynek doświadczonego żołnierza, który w kościele zbyt śmiało zaglądał pod kapelusz jego ukochanej. Życie gorliwca uratował zmyślny sekundant, który widząc, że przeciwnik mierzy w głowę, tak długo zwlekał z komendą „pal”, aż oficerowi ręka zaczęła omdlewać i chybił.

Chybił także Wincenty Pol, bo tak się nazywał ów porywczy zalotnik. Z jego późniejszych słynnych dzieł – „Pieśni Janusza”, „Pieśń o ziemi naszej” czy „Mohort” – zdobionych na frontyspisach portretem sędziwego starca, znamy wizerunek Pola jako patriotycznego dziejopisa. Ale rozwadze sekundanta literatura polska zawdzięcza także setki innych, w większości zapomnianych dziś utworów, za które współcześnie poetę ceniono – ba, wręcz czczono! Są wśród nich zabytki miłości romantycznej, wprawdzie niewielkie, ale za to w najczystszej postaci. Czyni to z Pola laboratoryjny model zakochanego romantyka. Miłosny zawód spotkał go w czasie bardzo szczególnym dla ówczesnych wrażliwców. Polski romantyzm już się budził, zaledwie przed rokiem ukazały się „Ballady i romanse” Mickiewicza, było jednak za wcześnie by to one rozpalały młodego Pola. W 1822 roku zdarzyło się coś istotniejszego dla ówczesnych nastolatków: wyszedł polski przekład „Cierpień młodego Wertera”. Dzieło Goethego działało w podobnych przypadkach jak tlen. Po feralnym pojedynku spodziewany pożar w sercu Eugenii jednak nie wybuchł, a młodzieniec, nie wiedząc co począć z uczuciami, omdlewał z rozpaczy. „Udałem się więc do książek – napisze później – i znalazłem, czego szukałem! Znalazłem, ach znalazłem – od poetów urojone światy!”

Niemieckie dziecko
Podobny dramat zdarzył się w dziejach tyle razy, że bez skrępowania można by go zbyć uśmiechem. Jednak w życiu Wincentego owe perypetie zdarzyły się ledwie kilka miesięcy po śmierci ojca, którą do końca własnych dni będzie wspominał jako katastrofę. „Do roku 1823 żyłem jak dziecko szczęśliwie. Od śmierci ojca spadły na mnie cierpienia, znienawidziłem ludzi i żyłem w wielkim bardzo niedostatku, samotnie” – zanotował u szczytu sławy, siedemnaście lat po „wydarzeniach z Eugenią”.

Urodzony w 1807 roku poeta przybył do Lwowa jako dwulatek z ojcem Franciszkiem Ksawerym Polem, Niemcem z Warmii, sędzią sądu szlacheckiego i matką Eleonorą pochodzącą z dawno już spolszczonej francuskiej rodziny Longchamps. Żyli dostatnio, a późno ożeniony Franciszek poświęcał dzieciom wiele uwagi. Jego śmierć wstrząsnęła Wincentym, przesądzając zarazem o językowym i narodowym losie chłopca. Pierwsze dekady XIX stulecia to we Lwowie ciężkie czasy dla polszczyzny. Wydawało się, że nic nie powstrzyma germanizacyjnej fali. Zwłaszcza wśród dzieci z domów na poły niemieckich nikt nie szukałby przyszłych koryfeuszy polskiego słowa. Wincenty straciwszy mentora, jakiego miał w ojcu, spędzając wiele miesięcy daleko od miasta wystawił swoją rozbudzoną przez niego wrażliwość na działanie sielsko-szlacheckiej polskości, kwitnącej po galicyjskich zaściankach. Stanisław Wasylewski mógł więc po latach, pisząc „Lwowskie historie”, przedstawić poetę jako „polski sposób na Niemca, doskonały, choć złośliwy i makiawelski”. „Obdzierało się Niemca z pludrów – powiada Wasylewski – wytrąciwszy najpierw fajkę z gęby, potem ubrało w czamarę, dodawszy mu polską towarzyszkę życia dla pewności”. Przedmiotem takiej operacji miał być senior Pol. „Spokojnemu człowiekowi zabieramy syna – puentuje gawędziarz – i czynimy zeń najbardziej polskiego z liryków polskich w XIX wieku. To dziecko niemieckie tak sobie upodoba umierająca Rzeczpospolitą, iż jemu właśnie szepnie ostatnie słowa pożegnania: Pieśń Janusza”.

Wincenty Pol w przewrotny sposób pozostał „niemieckim dzieckiem” do końca życia. Romantyczne pożary, podsycane przez niemiecką poezję z Goethem i Schillerem na czele, pochłaniały coraz to nowe ofiary. Także Pol, wspominając po latach Podliski, przyzna:

Tam Wertera objąłem z zapałem,
Ach tam mnie Goethe raz pierwszy odurzył (...)
Owiał mnie jakiś oddech tajemniczy
I święta groza owładła me zmysły,
Boską czcią zdjęty spojrzałem dokoła,
Jakbym się ujrzał pośrodku
kościoła.

W urojonym „kościele poetów” czuł się coraz bezpieczniej. Tam, jak napisał w imaginacyjnym liście do Eugenii, znalazł „miłość, której potęga ziemi ni niebios zniszczyć nie była w stanie”.

Werterysta w klasztorze
W tym stanie ducha matka wysłała go do jezuickiej szkoły w Tarnopolu. Choć „romans” z Eugenią był tylko bolesną przygodą wyobraźni, Pol pozostawał jej wierny w swojej udręce. Były to bowiem czasy, w których realizm uczuć nie krępował zakochanych. Wszak człowiek „werteryczny” za obiekt uczuć obierał kobiety z jakichś względów niedostępne – zamężne, zaręczone, kochające innego. Nie wystarczyło kochać, należało być zakochanym do szaleństwa! Nierzadko rozumiano to jak najdosłowniej – uczucie musiało obezwładniać, doprowadzać do ekstazy, popychać duszę do najdotkliwszych cierpień z samobójstwem włącznie. Miłość była tym bardziej „werteryczna”, czym dalsza była od spełnienia, zaś niespełnienie fizyczne było warunkiem niezbędnym, by w ogóle móc się do Wertera porównać. Nie jest to uczucie pozbawione zmysłów – przeciwnie! – ale jest paliwem ducha, który sublimuje cielesność w rozszalałe ekstazy. To miłość pcha „werterystę” do buntu, zakwestionowania porządku moralnego i społecznego, czasem do samobójstwa. Jednak jest to nie tyle – a w każdym razie nie tylko – wyraz słabości, ale forma niezgody na istniejący porządek.

Wewnętrzny bunt w surowej jezuickiej bursie rodził się z łatwością, można więc powiedzieć, że Goethe sporządził figurę werterycznego kochanka na miarę osiemnastoletniego Pola. Wszystko, po co mógł sięgnąć w swoim ówczesnym oczytaniu, można rzec, leżało jak ulał. „Poznałem Panią, by poznać moc miłości! Poznałem miłość, by poznać jej okropność! Wyobraźnia moja utworzyła sobie istotę, dziewicę niebiańską, wymalowała ją ze wszystkimi wdziękami duszy najpiękniejszej, a wszystkie znalazłem w Pani...” – pisał w tekście zatytułowanym „Z klasztoru”, który mógłby się zdawać niewysłanym listem, choć celniej będzie uznać go za szkic epistolarnej powieści, należącej przecież do standardów romantycznego repertuaru. Tych kilka stronic Pol wzorował bez ogródek na „Cierpieniach młodego Wertera”. Z żarliwością właściwą epoce rzucał życie, przynajmniej na piśmie, w mroczną otchłań. „O Eugenio! – wołał dalej – czyżeś nie wiedziała, co jest serce? Czyś nie wiedziała, co jest młodość? Podżarzałaś ogień w mym sercu, by go nigdy nie ugasić? Eugenio! jeżeli rozpacz uzbroi samobójcze dłonie, jeżeli ma dusza stanie się łupem piekła – ty Bogu odpowiesz!”

Jeszcze kilkadziesiąt lat później będzie pisał, że „od progu”, „gdy ją pierwszy raz zobaczył” i „tę jasność od jej czoła”, zrozumiał, że „anioła głos pozdrowić duszę raczył”. Ujrzawszy zaś „włosy krucze, dziwnie lśniące” i spowite „w rzęs tysiące oczy owe szafirowe” oświadczył:

Na te oczy i w tym progu
Jam też złożył śluby Bogu.

Stworzony by kochać
Przekonany o niezłomności upokorzonych uczuć wrócił po roku do Lwowa studiować filozofię. „Sympatyczny nad wszelki wyraz, z męską, łagodną, pełną wyrazu twarzą, czarującym głosem poddającym się z łatwością bogatej dykcji, z wyobraźnią ani namiętną, ani rozbujałą, ale tryskającą życiem i prawdą, a coś z kobiecego uroku mającą w sobie. Zadziwiającej w mężczyźnie naiwności, poddającej się często rozsądkowi, zatem z zdrowym i wyższym sądem o rzeczach. Wincenty dobrodusznie ustępował każdemu z nas zbyt roznamiętnionemu i poczciwym słowem zbyt szorstkie łagodził zdania. Bez cienia zarozumiałości lub pychy, ani jemu, ani nam nie przyszło wtedy na myśl, że jest tym, czym się wkrótce miał objawić: pierwszym – by nie powiedzieć – jedynym lackim wieszczem”. Tak widział go przyjaciel Ludwik Jabłonowski, lwowski arystokrata, później także pisarz, żołnierz, spiskowiec, polityk. W gronie przyjaciół Pola byli też August Bielowski – wkrótce wybitny pisarz, historyk i dyrektor Ossolineum, Ludwik Nabielak, przyszły powstaniec listopadowy, poeta, polityk Wielkiej Emigracji i Wacław Zaleski, sławny później folklorysta, poeta i również polityk.

Póki co była połowa lat 20. XIX wieku i wszyscy należeli do studenckiego związku Czarnych Braci, tajnej organizacji o charakterze raczej dyskusyjnym, która solidaryzować się miała z represjonowaną młodzieżą wileńską. Wielka niespełniona miłość była w tych okolicznościach twarzowym kostiumem romantyka, przydawała mrocznej, bajronicznej energii.

Po studiach i praktyce w sądzie Pol nie szukał stałego zajęcia. Wiosną 1828 roku zamieszkał u matki w skromnym dworku na lwowskim Przedmieściu Zielonym. Obok, z owdowiałą matką mieszkała siedemnastoletnia panna. „Czy jadłem, czy co pisałem, czy chodziłem po pokoju, zawsze mi była na oczach, zawsze na myśli...” – notował, dostrzegając w tym zrządzenie losu. „Pierwszy raz nocując w tym domu miałem sen o białej gołębicy, która krążąc długo dokoła mej głowy odleciała w nieznajomą stronę, tenże sam sen, który miałem dniem przed poznaniem Eugenii”. Tak oto Pol zakochał się w Kornelii Olszewskiej, „cierpienia” z tym związane spisując w romantycznie stylizowanym dzienniczku. „I po co zniszczyłem tamto piękne widziadło, którym się szczyciła moja wyobraźnia? – pisał – Po co samochcąc zatraciłem obraz Eugenii, który mi miał aż do grobu towarzyszyć? Po co nierozważnie na nowo splątałem me serce? Najgwałtowniejsze namiętne uczucia, już były przeminęły, łagodna tylko tęsknota pozostała w mojej duszy jeszcze, a kochając bez bólu byłem szczęśliwym i szczyciłem się sam przed sobą wiernością – i tę cnotę musiałem utracić! Serce moje coraz uboższym się staje... Człowieku, podły niewolniku zmysłów!” W desperackim patosie rzuca: „Kobiety są złe!”, by nazajutrz przyznać, że „nie lękało go to przeczucie”, przeciwnie, „sercu zachciewało się rozkoszy, chciałem znowu smakować w szaleństwie miłości.” „Ach – wzdychał – musi być to rozkosz kochać taką istotę, która jest jeszcze pośrednictwem między dziecięciem a dziewicą”, by po chwili iść dalej: „Cóż to musi być za szczęście, widzieć się w posiadaniu jej miłości!” Wreszcie, pod datą 7 czerwca 1828 roku, roztrząsa te duchowe biedy już jako, można rzec, szczęśliwie zakochany: „Życie nie jest bez wdzięku, a miłość jest nieprzebranym źródłem zbawiennej rozkoszy! Ona na mnie spojrzy, uśmiechnie się mile, przemówi kilka słówek, pozwoli rękę ucałować, zagra piosenkę na fortepianie i nowa siła powraca do duszy!” I podejmuje coś w rodzaju życiowej decyzji: „Rezygnacja z miłości, jeżeli ją uczynię, będzie mym nieszczęściem! Nie, zimne zrzeczenie się samego siebie i błogiej skłonności nie jest dla takiego serca jak moje! Jestem stworzony, bym kochał”.

Słodki jad
Lato 1828 roku wypaliło „polskie piętno” w duszy Wincentego Pola. Wyjeżdżał do pobliskich Mostków, majątku wuja Józefa Ziętkiewicza, potomka wybitnych lwowian znanych od XVI wieku. Znalazł tam azyl tuż po śmierci ojca. „Spojrzałem na naturę pierwszy raz i zacząłem myśleć nad sobą, nad światem i nad jego pięknością, nad człowiekiem i jego przeznaczeniem” – zanotował. Mostki na zawsze pozostały mu bliskie. „Skromna ta strzecha, w wianku łąk i lasów dumająca, tuż koło cerkiewki, wśród rozrzuconych chat i brogów, w łakomej na takie wrażenia duszy Pola złożyć musiało embrio późniejszej Pieśni o ziemi naszej” – pisał Jabłonowski. Sam poeta po latach wspominał: „Przed dworkiem od strony ogrodu był ganeczek i tu siadywaliśmy z przyjaciółmi, otoczeni zielonością, czytając i bawiąc się z sobą. Towarzystwo bywało dobre, należeli do niego prawie ci wszyscy, których imiona znane są dziś w literaturze, bo jakoż z tego kółka wyszła nowa literatura na Czerwonej Rusi”.

Pochłaniał dziesiątki tomów, dyskutował, analizował, notował zasłyszane historie, zachwycał się wdziękiem języka, który dźwięczał po zagrodach. Minął czas juweniliów, Pol zaczął poważnie, z krytycznym zmysłem spisywać swoje refleksje. Rozprawa „O źródłach narodowej poezji polskiej” nie ukazała się wprawdzie drukiem, ale w gronie wtajemniczonych zdobyła duże uznanie.

Cóż się dziwić, że w tych sielskich czasach uległ uczuciu, zwłaszcza jeśli wierzyć Karolowi Estreicherowi, wedle którego Kornelia „była to panienka młoda, prawdziwa piękność; wysmukła, o dużych połyskliwych szafirowych oczach, otoczonych ciemnemi brwiami, z bujnym jasnym włosem na głowie, twarzą bielutką, z lekkim rumieńcem, z kibicią jak najwdzięczniej wypełnioną. Grała nieźle na fortepianie, mówiła doskonale po niemiecku i francusku, znała dzieje ojczyste, a rozmiłowana w poetach naszych, wyrażała się szlachetnie, bo też szlachetną była jej dusza. Pozornie chłodna i obojętna, a w istocie tkliwa, skromna i daleka od wszelkiej próżności. Kogo polubiła, względem tego była szczerą, otwartą i serdeczną, – tego zjednywała sobie przychylność na zawsze”.

Pol oświadczył się nadspodziewanie szybko i został, wbrew swoim werterycznym rozterkom, przyjęty. W owych czasach nie było w zwyczaju oświadczać się nie zapowiadając przy tym rychłej daty ślubu. Dlatego dość szybko przyszło mu wysłuchiwać uwag ze strony rodziny narzeczonej, że „słodki jad sączy w niewinne serce dziewczyny”. Jemu zaś, tak jak w uczuciach do Eugenii wystarczał żar wyobraźni, tak teraz wyobraźnię dostatecznie syciło dane słowo wzmocnione patriotycznym napięciem, albowiem ślub miał się odbyć, jak wreszcie oznajmił narzeczonej i przyjaciołom, dopiero w wolnej Polsce. Pochopnie byłoby brać to za jakiś fortel. Krótko przed powstaniem listopadowym niepodległość mogła wydawać się – zwłaszcza młodzieży – na wyciągnięcie ręki, a Pol całkiem realnie myślał się do tego przyczynić. Musiał też jakoś ułożyć życie materialnie. We Lwowie nie miał perspektyw na posadę, starał się więc o pracę w Wilnie, które uważał również za „spiskową stolicę” – ledwie kilka lat minęło przecież od osławionego procesu Mickiewicza i jego kompanów.
(cdn.)

Sławomir Gowin
Tekst ukazał się w nr 4 (248) 29 lutego – 17 marca

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2017 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.