-a A+

Rudolf Nardelli – bohater spod Maksymca

Cmentarz legionistów w Rafajłowej i znajdujący się na nim ich pomnik były przedstawiane niejednokrotnie w historycznych publikacjach, tych z lat ostatnich, ale też i z okresu międzywojennego. Ale niezależnie od stopnia szczegółowości podawanych w nich informacji - dotyczących zwykle samego pomnika i znajdującej się przy nim tablicy inskrypcyjnej oraz pochowanych tam legionistów z okresu Rzeczypospolitej Rafajłowskiej (więc od 12 października 1914 r. do połowy lutego 1915 r.) – łatwo dostrzec nieścisłość dotyczącą oznaczenia liczby pochowanych tam legionowych żołnierzy.

Na obelisku pomnika odczytamy bowiem liczbę 40, natomiast na tablicy inskrypcyjnej u jego podstawy – siedem nazwisk i informację o pochowanych 29 nieznanych, co w sumie określa ich liczbę na 36. Skąd więc ta rozbieżność? I która informacja jest zgodna z prawdą, a przynajmniej jej bliższa?

Należy przypuszczać, że pochowanych na tym cmentarzu legionistów jest co najmniej 40. Co najmniej, bo zapewne nie wszyscy, którzy polegli w tej okolicy – m.in. podczas najbardziej krwawych walk, więc pod Rafajłową (23/24.01.1915 r.) oraz pod Maksymcem (31.01.1915 r.) zostali ekshumowani z miejsc przypadkowego pochówku, wiadomo też o zaginionych żołnierzach, którzy z dużym prawdopodobieństwem polegli. Wiele wskazuje na to, że wykonany co najmniej 5 lat po tych zdarzeniach rafajłowski pomnik niesie inskrypcje tylko w niewielkim stopniu oparte na materiale źródłowym (stąd mowa np. o 29 nieznanych legionistach mimo istnienia raczej dokładnych imiennych spisów).

Niemniej, dawne fotografie tego cmentarza wskazują na znajdujące się nieopodal pomnika, bo położone bezpośrednio za nim oraz na lewo od niego (w bliskości drewnianej kaplicy rzymskokatolickiej) mogiły ziemne z drewnianymi krzyżami, ogrodzone skromnymi drewnianymi płotkami; opis jednej z takich fotografii potwierdza, że pochowany został tam Rudolf Nardelli.

Obecnie po tych krzyżach i ogrodzeniach ślad nawet nie pozostał, same zaś mogiły uległy całkowitemu zatarciu; dzięki jednak zachowanym fotograficznym ujęciom ich umiejscowienia na cmentarzu nie będzie trudności z planowanym odtworzeniem miejsc pochówku bohaterów z tamtych lat.

Tu więc miejsce by przypomnieć, kim był wymieniony wyżej legionista.

Jak wiadomo, ochotnicy do Legionów ciągnęli z różnych zakątków kraju. Przybywali w pojedynkę, ale też i większymi zorganizowanymi już oddziałami. Jedną z takich formacji był Legion Śląski (liczący 370 ochotników), powstały na Śląsku Cieszyńskim z oddziałów Sokoła, które mobilizował tam od sierpnia 1914 Hieronim Przepiliński. On to wraz z F. Hajdukiem i J. Łyskiem stanął na czele Legionu i 24.09.1914 r. przyprowadził go na punkt zborny do Mszany Dolnej; tam też został Legion ten włączony do powstającego 3 pp. Legionów Polskich jako jego 2 kompania, zwana śląską.

W kompanii tej znalazł się Rudolf Nardelli, gorący polski patriota pochodzący z zamieszkałej na Śląsku Cieszyńskim rodziny włoskiej. Był synem Juliusza i Anny z domu Lindner, a urodził się 10 czerwca 1894 r. w Starym Mieście, dawny powiat Frysztat (dziś Stare Miasto i Frysztat włączone są do miasta Karwina). Po ukończeniu nauki w szkole powszechnej w Karwinie oraz wydziałowej we Frysztacie, kontynuował naukę w seminarium nauczycielskim w Cieszynie, a następnie w Białej. Po złożeniu egzaminu dojrzałości z odznaczeniem kształcił się dalej – odbył kursy dla szkół zawodowych: ogrodniczy, pszczelarski, w  hodowli drobiu. Po objęciu posady nauczyciela w pobliskiej Dąbrowie, „organizował kółka amatorskie i śpiewacze, skupiające przeważnie młodzież, której wpajał zasady dobrego Polaka i obywatela przyszłej wymarzonej Ojczyzny”, co ściągnęło na niego  ze strony władz austriackich groźbę utraty pracy. Był też członkiem śląskiej stałej Drużyny Polowej Sokoła, aktywnym z chwilą wybuchu wojny w wojskowym przysposabianiu tamtejszej młodzieży. Z początkiem sierpnia 1914 r. wstąpił, wraz ze swymi kolegami, do Legionu Śląskiego, z którymi wyjechał z Mszany Dolnej w Karpaty Wschodnie i znalazł się w Rafajłowej. Przydzielono go do plutonu dowodzonego przez chorążego Bolesława Pytla - 2 kompania (śląska) por. Jana Łyska, batalion kpt. Henryka Minkiewicza, 3 p.p. L.P. mjr. Józefa Hallera. Zwano go tam Rudkiem, uważano za „ukochanego kolegę, serdecznego druha i wiernego towarzysza broni”. Nie cieszył się wówczas dobrym zdrowiem – w następstwie choroby i po przebyciu dwóch operacji otrzymał pracę w legionowej kancelarii. Jednakże bliższa jego marzeniom czynnego uczestniczenia w walce była służba liniowa, w której wykazywał zawsze bohaterską postawę i brawurową odwagę. Wbrew tedy perswazjom lekarza przeniósł się do służby frontowej, oddając dotychczasowy przydział kancelaryjny również nie będącemu w pełni sił koledze. Niebawem, w dwa dni po krwawej bitwie pod Maksymcem, wyruszył w nocy z 2 na 3 lutego jako dowódca kilku ochotników ze śląskiej kompanii na nocny patrol dla rozpoznania stanowisk rosyjskich na bliskim tej wsi wzgórzu. Śnieg był wówczas obfity, noc mroźna, księżycowa. Poruszali się po jasnej, odkrytej przestrzeni, bez możliwości ukrycia się. Z napotkanego tam położonego na wzniesieniu budynku, który jak się okazało był silnie obsadzonym nieprzyjacielskim stanowiskiem, sypnęły gęste strzały. Legioniści zdołali co prawda w walce na bagnety opanować na chwilę nieprzyjacielską placówkę, jednakże Rosjanie szybkim kontratakiem odzyskali ją. Nardelii nakazał wycofanie się, wreszcie pozostał tam sam z jednym tylko legionistą, którego zresztą niebawem odprawił. Za chwilę poległ od kuli wroga… Tak oto ów ostatni towarzysz Nardellego wspomina później, jako ranny na szpitalnym łożu, te dramatyczne chwile: „Począłem się ociągać i jego najpierw wysyłać, w końcu zaproponowałem, abyśmy obaj razem się wymykali. Ale nie chciał. Odwołał się na obowiązek służbowy, że jako dowódca patrolu musi dotrwać ostatni na posterunku i zbadać jeszcze rezerwy nieprzyjacielskie. Poczem podał mi znowu rękę, serdecznie moją uścisnął i szepnął rozkazująco: – Idź zaraz!... Da Bóg, obaczymy się za chwilę.. A gdybym, wiesz… gdybym nie wrócił… to wszystkich kolegów i rodzinę moją serdecznie pozdrów… a ją także… pamiętaj, powiedz… że do ostatniej chwili byłem myślą przy niej!... Rozkaz był – musiałem słuchać!... Począłem przekradać się sam, Rudek został ostatni”.

Zebrani po rozproszeniu w nocnej walce legioniści oczekiwali daremnie na Nardellego, nie spotkali go również po powrocie do Rafajłowej. Dopiero 7 lutego wysłani do Maksymca sanitariusze znaleźli na śnieżnym polu dwa ciała – legionisty i rosyjskiego sierżanta, którzy zginęli najprawdopodobniej we wspólnej walce. Zwłoki Nardellego przywieziono na saniach do obozu.

Został pochowany razem z pozostałymi poległymi pod Maksymcem legionistami ze śląskiej kompanii przy kaplicy w Rafajłowej, a w tym skromnym pogrzebie uczestniczył wraz z towarzyszami broni z rodzimej kompanii również płk Józef Haller oraz polscy i austriaccy oficerowie.

Towarzysz broni Nardellego wspomina: „A w nagrodę czynów i porywów szlachetnych, w nagrodę tej krwi serdecznej, którą na odzew Matki-Ojczyzny bez wahania poświęcił, wziął nasz kochany Rudek nie ten złoty medal zasługi, którym udekorowano go za waleczność i bohaterstwo, ale ten prosty, biały krzyż brzozowy, na którym wędrowny ptak czasem usiędzie i do snu wiecznego śpiewać mu będzie pieśń o Polsce, za którą młody żywot położył!...”.

Rudolf Nardelli został za swe bojowe zasługi odznaczony pośmiertnie orderem „Virtuti Militari” klasy V (nr krzyża 7673), na wniosek (złożony 4 marca 1922 r.) przez mjr. Bolesława Pytla, byłego dowódcę legionowego plutonu.

Brzozowy krzyż znaczył mogiłę poległego pod Maksymcem bohaterskiego legionisty przez lata międzywojenne. Dziś nie ma po niej śladu …

Jak wyżej wspomniano, miejsce zatartej dziś mogiły Rudolfa Nardellego na rafajłowskim cmentarzu legionistów zostało dzięki archiwalnym fotografiom zlokalizowane. W ubiegłym roku została ona przez autora artykułu prowizorycznie oznaczona, zaś 1 października br., w pierwszym dniu obchodów jubileuszu 100.lecia walk Legionów Polskich w Rafajłowej, stanie na niej nowy drewniany krzyż z tabliczką ufundowany przez Towarzystwo Karpackie z Warszawy.

Jan Skłodowski
Tekst ukazał się w nr 14-15 (210-211) za 19-28 sierpnia 2014

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2017 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.