Nikifor Krynicki

-a A+

Nikifor Drowniak, 1963 (Fot. de.wikipedia.org)

Nikifor Krynicki

Najbardziej znanym w świecie kryniczaninem wszechczasów jest głuchoniemy łemkowski żebrak, który został zaliczony do światowej czołówki malarzy prymitywnych.

Na podstawie odnalezionych greckokatolickich ksiąg metrykalnych, Łemkowie udowodnili, że jego prawdziwe imię i nazwisko brzmiało Epifan Drowniak. Przez całe życie był jednakże znany (i sam się określał) jako Nikifor.

Nikifor znaczy „niosący zwycięstwo”. Jak się okazało, było to imię prorocze. Andrzej Banach – znany krakowski mecenas sztuki i Nikifora, w 1983 roku tak pisał: „Nikifor odniósł nad światem największe zwycięstwo: z wrogów uczynił przyjaciół, obłaskawił otoczenie i zmienił je zupełnie, zgodnie ze swymi pragnieniami”. Stało się to trochę za późno, gdyż mając ok. 70 lat i ciężką, nieuleczalną postać gruźlicy płuc, nie był już w stanie korzystać z owoców tego zwycięstwa.

Nikifor posługiwał się głównie techniką akwareli. W tej technice malował przedwojenne pejzaże beskidzkie i stacyjki kolejowe, uważane za jego szczytowe osiągnięcie. Namalował tysiące akwarel i podobno nigdy się nie powtórzył. Inne techniki (gwasz, kredka, ołówek) stosował rzadziej i raczej w ostatnich latach życia. Był analfabetą, a jego akademią sztuki były wnętrza cerkwi i ikony. Znawcy zagadnienia twierdzą, że był „mistrzem konstrukcji i kompozycji obrazu, układu elementów w ich formie i treści” (Andrzej Banach).

Nikifor, Architektura fantastyczna. Posterunek, lata 20. (Muzeum Okręgowe, Nowy Sącz)


W 2004 roku, za sprawą filmu Krzysztofa Krauzego „Mój Nikifor” i nagród, które ten film uzyskał na festiwalu w Gdyni, przetoczyła się przez media dyskusja nie tylko nad filmem, ale też nad fenomenem Nikifora. Jako naoczny świadek ostatnich 10 lat życia Nikifora, mam możność porównania medialnej informacji z bezpośrednią obserwacją. Chciałbym dopowiedzieć kilka informacji, o których nie wspominały media. Nikifora znali wszyscy kryniczanie, bowiem jego miejscem pracy był krynicki deptak, bądź murek, otaczający sanatorium „Nowe Łazienki Mineralne”. Dopiero w kilku ostatnich latach życia pracował w drewnianej budce, w narożniku basenu kąpielowego, a potem w pracowni pana Włosińskiego (o czym mówi film).

Malował szkolnymi farbkami, rzadziej kredkami woskowymi, używając, jako papieru, okładek ze szkolnych zeszytów, pudełek po papierosach, kawałków tektury. Farbki rozcieńczał własną śliną, co budziło odruch wstrętu u obserwatora, a u miejscowych, którzy dodatkowo wiedzieli, że choruje na gruźlicę, obawę o zawleczenie choroby do swoich domów. Z tego powodu jego obrazki były niszczone (najczęściej palone) i tylko nieświadomi choroby mistrza i jego techniki malarskiej kuracjusze i turyści, powodowani pięknymi kolorami i litością nad nędzą artysty, brali obrazki za symboliczną cenę 50 groszy, czasem 1 złotego.

Było charakterystyczne, że podczas pracy, zupełnie nie zwracał uwagi na otaczający go tłumek gapiów. Obawiał się tylko dzieci, które go zaczepiały, poszturchiwały i przeszkadzały. O ile dobrze pamiętam, to właśnie dzieci ze starszych klas ochrzciły Nikifora mianem „Matejko”, którym to określeniem podpisywał potem niektóre swoje obrazki. Kiedy w latach 60-tych ub. wieku Nikifor stawał się coraz bardziej znany i ceniony, zaczął też cenić swoje obrazki. Widziałem, że np. przygotowując się do malowania nowego obrazka, najpierw wybierał kawałek papieru lub tektury, potem mozolnie na odwrocie pisał cenę: 100 zł lub 50 zł, przybijał dużą, okrągłą pieczęć z napisem „Nikifor-Matejko”, a dopiero potem odwracał papier i zabierał się do malowania. Taką procedurę stosował głównie wtedy (ale nie tylko), gdy ktoś chciał zamówić obrazek. Mistrz najpierw pokazywał mu cenę, a jeśli ta była akceptowana, to przystępował do malowania.

Nikifor, Krajobraz z cerkwią i świętym

Z tytułu pracy w krynickim szpitalu zetknąłem się także z Nikiforem jako pacjentem, bowiem postępująca włóknisto-jamista gruźlica płuc i niewydolność oddechowa sprawiały, że w okresach zaostrzeń choroby, z dusznością lub krwiopluciem był, na ogół przy użyciu przemocy fizycznej, przywożony przez pogotowie do szpitala. Były to przeważnie pobyty kilkudniowe, bowiem, gdy tylko udawało się uzyskać poprawę funkcji oddechowej, zbierał swoje manatki i chyłkiem, samowolnie, nie dbając o jakiekolwiek formalności, znikał ze szpitala. I kto zaprzeczy, że w PRL-u nie było ludzi wolnych? Nikifor był wolny! Leczenie traktował jak dopust Boży, zastrzyki i zabiegi przyjmował z wyraźnym lękiem. Obawiał się personelu medycznego, a nakłanianie go do poddania się leczeniu, zwykle na początku, nie było pozbawione elementów przemocy fizycznej (np. trzymania za ręce). Gdy przekonywał się, że leki i zabiegi przynoszą mu ulgę w cierpieniu, to poddawał się im bez oporu. Problem ten jest pokazany w filmie „Mój Nikifor”. W czasie wolnym od zabiegów medycznych, rozkładał swój kramik i malował, zwłaszcza pejzaże widoczne z okien szpitala z cerkwią w tle, ale tych obrazków nikt od niego nie kupował, z wyżej wspomnianych powodów higienicznych. Powszechnie je uważano za bohomazy człowieka upośledzonego, nie przedstawiające żadnej wartości.

Wraz z rosnącym zainteresowaniem malarstwem Nikifora ze strony znawców i mecenasów sztuki (Cybisowie, Banachowie) o Nikiforze zaczęło być głośno. Malarstwu Nikifora poświęcono 4 monografie, wiele artykułów prasowych, znani poeci (Gałczyński, Harasymowicz, Herbert, Kubiak) pisali wiersze o Nikiforze. Najbardziej prestiżowe galerie sztuki, krajowe (warszawska Zachęta) i zagraniczne (Paryż, Amsterdam, Bruksela i in.), zabiegały o organizację wystaw jego malarstwa, a muzea i prywatni kolekcjonerzy zaczęli skwapliwie gromadzić jego obrazki. Oczywiście, ceny obrazków osiągnęły niewiarygodne notowania.

Nikifor, Ksiądz i Szatan

Nikifora obdarzono honorowym członkostwem Związku Polskich Artystów Plastyków. Od miasta otrzymał mieszkanie, opiekuna i osobistego lekarza, zakupiono mu także samochód. Wożono go (podejrzewam, że wbrew jego woli) do Warszawy, Krakowa, Sanoka, a nawet na wczasy do Bułgarii. Sam mistrz, wobec wybuchu przejawów troski zachował głęboką nieufność, był nimi raczej zmęczony niż zadowolony i w niczym nie zmienił swego trybu życia i pracy. Wieść gminna głosiła, że parę osób, pilnujących jego „biznesu”, całkiem nieźle z Nikifora żyje. Czy były to informacje dyktowane ludzką zawiścią i podejrzliwością, czy teą zawierały ziarno prawdy, tego nikt nie sprawdzał.

Nikifor zmarł (1968) w sanatorium w Foluszu k. Jasła. Został z honorami pochowany na starym krynickim cmentarzu, a społeczność łemkowska postawiła na mogile oryginalny, rzeźbiony nagrobek. Miasto wyremontowało jedną z zabytkowych, zrujnowanych willi („Romanówka”) i w budynku tym urządzono „Muzeum Nikifora”, jako filię muzeum nowosądeckiego. Muzeum to, jako niewątpliwa atrakcja turystyczna, cieszy się sporą frekwencją. Przed kilkoma laty uroczyście odsłonięto pomnik Nikifora. Co skrzętniejsi ziomkowie Nikifora otworzyli hotel „Nikifor” i „Hospodę Kłynec”, gdzie w otoczeniu folkloru łemkowskiego, za ok. 60 zł można zanocować, a za drugie 60 zł wyżywić się. Hospoda serwuje m. in. łemkowskie jadło, jak: warianka z perohamy i husiaczy hrudy w żurawłynowym sosi.

Ostatnim wydarzeniem związanym z Nikiforem, być może o największym zasięgu, była realizacja, wspomnianego wyżej, filmu „Mój Nikifor” w reż. Krzysztofa Krauzego, w którym zresztą mam drobny udział, jako konsultant niektórych jego medycznych sekwencji. Scenariusz filmu bardziej skoncentrował się na perypetiach i przeżyciach opiekuna Nikifora niż samego malarza i dlatego pozostawia pewien niedosyt. Warto go jednak obejrzeć, choćby z uwagi na pięknie sfilmowane zimowe widoki Krynicy i okolic oraz tematykę opartą na niebanalnej opowieści o życiu i dziele łemkowskiego żebraka-geniusza, który obecnie jest uznawany za najlepszego ambasadora Krynicy na świecie.

Walory zdrowotno-rekreacyjne Krynicy, jak również liczne zabytki m. in. kultury łemkowskiej, mogą stać się zachętą do odwiedzania kurortu tak w porze letniej, jak i zimowej. Naprawdę warto!

Eugeniusz Niemiec
Tekst ukazał się w nr 4 (80) 2 – 16 marca 2009

PS. Autor jest lekarzem-specjalistą chorób wewnętrznych i balneologii, byłym ordynatorem oddziału chorób wewnętrznych szpitala w Krynicy. W 2004 roku był konsultantem medycznym filmu „Mój Nikifor” (reż. K. Krauze).

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2017 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.