-a A+

Gdzieś w malowniczej okolicy podolskiej uwiecznionej przez Napoleona Ordę funkcjonowało państwo Ignacego Marchockiego

Marchockiego Respublika Nowa

Ignacy Ścibor Marchocki zaliczał się do najbardziej oryginalnych postaci zamieszkujących kresowe ziemie w XVIII w.

„szlachcic pół, pół król, pół Kato,
Pół warjat, a pół syn cezarów Romy”
Juliusz Słowacki „Beniowski”

Nasz bohater wywodził się z podolskiej szlachty i wcześnie osierocony przez rodziców wychowywał się w domu stryja Wojciecha. Za jego namową wstąpił do wojska, na służbę pruską. Mimo, iż stosunki między krewnymi były napięte, to właśnie po stryju odziedziczył później ziemie wokół miasteczka Mińkowce koło Uszycy – ponad 12 tysięcy morgów ziemi, z tego trzecia cześć lasów „przydatnych do budowy okrętów”, miasteczko ze 150-ma domami, trzy folwarki: Antonówka, Otroków i Pobójna, pięknie zagospodarowane i bogato wyposażone.

Świat, a przynajmniej najbliższa okolica usłyszała o Marchockim po II rozbiorze Rzeczpospolitej, kiedy jego ziemie zostały zajęte przez Rosję. Wówczas szlachcic, wierny swojemu herbowemu zawołaniu Ostoja!... postawił naokoło swoich włości słupy graniczne i ogłosił niepodległość. Choć może się to wydawać niewiarygodne, to jego państwo, liczące zaledwie kilkanaście wsi, przetrwało ponad 30 lat.

Marchocki nie poprzestał jednak tylko na wytyczeniu granic i zakpieniu sobie z traktatu rozbiorowego. Zaczął wprowadzać w swoim państwie nowe porządki, reformy zgodne z duchem postanowień Sejmu Wielkiego.

Mińkowcom nadał samorząd, a w 1804 r. zniósł w swoich włościach pańszczyznę, zamieniając ją na niewielki czynsz. Bardzo szanował swoich poddanych i nigdy nie nazywał ich chłopami, mużykami czy chamami, a jedynie rolnikami, pracowitymi lub włościanami. Nowe zarządzenia przynosiły także znaczne wolności ludności żydowskiej – Żydzi mogli odtąd mieszkać w jednej dzielnicy z chrześcijanami i zajmować się swobodnie handlem. W dobrach Marchockiego znajdowała się także osada staroobrzędowców – Elizabetówka – w której mieli oni zagwarantowaną wolność religijną, podobnie zresztą jak i wszystkie inne wyznania. Ustanowił też sąd, który sądził jego poddanych. Kary, zwłaszcza jak na tamte czasy, nie były zbyt surowe – zrezygnowano prawie całkiem z kary chłosty, karano przymusowymi pracami lub kilkudniowym aresztem, a  w najgorszym wypadku można było zostać „zesłanym” na step pod Chersoniem, gdzie Marchocki kupił sporo ziemi i zakładał nowe wsie. „Panował” przy udziale sejmu i trybunału złożonego z poddanych.

Trzeba przyznać, że Marchocki dbał o swoje państwo. Otworzył aptekę, dom dla sierot i przytułek dla kalek, sprowadził znanych lekarzy, wybudował hotel, sprzyjał rozwojowi rzemiosła – w Mińkowicach działała fabryka powozów, fabryka sukien, zatrudniająca ponad 200 robotników, hodowla jedwabników, fabryka oleju anyżowego.

Swoją troskę o poddanych wyrażał nie tylko w ustawach i reformach, ale także codziennym życiu. W czasie zarazy w 1796 r. sprowadził najnowocześniejsze wówczas znane środki walki z nią; objął osobistą opieką wdowy i sieroty po zmarłych w czasie morowego powietrza – a było ich około 100 osób. Nie tylko żywił, przyodziewał i kształcił, ale i na nowo wyposażył, ponieważ wszystkie rzeczy zmarłych w czasie zarazy, także domostwa z całym wyposażeniem palono.

Podobno był człowiekiem uprzejmym, zacnym i gościnnym, a do tego bardzo oczytanym i dobrze wykształconym. Znał biegle francuski i łacinę, prawdopodobnie także niemiecki. Otworzył drukarnię, prawdopodobnie pierwszą na Podolu od 1611 roku, która drukowała głównie jego nowe zarządzenia i ustawy oraz miejscową walutę, ale to właśnie tutaj ukazało się też pierwsze wydanie Hamleta po polsku. Drukarnia wydawała sporadycznie także wygłaszane przez niego kazania, a wygłaszanie ich stanowiło dla Marchockiego nie tyle osobliwe hobby, co wynikało z jego poczucia misji. Uważał, że księża „rozpróżniaczeni i oddani uciechom światowym, goniący za groszem” nie potrafią prawić kazań i dlatego musi ich zastępować na ambonie. Jego homilie odnosiły się głównie do problemów moralnych, a na poparcie swoich tez przytaczał nie tylko cytaty z Pisma Świętego, ale i z Woltera, którego jego parafianie musieli pewnie uważać za jednego ze świętych.

Fundował kościoły i cerkwie, ale także inne świątynie – bogini pokoju, Wilhelma Tella, Krasickiego, J.J. Rousseau i innych „bóstw”, w tym pogańskich, ponieważ fascynowała go nie tylko religia i filozofia oświecenia, ale także mitologia.

Jako głowa państwa kazał nazywać się starcem lub patriarchą. Sam siebie tytułował Dux i Redux na Mińkowicach, Belmoncie, Otrokowie i ogrodach przytulijskich, dodając rok swego „panowania”.

Szlachcic podolski. Zygmunt Gloger (Fot. encyklopedja staropolska 1900)Dla siebie i swojej rodziny wybudował cztery rezydencje – po jednej na każdą porę roku. Wiosenna rezydencja znajdowała się w Otrokowie. Otaczał ją duży i piękny park, ale nawet spacerując po nim można było natknąć się na przejawy dziwactwa gospodarza – na przykład wiszącą na drzewie czaszkę z napisem „kiedyś i ja byłam piękna i młoda”. W Pobójnej znajdowała się rezydencja jesienna – często bywał tu z wizytą u gospodarza Tadeusz Czacki.

„Patriarcha” bardzo lubił ceremonie, i wymyślanie nowych zajmowało sporo czasu w jego napiętym grafiku głowy państwa. Wymyślone przez niego zwyczaje zastępowały tradycyjne i chrześcijańskie, przy czym zazwyczaj sam im przewodniczył, w amarantowej aksamitnej todze, z długą siwą brodą i berłem w ręku. Jednym z wprowadzonych przez niego świąt było „święto Cerery”, które odbywało się 15 sierpnia i zastąpiło obchody Marki Boskiej Zielnej, ale także mało na celu podziękowanie za plony i dary ziemi i jego obchody zaczynały się w kościele. Wszyscy zjeżdżający na owo święto goście byli przyjmowani na koszt Marchockiego. W czasie święta odbywały się modły, procesja, święcenie plonów a także wystawny obiad dla ludu i gości. Dokładny opis tych uroczystości podaje w swoich pamiętnikach Franciszek Kowalski, który podczas swojej podróży po Podolu miał okazję w nich uczestniczyć.

W 1810 lub 1811 r. w gościnę do Marchockiego przyjechał arcybiskup Mackiewicz z Kamieńca Podolskiego, aby pobłogosławić małżeństwo jego córki. Starzec przywitał go na granicy i zaproponował „arcykapłanowi”, aby ten przesiadł się do triumfalnego rydwanu, na którym stał tron, zaprzężonego w cztery czarne woły z wyzłoconymi rogami. Arcybiskup początkowo traktował te dziwactwa pobłażliwie, ale po tym, jak syn „patriarchy” ożenił się bez jego zgody z dziewczyną, którą owdowiały dziedzic upatrzył dla siebie, Marchocki rozpoczął konflikt z udzielającym sakramentu księdzem, który otarł się aż o arcybiskupa. Ten zakazał szlachcicowi kultywowania pogańskich obrzędów i wygłaszania kazań, czemu zresztą starzec się nie podporządkował i podporządkować nie zamierzał, nie widząc w swoim zachowaniu nic niewłaściwego ani bałwochwalczego.

Arcybiskup poskarżył się gubernatorowi i konfliktem zainteresowała się władza, jednak i ta nie mogła na upartego szlachcica znaleźć sposobu. Nic sobie nie robił nawet z całego oddziału doboszy, który próbował zagłuszyć jego kazanie grą na bębnach, wygłosił je mimo wszystko, a potem zabrał z kościoła wszystkie sprzęty, jako że były jego własnością. Władza musiała ustąpić.

Jak zresztą uważa Antoni Józef Rolle, który zostawił nam obszerny opis życia Marchockiego, oparty na dostępnych wówczas jeszcze źródłach, ludność niewiele by straciła, gdyby dziedzic wszystkie swoje mowy wygłaszał przy ogłuszającym odgłosie bębnów. Wszystkie były długie, nudne i niedostosowane do poziomu odbiorcy.

W końcu, wobec jawnego nieposłuszeństwa, Marchocki został aresztowany. Nie osadzono go jednak w więzieniu, a w areszcie domowym w Kamieńcu Podolskim. Wciąż chodził w todze, błogosławiąc napotkanych, a miejscowa ludność zaczęła go uważać za świętego, męczennika i proroka. Tymczasem rodzina nie ustawała w staraniach o zwolnienie „patriarchy” z aresztu. Jego problemy z władzą zakończyły się podobno dopiero, kiedy wysłuchał go sam bawiący w Kamieńcu car – miał on orzec, że stary jest w prawdzie dziwakiem, ale nieszkodliwym, a nawet pożytecznym i kazał zostawić go w spokoju.

Podobno ostatnie lata życia spędził w parku przytulijskim, gdzie kazał sobie wybudować skromną wiejską chatę, zaopatrzoną tylko w kilka niezbędnych sprzętów. Miał dwa psy, dwie krowy, kilka kur. Nad wejściem do jego mieszkania widniał napis: „Inveni portum, Spes et Fortuna valete: Sat me lusistis, ludite nunc alios” („Dotarłem do portu, żegnaj Nadziejo i Fortuno: bawiłyście się mną, teraz nich inni za wami płaczą”).

Ignacy Ścibor Marchocki zmarł w r. 1827, został pochowany w parku przytulijskim. Jego syn Karol kontynuował dzieło ojca do 1838 r. kiedy to jego majątek skonfiskowała władza carska.

Barwne dzieje Ignacego Marchockiego natchnęły wyobraźnię Juliusza Słowackiego, który na jego życiorysie osnuł niedokończony poemat „Król Ladawy”. Marchocki pojawia się także w „Beniowskim” jako Starosta. Sylwester Groza napisał na podstawie przekazów o Marchockim powieść  „Hrabia Ścibor na Ostrowcu”.

Katarzyna Łoza
Tekst ukazał się w nr 10 (182) 31 maja – 13 czerwca 2013

01/01/1970 01:00

01/01/1970 01:00

01/01/1970 01:00

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2017 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.