Apollo Korzeniowski. Pisarz i konspirator

-a A+

Apollo Korzeniowski (Fot. en.wikipedia.org)

Apollo Korzeniowski. Pisarz i konspirator

W związku ze zbliżającą się wielkimi krokami 150. rocznicą wybuchu powstania styczniowego fundacja Polonia-Ruthenia, podejmująca szereg działań zmierzających do zbliżenia polsko-ukraińskiego na gruncie wspólnych elementów historii obydwu narodów, ma zaszczyt zaprezentować opowieść o Apollonie Korzeniowskim.

Był to człowiek pióra, wyznawca radykalnego programu społecznego, nieprzyjaciel caratu, gorący patriota… no właśnie: polski czy ukraiński? Z wąsko-nacjonalistycznego punktu widzenia był Polakiem, bo mówił po polsku. Jednakże, jeśli przyjąć jako kryterium świadomość polityczną, był on reprezentantem Ukrainy-Rusi wobec konspiracyjnych środowisk warszawskich. Postać niejednoznaczna i przez to niezwykle ciekawa.

Pamięć dzięki synowi
Przez wiele dziesiątków lat Apollo Korzeniowski znany był w zasadzie wyłącznie jako ojciec wielkiego pisarza Josepha Conrada; czasami przypominano sobie o jego dorobku literackim, ale wydaje się, że gdyby nie pierwsza okoliczność, byłby znany jedynie wnikliwym badaczom literatury XIX-wiecznej. 

Tymczasem niemniej interesującym – a być może najważniejszym dla samego Korzeniowskiego i dla polskiej tradycji historycznej – aspektem jego życia jest działalność stricte niepodległościowa. I chociaż nie brał bezpośredniego udziału w walkach, był sprawnym konspiratorem i wydatnie przyczynił się do uwrażliwienia środowisk warszawskich na kwestię ukraińską.

Młodość – małżeństwo – ziemiaństwo
Apollo Korzeniowski herbu Nałęcz urodził się w 1820 roku w małej miejscowości Honoratka na terenie dzisiejszej obłasti winnickiej. Podobnie jak Edmund Różycki, był synem powstańca listopadowego, z tą różnicą wszakże, iż jego ojciec nie odgrywał znaczącej roli w czasie insurekcji, dzięki czemu po jej upadku rodzina cieszyła się względnym spokojem. Teodor Korzeniowski zarabiał na życie puszczaniem gruntów w dzierżawę. Nie przynosiło mu to kroci, wykluczyć jednak należy, aby w domu panowała bieda, tym bardziej, że młody Apollo po ukończeniu gimnazjum żytomierskiego wysłany został na studia do Petersburga. W stolicy Rosji był słuchaczem dwóch fakultetów: prawa i orientalistyki. Wybór tego drugiego kierunku można wiązać ze swoistą modą na orient, jaka panowała w dobie romantyzmu.

Niewiele wiadomo na temat studenckich czasów Apollona, wiadomo jednak, że po powrocie na Ukrainę w roku 1852, a więc w wieku 32 lat, najął się do pracy jako zarządca dóbr w miejscowości Łuczyniec na Podolu. Nie miał jednak natury hreczkosieja i w czasie wojny krymskiej (1853–1856) wziął czynny udział w przygotowaniu dywersji na tyłach wojsk rosyjskich. Moment historyczny jednak jeszcze nie dojrzał i powstanie polskie nie wybuchło. Nieudana akcja polityczna sprawiła, iż Korzeniowski odsunął się na jakiś czas od bieżącej polityki, wstąpił w związek małżeński z Eweliną (Ewą) Bobrowską, siostrą Stefana, późniejszego powstańczego naczelnika Warszawy i wydzierżawił wieś Derebczynka. 3 grudnia 1857 w Terechowej, gdzie mieszkała rodzina żony lub w Berdyczowie przyszedł na świat jego jedyny syn Konrad, który później stanie się sławny na cały świat dzięki takim powieściom jak: „Lord Jim”, „Jądro Ciemności” czy „W oczach Zachodu”. Warto przy okazji nadmienić, iż chłopiec otrzymał imię dzięki Mickiewiczowi, którego Konrad z III części Dziadów stał się dla Apollona Korzeniowskiego silną inspiracją.

Niestety, po paru latach dzierżawa Derebczynki okazała się finansową klapą, co zmusiło rodzinę do przeprowadzenia się na stałe do Żytomierza i zmianę stylu życia przez naszego bohatera.

Apollo Korzeniowski (Fot. pl.wikipedia.org)

Życie literackie
Wydaje się, że Apollo Korzeniowski przeżył pierwszą czynną przygodę z literaturą na studiach w Petersburgu. Zafascynowany Zygmuntem Krasińskim – którego duch musiał się jeszcze unosić na stolicą carów, albowiem to tutaj powstawał w mękach wybitny dramat drugiego ordynata opinogórskiego Irydion – zaczął pisać cykl poematów religijno-patriotycznych pod zbiorczym tytułem „Czyśćcowe pieśni”. Jednak dość szybko zwrócił się w stronę programu demokratycznego, którego zasady wyłoży w głośnej w swoim czasie, a i współcześnie odgrywanej sztuce pod tytułem Komedia (aluzja do Nie-boskiej komedii aż nadto czytelna.) W dziele tym, ukończonym w 1854, rozprawia się Korzeniowski ze środowiskiem szlachty polskiej na Ukrainie – chciwej, próżnej i głupiej:

„O! Wy, pajace życia, światowi kuglarze,
W ciele pyszni i wielcy, a w duszy – nędzarze”.

Chłosta była bolesna i została boleśnie odczuta w środowisku, przeciwko któremu została wymierzona. Wywołała ona towarzyski skandal i oczywiście nie mogło być mowy o przeniesieniu jej na deski teatru w dającej się przewidzieć przyszłości. W tym momencie stwierdzić trzeba, że Korzeniowski nie reprezentował stanowiska krańcowo lewicowego – nie uważał, że szlachta powinna ponieść karę z ręki chłopa, jak to miało miejsce podczas rabacji galicyjskiej. Sądził po prostu, że aby można było marzyć o odzyskaniu niepodległości, trzeba przyciągnąć włościan do polskości. By zaś to osiągnąć należy ich zrównać w prawach ze szlachtą. Było to program zbliżony do tego, który wyznawał Edmund Różycki, z tym że jeden z nich realizować go będzie piórem, drugi szablą. Obaj zaś męczeństwem, choć w nierównym stopniu.

W parę lat po zamieszaniu wywołanym Komedią Korzeniowski podjął na nowo wątki społeczne i splótł je wraz z innymi w kolejnym dramacie zatytułowanym Dla miłego grosza. Jest to utwór jeszcze bardziej przepełniony jadem wobec materializmu rządzącego światem szlacheckim, w którym nie ma miejsca na prawdziwą miłość. I tu Korzeniowski popada w pozorną sprzeczność: wobec modelu życia, reprezentowanego przez „klany pobożnych spekulantów”, pozytywnym wzorcem staje się stary szlachcic-konserwatysta. Nie jest to jednak dychotomia optymalizująca, raczej stara się powiedzieć Korzeniowski, że od bezdusznego kapitalizmu woli mimo wszystko stary świat z jego przyrodzonymi niesprawiedliwościami. W tym duchu będzie też pisać rozliczne artykuły jako korespondent gazet warszawskich.

Początki konspiracji
Pomijając konspiracyjny epizod z czasów wojny krymskiej, o którym wspomniałem wyżej, Apollo Korzeniowski włączył się do ruchu spiskowego – prawdopodobnie dzięki szerokim kontaktom szwagra Stefana Bobrowskiego – na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, czyli odkąd przeniósł się do Żytomierza. Tamże w kwietniu 1861 roku wziął udział w zebraniu przedstawicieli delegatów szlacheckich trzech części składowych Rusi: Wołynia, Podola i Ukrainy, na którym poruszono kwestię stworzenia na bazie istniejących Towarzystw Rolniczych wspólnej organizacji ziem zabranych, mającej w założeniu szerzyć wiedzę ekonomiczną, doskonalić techniki agrarne, założyć gospodarstwo modelowe, wydawać pisemko rolnicze, itp. Wiadomo, iż Korzeniowski domagał się w trakcie obrad, by wystosować do cara adres z apelem o administracyjne scalenie Królestwa Kongresowego z Litwą i Rusią. Liczono w ten sposób na stworzenie zaczynu Rzeczpospolitej przedrozbiorowej. Pozujący na światłego reformatora Aleksander II nie zgodził się jednak na żaden z przedstawionych wtedy postulatów.

Kamienica przy ul. Nowy Świat 47 w Warszawie, w której w 1861 roku mieszkał Apollo Korzeniowski (Fot. pl.wikipedia.org)

Stan wojenny – Komitet Miejski – Aresztowanie
Nazajutrz po zakończeniu wyborów samorządowych, a w cztery dni po uroczystościach horodelskich i zarazem w rocznicę śmierci Kościuszki – 14 października – namiestnik Królestwa Polskiego Karł Lambert wprowadził na jego terenie stan wojenny. Mógł oczywiście to zrobić już wcześniej, do czego naglił go Petersburg, jednakże nie chciał w ten sposób zniechęcać środowisk konserwatywnych do wzięcia udziału w wyborach.

Wobec jawnie już w tym momencie konfrontacyjnej postawy władz Apollo Korzeniowski zyskał bardzo silny argument w dyskusji z białymi: niepodobna prowadzić dalszych negocjacji w czasie masowych aresztowań, wywlekania ludzi z kościołów, wzmożonej cenzury: jedyne, co pozostawało, to walczyć. Jednocześnie, wobec zdezaktualizowania się kwestii udziału w wyborach, możliwym stało się ponowne zbliżenie Korzeniowskiego i Chmieleńskiego, co w istocie nastąpiło. 17 października w warszawskim mieszkaniu ojca Conrada zebrało się 17 albo 18 osób, w taki czy inny sposób powiązanych z czerwonymi. Grupa ta wyłoniła trzyosobowy komitet, do którego poza niedawnymi adwersarzami wszedł jeszcze według wszelkiego prawdopodobieństwa Leon Głowacki. Nie jest rzeczą do końca pewną, jaką nazwę obrał ów tryumwirat, w historiografii spotyka się dwie: Komitet Ruchu i Komitet Miejski. Tak czy owak, twór ten odgrywał wtedy rolę najwyższej władzy wykonawczej w organizacji czerwonych, konsolidując przy tym jej strukturę. Członkowie komitetu podzielili między siebie „resorty” skarbu, wojska i propagandy, tworząc tym samym zalążek organizacji polskiego państwa podziemnego.

Na nieszczęście dla sprawy i dla samego Korzeniowskiego, jego działalność w Komitecie Miejskim okazała się dramatycznie krótkotrwała. Cztery dni bowiem po ukonstytuowaniu się nowej władzy, w nocy z 20 na 21 października został on aresztowany, a następnie osadzony w budzącym jak najgorsze skojarzenia X pawilonie warszawskiej Cytadeli. Dla samego Korzeniowskiego nie było to wielkim zaskoczeniem. Popularność jego osoby, antyrosyjskie poglądy, udział w organizowaniu manifestacji patriotycznych, a być może również i usłużny donos w sprawie przystąpienia do Komitetu – wszystko to składało się w oczach władz na obraz człowieka politycznie niebezpiecznego.

W więzieniu – mimo iż znosił je źle – zachował w przeciwieństwie do Karola Jankowskiego postawę wyprostowaną i nie wydał swoich kolegów. Śledczym nie udało się nawet wydobyć z niego informacji na temat jego roli w Komitecie Ruchu – konsekwentnie odmawiał współpracy. Jasnymi momentami w tych ciężkich chwilach były wizyty ukochanego synka, który wraz z babką przynosił mu paczki. Joseph Conrad wspomni po latach te odwiedziny: „od czasu wizyt na dziedzińcu cytadeli zaczęło się moje świadome życie”.

Grób Korzeniowskiego na Cmentarzu Rakowickim w Krakowie (Fot. enotes.com)

Wobec warszawskich wypadków 8 kwietnia, kiedy to Moskale ostrzelali tłum manifestantów zebrany na Rynku Starego Miasta – co się z tym wiąże – nasileniu się agitacji Czerwonych, bliski im ideowo Korzeniowski przybył do stolicy, pragnąc mieć wpływ na rozwój wypadków – przeczuwał bowiem słusznie, że to właśnie tu rozegrają się kluczowe dla kraju wydarzenia.

Swój pobyt w Warszawie rozpoczął Korzeniowski od próby stworzenia pisma patriotycznego i społecznie radykalnego, dla którego przewidział już nawet tytuł – „Dwutygodnik”. Jednakże była to jedynie zasłona dymna dla stołecznej działalności konspiracyjnej. 

Na początku tej drogi związał się z człowiekiem cieszącym się dużą estymą, szczególnie w środowisku Akademii Medycznej – Karolem Majewskim. Być może wszedł wtedy do bliżej niesprecyzowanego „koła” czy „tryumwiratu”, mającego być głową ruchu rewolucyjnego. 

Koło musiało wkrótce ulec dezintegracji, a to za sprawą rozejścia się dróg Korzeniowskiego ze zbyt ugodowym i utrzymującym liczne kontakty z białymi Majewskim. 

Jednocześnie da się zaobserwować zbliżenie naszego bohatera z „czerwieńcem” Ignacym Chmieleńskim z Podlasia. Znajomość ta umożliwiła mu z kolei kontakty w środowisku studentów Akademii Sztuk Pięknych. Wszystko to ugruntowywało pozycję Korzeniowskiego w środowiskach ruchu.

Wybory samorządowe
Latem 1861 Królestwo Kongresowe żyło mającymi odbyć się we wrześniu wyborami samorządowymi. Opinie co do tego, jak należy się wobec nich zachować były podzielone między trzy obozy. Klasy posiadające i millenerzy opowiadali się za czynnym udziałem w wyborach. Przeciwne stanowisko zajęli czerwoni, stwierdzając, że „droga legalna jest już dla nas bezpłodną”. Stanowisko pośrednie wypracował wtedy Apollo Korzeniowski, sugerując wzięcie udziału w wyborach, ale za pewną cenę. Otóż wyborcy mieli nałożyć na wybranych „mandat”, zawierający szereg postulatów. Przede wszystkim chodziło o rozszerzenie władztwa rządu na Litwę i Ruś, integralne części Rzeczpospolitej, przemocą jej odebrane. By zyskać poparcie dla tego pomysłu, Korzeniowski zorganizował w lipcu manifestację z okazji rocznicy uchwalenia Unii Lubelskiej, a więc tego aktu, który Rzeczpospolitą polsko-litewsko-ukraińską – choć nie znalazło to wtedy odzwierciedlenia w nazewnictwie – powoływał do życia. Warto przy okazji zwrócić na pewną okoliczność, o której wspominał Stefan Kieniewicz, a mianowicie, że manifestacja rocznicowa oprócz budzenia pamięci, odegrała rolę manewru politycznego zmierzającego do pozyskania środowisk ugodowych i kunktatorskich dla sprawy czerwonych. Gdyby bowiem ich przedstawiciele przyjęli taki mandat, droga ugody z caratem zakończyłaby się dla nich definitywnie, gdyż niemożliwym było, aby Aleksander zgodził się na ten pierwszy i chyba najważniejszy krok na drodze ku odbudowie państwa polskiego w granicach sprzed 1772 roku.

Niedługo po tych wydarzeniach, ale jeszcze przed wyborami, opublikował Korzeniowski broszurę pt. Co mamy z tym fantem zrobić, co go trzymamy w ręku, zawierającą bezpardonowy atak na środowiska millenerskie, obiecujące sobie korzyści z reform carskich po upływie kilkudziesięciu lat. Jednocześnie stwierdzał, że trzeba „wybrać na radców ludzi z niespożytą cywilną odwagą; upewnić się o chęciach wybranych, dając im mandat do upomnienia się o nieśmiertelne i nigdy nieprzedawnione prawa narodowe”. Jak zatem widać Korzeniowski atakował swoich przeciwników zarówno z prawa, jak i z lewa.

Mimo całej akcji zmierzającej do przyjęcia przez elektów mandatu, zwyciężyła koncepcja białych, którzy obawiali się zadzierać z caratem. Same wybory, rozłożone w czasie na trzy tygodnie, miały spokojny przebieg, mimo iż w XI cyrkule stolicy doszło do krótkotrwałej próby sił pomiędzy zwolennikami i przeciwnikami idei mandatu. Jednakże zwycięstwo białych było połowiczne, by nie powiedzieć pyrrusowe, ponieważ regułą w większości okręgów wyborczych było głosowanie na ludzi jawnie nieprzychylnych caratowi.

Rocznica unii horodelskiej
Innym elementem ofensywy Korzeniowskiego na gruncie polityki, którą dzisiaj zdefiniowalibyśmy jako jagiellońską była współorganizacja zjazdu z udziałem przedstawicieli Korony i Rusi w celu uzgodnienia przebiegu obchodów rocznicy unii horodelskiej. Stronę polską reprezentowali obok samego Korzeniowskiego, znany nam już Karol Majewski, postać w dalszym ciągu znacząca, a także student Akademii Sztuk Pięknych Stanisław Szachowski. Ze strony rusińskiej przybył ksiądz unicki z Lublina Stefan Laurysewicz wraz z grupą osób z lewobrzeżnej Ukrainy. Narada oprócz swego celu podstawowego miała być manifestacją jedności obu narodów w walce o niepodległość. Symboliki tego braterstwa dopełnia również fakt, iż według niektórych świadków w delegacji zadnieprzańskiej znalazł się Mitrofan Podhaluzin, po mieczu potomek kozaka zaporoskiego, który w powstaniu styczniowym walczyć będzie w województwach sandomierskim i krakowskim, następnie załapany przez Austriaków i wydany Moskalom, zostanie rozstrzelany w 1866 r. na stokach Cytadeli warszawskiej.

Rzecz jasna myliłby się ten, kto by sądził, że narada odbywała się w atmosferze sielankowej. Pomimo jednak protokołu rozbieżności, udało się wypracować wspólne stanowisko. Sama uroczystość miała się odbyć 10 października w Horodle, a więc w zakolu Bugu niedaleko obecnego przejścia granicznego Zosin/Ustyluh – w ostatniej chwili to postanowienie uległo zmianie, albowiem władza carska nie zgodziła się na uroczystość w samej miejscowości, tylko w jej pobliżu. Ustalono, że tego dnia dojdzie do odnowienia unii z roku 1413, a herb I Rzeczpospolitej zostanie uroczyście wzbogacony o wizerunek archanioła Michała, po to, aby dawną niesprawiedliwość przekreślić i ogłosić powstanie Rzeczpospolitej nie dwojga, lecz  T R O J G A  narodów, „związanych bratnim węzłem”. Było to akt uzupełnienia unii horodelskiej o postanowienia traktatu hadziackiego z 1658 – zjednoczenie Polski, Litwy i Rusi jako „WOLNYCH Z WOLNYMI, RÓWNYCH Z RÓWNYMI”.

Przed obchodami komitet organizacyjny wydał odezwę, napisaną prawdopodobnie przez samego Korzeniowskiego, adresowaną do „Braci Polaków, Rusinów i Litwinów”, którzy wezwani zostali do tłumnego przybycia na uroczystość. Specjalne miejsce w zaproszeniu znalazło się dla przedstawicieli duchowieństwa, jak też osób wyznania mojżeszowego.

Rocznica unii horodelskiej okazała się wielką manifestacja patriotyczną, w której wzięło udział kilkanaście tysięcy osób z Królestwa, Galicji i Litwy. W odnowionym akcie przeczytać można było m.in.: „unię łączącą wszystkie ziemie Polski, Litwy i Rusi ponawiamy na zasadach zupełnego równouprawnienia trzech połączonych narodów i wszelkich wyznań, łącząc się w najściślejszy związek do pracy nad wydźwignięciem wspólnej Ojczyzny naszej z dzisiejszego jej upadku aż do uzyskania zupełnej niepodległości. Przy pomocy Bożej liczymy głównie na własne siły; nie chcąc jednak zaniedbać żadnego źródła godziwego, mającego ułatwić spełnienie zamierzonego przez nas dzieła, prawa nasze do niepodległości, jako nie uległe żadnemu przedawnieniu, oddajemy pod uznanie rządów i sumienia ludów z wyrobionym poczuciem sprawiedliwości”. Akt odnowienia unii był szeroko kolportowany w całej Polsce. Euforia trwała jednak krótko… 

Zesłanie
Mimo najszczerszych chęci, nie udało się zakwalifikować „przestępstw” Apollona Korzeniowskiego jako zdrady stanu. Jednakże w obliczu napiętej sytuacji w Królestwie zwolnić go byłoby niewybaczalnym błędem. Ta dwuznaczność sprawiła, iż w maju 1862 r. został zesłany wraz z żoną do Wołogdy, gdzie z czasem utworzyła się grupa zesłańców politycznych. Tutaj też dotarła do niego wiadomość o wybuchu powstania. Będąc oddalonym od spraw krajowych, skrytykował je jako przedwczesne, nie doceniając powagi sytuacji wywołanej branką Wielopolskiego. Tymczasem stan zdrowia Eweliny pogorszył się na tyle, że Korzeniowscy uzyskali prawo osiedlenia się bliżej stron rodzinnych, w Czernichowie, co też uczynili.

W czasie zesłania podjął na nowo pracę literacką, pisząc między innymi rodzaj pamiętnika historiozoficznego pod tytułem Polska i Moskwa, urywek dramatyczny Bez ratunku oraz rozprawę krytycznoliteracką Studia nad dramatycznością w utworach Szekspira. Szeroki wachlarz tematów i gatunków oraz przemożne pragnienie tworzenia mimo nędznych warunków życia pokazują, jak gruntownie wykształconym człowiekiem był Korzeniowski, który – jak sądzę – w innych warunkach mógłby z powodzeniem zostać cenionym naukowcem.

W roku 1865 Apollo Korzeniowski został ciężko doświadczony śmiercią ukochanej żony, co z kolei przyczyniło do osłabienia się i jego – od zawsze wątłego zdrowia. W tym czasie chorował jednocześnie na gruźlicę i chorobę serca. Wkrótce wystąpił do władz o pozwolenie wyjazdu i takowe otrzymał.

Ostatnie miesiące
Coraz bardziej schorowany Korzeniowski wyjechał na początku 1868 roku wraz z synem, który do tej pory znajdował się pod opieką wuja Tadeusza, do austriackiej Galicji. Spalony u siebie jako konspirator, liczył na panujące w tym kraju polityczne swobody, których popowstaniowa Ukraina była jawnym zaprzeczeniem. Początkowo zamieszkali we Lwowie, by po mniej więcej roku przenieść się do Krakowa, w którym ojciec – ten niezłomny mimo chorób i depresji konspirator – nawiązał kontakt z powstałym tam właśnie demokratycznym pismem „Kraj”. Niewiele udało mu się jednak na tym polu zdziałać, był już bowiem śmiertelnie chory i rzadko wstawał z łóżka. Zmarłego 23 maja Apollona Korzeniowskiego pochowano na Cmentarzu Rakowickim, na prawo od głównego wejścia. Jego grobowiec zdobi pomnik przedstawiający zwieńczoną krzyżem pryzmę kamieni, dłuta Walerego Gadomskiego.

Korzeniowski współcześnie
Jak już wspomniałem we wstępie, Apollo Korzeniowski na długie lata padł ofiarą sławy własnego syna. Większość haseł encyklopedycznych jemu poświęconych zaczyna się od stwierdzenia: „ojciec Josepha Conrada”. Z drugiej strony ulice polskich miast noszące imię Korzeniowskiego nieodmiennie odwołują się do… Józefa Korzeniowskiego, również pisarza doby romantyzmu, jednego z pedagogów Krasińskiego. Nie jest jednak tak źle, jak by się wydawało na początku: sztuka Korzeniowskiego „Komedia”, tak niepolityczna w XIX wieku, doczekała się światowej premiery – co prawda w roku 1952, a więc prawie 100 lat po powstaniu – ale zawsze. Dawała się ona łatwo wykorzystać przez komunistyczną ideologię, zmierzającą do zniszczenia etosu szlacheckiego. Była tym bardziej wiarygodna, że napisana przez człowieka z wewnątrz tamtego świata. Powiedzieć trzeba jednak wyraźnie: Korzeniowski nie był pierwszym polskim komunistą, pragnął dać szlachectwo chłopom, nie zaś je likwidować.

Na sam koniec warto podkreślić, iż w Internecie dostępny jest solidny biogram Korzeniowskiego pióra historyka Jerzego Zdrady, a także poświęcony mu artykuł na Wikipedii w kilku wersjach językowych: polskiej, ukraińskiej, niemieckiej, angielskiej i rosyjskiej.

Dominik Szczęsny-Kostanecki

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2017 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.