Jarema

-a A+

Portret z Muzeum Narodowego w Warszawie do tej pory uznawany jako wizerunek księcia Jaremy Wiśniowieckiego (Fot. kryminalistyka.fr.pl)

Jarema

Jarema Wiśniowiecki urodził się w roku 1612. Wychowywał się na dworze księcia Konstantego razem z jego synami, Jerzym i Aleksandrem, kształcąc się początkowo w kolegium jezuickim we Lwowie, a po jego ukończeniu – na studiach w Rzymie, Padwie i Bolonii.

U Misjonarzy Oblatów na Świętym Krzyżu
Kiedy w upalne lato 1959 roku ostatkiem sił doszedłem po stromo wznoszącej się drodze do bramy klasztoru na szczycie góry Święty Krzyż, kiedy po wejściu na klasztorny dziedziniec mogłem nareszcie zrzucić z ramion ciężki, solidnie wypchany plecak, pełen wszelakiego podróżniczego dobra – od strony klasztoru zbliżyło się do mnie dwóch niezwykłych księży. 

Spodziewałem się zastać tu zakonników, którzy kojarzą się każdemu z osobami, ubranymi w zakonne habity, stroje trochę dziwaczne swoim starożytnym krojem i chyba mało praktyczne w naszych warunkach klimatycznych, a tymczasem szli do mnie dwaj młodzi mężczyźni, najwyraźniej księża, ale księża dziwnie podobni do oficerów. Ich czarne sutanny przypominały swym krojem wojskowe płaszcze, a czarno-złote krzyże, noszone na długich czarnych sznurach, przez kark, były zawadiacko zatknięte u każdego z nich za pas na sutannie. Niezwykły sposób na noszenie krzyża. Oficerowie piechoty, przygotowujący się do prowadzenia ataku, bardzo podobnie zatykają sobie za pasy naładowane pistolety.

Ojcowie Misjonarze Oblaci NMP ze Świętego Krzyża przypominali oficerów nie tylko swoim wyglądem, ale i swoim zachowaniem, sposobem poruszania się i mówienia. Zacząłem im zazdrościć wyglądu, postawy i tego, trudnego do zdefiniowania psychicznego luzu, charakterystycznego dla ludzi, którzy mają za sobą problemy dnia codziennego, którzy dokonali wyboru swojego miejsca na ziemi, i którzy są ze swojego wyboru zadowoleni. Patrząc na nich, chciało się zostać oblatem na Świętym Krzyżu. W dodatku, na Świętym Krzyżu było wtedy ślicznie. Wszystko było jeszcze tak, jak przed wiekami, panował ten sam stary porządek, cisza i spokój.

W roku 1959 góra klasztorna nie była jeszcze oszpecona 157-metrową, pokraczną wieżą radiowo-telewizyjną, bo wieżę postawiono dopiero w roku 1966, aby lud pracujący całego prawie południa Polski miał możliwość oglądania telewizji, a w niej, ojca narodu – Władysława Gomułki. Lud uzyskał, więc możliwość chłonięcia widoku oblicza towarzysza „Wiesława” i podobno od razu zaczynał wtedy pracować lepiej i wydajniej. Po iluś tam latach ludowi się odmieniło i nie chciał już szukać natchnienia w tasiemcowych przemówieniach telewizyjnych swojego idola, ale paskudztwo wybudowane „za Gomułki” na Świętym Krzyżu, stoi sobie w najlepsze do dzisiaj.

Krypta w kaplicy Oleśnickich
Panoramę zabudowań klasztornych tak, jak ją pamiętam, patrząc od strony bramy i od lewej do prawej, tworzyły: dzwonnica, kościół, kaplica Oleśnickich i budynki zajmowane przez zakonników. Najlepiej utkwiła mi w pamięci krypta pod Kaplicą Oleśnickich, bo tam sympatyczni „oficerowie” pokazali mi coś naprawdę niezwykłego. Oszkloną trumnę Jeremiego Wiśniowieckiego, księcia walczącego z Kozakami i Tatarami, słynnego Jaremy z sienkiewiczowskiego „Ogniem i mieczem”, obrońcy Zbaraża i co tam jeszcze. Zajrzałem przez szybkę. W anemicznym świetle słabej żarówki widać było wyschniętą trupią głowę. Mumia szczerzyła białe zęby. – O Jezu…!Podobno prawdziwy wizerunek Jaremy z Muzeum Wojska w Warszawie (Fot. kryminalistyka.fr.pl)O Jeremim Wiśniowieckim wiedziałem wtedy tyle, ile się o nim wie po przeczytaniu „Ogniem i mieczem”. Nagłe zetknięcie się z jego trumną było naprawdę wstrząsające. Mumia Jeremiego leżąca w krypcie kaplicy Oleśnickich na Świętym Krzyżu denerwowała i nie dawała spokoju. Jarema tak bardzo kojarzył mi się z Kresami i z Ukrainą, że spotkanie się z nim w Górach Świętokrzyskich było dla mnie dużym zaskoczeniem. Dlaczego znalazł się tak daleko od miejsc, w których przyszło mu się urodzić, działać i na koniec umrzeć? Czemu jeden z najbogatszych ludzi na świecie, którego było stać na zbudowanie sobie prywatnej katedry, leży pochowany w czyjejś, nie w swojej kaplicy? Jak to wreszcie było z tym Jaremą?

Najmłodsze lata Jaremy Wiśniowieckiego i domniemana klątwa
Urodził się w roku 1612. Nie wiadomo, gdzie się urodził, bo ta wiadomość się nie zachowała. Jego ojcem był Michał Wiśniowiecki, starosta owrucki, a matką Raina (Regina) Mohylanka, córka hospodara mołdawskiego Jeremiasza. Jego ojciec ginie podczas swego pobytu na Mołdawii w roku 1616, otruty przez podstępnego mnicha prawosławnego, trucizną podaną mu w komunii. Matka umiera w roku 1619. Wtedy opiekę nad małym Jaremą obejmuje jego dość daleki stryj, książę Konstanty Wiśniowiecki. Jeremi pochodził z rodziny prawosławnej, rodzina Konstantego Wiśniowieckiego, była rodziną wyznania rzymskokatolickiego. Będzie to powodem rozmaitych domysłów, kiedy Jarema dokona przejścia z prawosławia na katolicyzm.

Ale stanie się to dopiero w roku 1632, kiedy Wiśniowiecki będzie już człowiekiem dorosłym, a znając jego twardy charakter, trudno sobie wyobrazić, by chęć zmiany religii mogła być wynikiem czegoś innego, niż osobistej woli samego księcia. W związku z przejściem Jaremy na katolicyzm, jest jeszcze coś. Wciąż od nowa powtarzane gadanie o klątwie. Klątwę jakoby miała rzucić jego matka, która umarła, kiedy Jarema miał siedem lat. W klątwie tej księżna miała przestrzegać syna, by nie zmieniał świętej wiary prawosławnej, bo inaczej...

Proszę Państwa. Jak się tego bardzo chce, można znaleźć coś tajemniczego i sensacyjnego nawet w instrukcji obsługi parowego młyna. Raina Wiśniowiecka, osoba bardzo pobożna i silnie przywiązana do wiary prawosławnej, rzeczywiście uciekła się raz do postraszenia klątwą. Chodziło wtedy o jej fundację, Monastyr Mharski, zbudowany przez księżnę w Łubniach w roku 1619.

Mumia z krypty Oleśnickich na Świętym Krzyżu do tej pory uznawana za zwłoki Jaremy (Fot. kryminalistyka.fr.pl)Problem polegał na tym, że w wyniku Unii Brzeskiej w 1596 roku powstała Cerkiew Unicka, która dość zaciekle zaczęła przejmować od prawosławia różne cerkwie i klasztory. W trosce o to, by jej monastyr nie został również przejęty przez unitów, księżna napisała: „...a kto by tę fundację w przyszłości naruszać i kasować miał, albo odejmować to, cośmy nadali, albo na starożytną błahoczestywą wschodnią prawosławną wiarę następował i odmieniał – tedy niech będzie na nim klątwa!”

Księżna nie życzy, więc sobie, by w przyszłości ktoś fundację naruszał, kasował, odbierał, albo odmieniał następując na wiarę prawosławną. No i wszystko. Gdzie tu przestroga dla syna, żeby nie zmieniał wyznania? Gdyby nawet księżna Raina (chyba natchniona Duchem Świętym), wypowiadając klątwę, już wtedy wiedziała, że za trzynaście lat jej mały obecnie synek będzie chciał zmienić wyznanie, użyłaby ku jego przestrodze zapewne zupełnie innych słów.

W roku 1648 gromady zbuntowanego chłopstwa napadły na Łubnie, chyba, dlatego tylko, że było to miasto księcia Wiśniowieckiego. Miasto zostało spalone i kompletnie zniszczone. Ludność wymordowano do ostatniego człowieka, nie patrząc na płeć, wiek, czy narodowość. Obronił się tylko Monastyr Mharski księżnej Wiśniowieckiej. Bohdan Chmielnicki, gdy dowiedział się, co „czerń” wyczyniała w Łubniach, wściekł się. Jego kozacy dostali rozkaz, by, biorąca udział w napadzie na Łubnie „czerń”, została wycięta do nogi. Przywódców chłopskich kazał Chmielnicki odesłać Jeremiemu Wiśniowieckiemu do ukarania. Ocalenie Monastyru Mharskiego przed masakrą wskazuje, że zaklęcia księżnej Rainy, jeśli nawet niosły w sobie jakąś moc tajemną, raczej chroniły, niż szkodziły. Dajmy, więc sobie spokój z głupim gadaniem o klątwie matki, prześladującej niewiernego syna, bo ani to prawda, ani nie przydaje to nam powagi.

Dzielny i mądry organizator i zarządca
Jeremi Wiśniowiecki wychowywał się na dworze księcia Konstantego razem z jego synami, Jerzym i Aleksandrem, kształcąc się początkowo w kolegium jezuickim we Lwowie, a po jego ukończeniu – na studiach w Rzymie, Padwie i Bolonii. Dodatkowo jeszcze studiował w Holandii sztukę budowy fortyfikacji wojskowych, która bardzo przydała się mu później podczas słynnej obrony Zbaraża.

W roku 1631 powrócił do kraju. Rozpoczął zarządzanie swymi ogromnymi majątkami i chyba najbardziej zajmował się osadzaniem nowych osadników na ziemiach jeszcze nie uprawianych, lub zniszczonych napadami. W celu utrzymania porządku na olbrzymich terenach swoich włości, utworzył prywatną armię, której liczebność wahała się w zależności od potrzeb od 2000 do 6000 nowocześnie wyposażonych żołnierzy. Realizując swoje, naprawdę doskonałe posunięcia ekonomiczne, zwiększył siedmiokrotnie ilość chłopów, pracujących w jego dobrach i to nie stosując jakiegokolwiek przymusu. Starał się równomiernie rozwijać cały podległy mu teren ogromnego księstwa. Fundował też klasztory i kościoły. Katolickie i prawosławne. Ten młody przecież chłopak zadziwiał wszystkich niezwykłą jak na jego wiek mądrością.

W roku 1637 książę żeni się z Gryzeldą Zamoyską, siostrą „Sobiepana” Zamoyskiego. Wspaniały ślub odbył się w zamojskiej kolegiacie, a w półtora roku po tym wydarzeniu, urodził się księciu syn, Michał Korybut, przyszły król Polski. – Jak dalej potoczyły się losy tej trzyosobowej na razie rodziny?

Powstanie Chmielnickiego
No, niestety. Nie można powiedzieć, że żyli długo i szczęśliwie. Stosunek Rzeczypospolitej do Kozaków i całej Kozaczyzny od lat opierał się głównie na umizgiwaniu się do Kozaków w chwilach zagrożenia i pogardliwym odrzucaniu ich postulatów w momencie, kiedy zagrożenie mijało. Nie wiem, czemu nikomu w Polsce nie przychodziło do głowy, że ten fałsz przecież widać, że takiej polityki wobec Kozaczyzny nie będzie można stosować wiecznie.

W roku 1648 wybucha powstanie Chmielnickiego i od tego momentu czas zaczyna pędzić jak oszalały. Wydarzenia następują jedno za drugim. Ważne są już nie lata, a miesiące, a nawet tygodnie.

Pierwsze trzy miesiące roku 1648, to dojrzewanie, wylęganie się powstania na Zaporożu. Pojawiają się sprzymierzeni z Kozakami Tatarzy. Książę Wiśniowiecki zaoferował hetmanowi Mikołajowi Potockiemu swoją prywatną dywizję. Hetman pogardliwie odrzuca ofertę Jaremy, za co natychmiast zostaje skarcony, bo już 16 maja 1948, bez pomocy Wiśniowieckiego, następuje katastrofa wojsk koronnych pod Żółtymi Wodami. Kozacy rejestrowi i część dragonów przyłączają się do powstańców. Chmielnicki wspaniałomyślnie pozwolił odejść z placu boju pobitym Polakom. Musieli tylko zostawić całą swoją artylerię.

W dziesięć dni później następuje klęska wojsk polskich pod Korsuniem. Do niewoli wpadają obaj polscy hetmani. Wielki hetman koronny Mikołaj Potocki, zwany „Niedźwiedzia łapa” i hetman polny koronny Marcin Kalinowski. Mikołaj Potocki niedawno efekciarsko odmówił Wiśniowieckiemu. Wydawało się panu hetmanowi, że batem zagoni Zaporożców do odrabiania pańszczyzny. Hetmanowi, za jego arogancję kara się może należała. Ale dla Polski to była niezasłużona tragedia. Polska została nagle pozbawiona całego dowództwa wojskowego!

Skoro hetman zrezygnował z przyjęcia jego dywizji, Jeremi Wiśniowiecki zajął się ewakuacją ludności wschodniej Ukrainy. Zadnieprze zostało odcięte powstaniem od reszty Rzeczypospolitej, a jego ludność znalazła się w potrzasku. Żydzi do dzisiaj jeszcze modlą się za spokój duszy księcia, w podzięce za ratunek, jakiego książę udzielił wtedy Żydom, zamieszkującym Ukrainę. Gdyby nie Jarema, nikt z nich nie przeżyłby powstania.

Ludność Zadnieprza zebrano w ogromne tabory, gdzie razem maszerowali chłopi, mieszczanie i szlachta. Polacy, Ukraińcy i Żydzi, wszyscy, którzy usiłowali wydostać się z objętego mordem i pożarem kraju przyłączali się do pochodu Jaremy. Jego prywatna dywizja dwoiła się i troiła zabezpieczając powolny pochód cywilów.

Portret Rainy Wiśniowieckiej, matki Jaremy (Fot. ua.wikipedia.org)Konstantynów i Piławce
20 maja 1648 w Mereczu na Litwie umiera król Polski Władysław IV Waza. Straszna komplikacja dla i tak już skołowanej Rzeczypospolitej.

26 – 28 lipca 1648 doszło do bitwy pod Konstantynowem. Jeremi, właśnie odstawił cywilów do miejsc spokojniejszych i teraz wraca do gry. W zwarciu z armią Maksyma Krzywonosa, Jarema osiąga pierwsze polskie zwycięstwo w tej wojnie. 60-tysięczna armia Krzywonosa traci 15 tysięcy żołnierzy. Straty Jaremy to 300 żołnierzy.

Po klęsce pod Korsuniem, sejm mianował dowódcami wojska polskiego, w miejsce wziętych do niewoli hetmanów, trzech tak zwanych regimentarzy. Byli to: Władysław Zasławski, Mikołaj Ostroróg i Aleksander Koniecpolski. Kozacy nazywali ich: Zasławskiego ze względu na niedołęstwo i brak inteligencji – Pierzyną, uczonego Ostroroga – Łaciną, a młodego Koniecpolskiego – Dzieciną.

23 – 25 października. Dowodzone przez regimentarzy wojsko polskie doznaje spektakularnej klęski w bitwie pod Piławcami. Karykatura dowództwa, jaką był urząd regimantarzy, przyniosła Polsce następną porażkę. Ku zdziwieniu naszych regimentarzy, ale i całego Sejmu z nieprzeliczoną ilością innych polskich „statystów” okazało się, że dowodzenie wojskiem, to jednak nie to samo, co mądrzenie się na sali sejmowej.

6 – 24 listopad 1648. Kozacy oblegają Zamość. 17 stycznia 1649 roku następuje koronacja nowego króla Jana Kazimierza.

Jarema i król Jan Kazimierz
19 stycznia i 14 lutego 1649. W tych dniach odbył się Sejm koronacyjny. Wszyscy myśleli, że nowo wybrany król nada nareszcie Wiśniowieckiemu buławę hetmańską. Stało się jednak inaczej. Jan Kazimierz w swoim przemówieniu, zwracając się do księcia Jaremy Wiśniowieckiego, dał popis małostkowości, złego wychowania, pychy i w końcu też, skrajnej głupoty. Oto jego wystąpienie: „Służyłeś, książę Rzeczpospolitej, ale nie nam; nie chciałeś, byśmy byli królem, a teraz my nie chcemy, byś był hetmanem. (...) Przy nas być ci się nie godzi i dopóki za łaską bożą jesteśmy królem, ty naszego wojska prowadzić nie będziesz. Monarchowie szanują tych, którzy zdrowia ich pilnują i dobrze im życzą…”

Najgorsze, więc, co według Jana Kazimierza zrobił Wiśniowiecki było to, że służył Rzeczypospolitej, a nie jemu, Janowi Kazimierzowi. Rzeczywiście. Karygodne zaniedbanie.

19 lutego 1649 dochodzi do podpisania zawieszenia broni i Chmielnicki odchodzi na Ukrainę.
10 lipca – 22 sierpnia 1649. Oblężenie Zbaraża.
15 – 16 sierpień 1649. Porażka wojsk Jana Kazimierza mających stanowić odsiecz dla Zbaraża.

W sumie nie wyszło najgorzej, bo Polakom udało się przekupić Tatarów, a ci przekupieni, porzucili Kozaków, co zmusiło Chmielnickiego do zawarcia tak zwanej ugody zborowskiej, która przyznawała Kozakom województwa kijowskie, bracławskie i czernihowskie oraz podwyższała rejestr do 40000. W zamian za te zdobycze Kozacy odstąpili.

Po odwrocie z Zadnieprza Wiśniowieccy zostali pozbawieni bazy, potrzebnej dla utrzymania nie tylko rodziny, ale i licznego prywatnego wojska. Szwagier Wiśniowieckiego „Sobiepan” Zamojski, przeznaczył im na kwaterę Krzeszów i leżące wokół Krzeszowa majątki na pograniczu Wołynia i Lubelszczyzny. W sytuacji, w której Wiśniowiecki nie dysponował już swoim majątkiem, jego prywatna armia zaczyna ciążyć księciu nieznośnym ciężarem. Odcięty od dochodów, a zobowiązany do utrzymywania swojego wojska, książę zaczyna wydawać ostatnie oszczędności, a gdy i to nie wystarcza, zaczyna zaciągać długi.

Beresteczko
Tymczasem rozpoczynała się nowa kampania wojenna. Pułkownik Iwan Teodorowicz Bohun (nie książkowy Jurko Bohun, a prawdziwy pułkownik kozacki) zaatakował oddziały hetmana Kalinowskiego, które pod naciskiem Kozaków zaczęły wycofywać się w stronę Polski. Książę Jarema zbiera, więc swoją dywizję, ale jeszcze przed wyjazdem z Krzeszowa, pisze testament. Czyżby coś przeczuwał? Nigdy przedtem nie pisał testamentu.

Wznowienie działań wojennych nastąpiło w roku 1651. Tego to roku, 30 czerwca, siły kozacko-tatarskie poniosły druzgocącą klęskę pod Beresteczkiem. Uderzenie głównych sił polskich, dowodzonych osobiście przez Jana Kazimierza oraz jazdy, prowadzonej do boju osobiście przez księcia Wiśniowieckiego, doprowadziły do pogromu przeciwników i ucieczki z pola bitwy tatarskiego chana Islama Gireja i Bohdana Chmielnickiego. Ugoda w Białej Cerkwi, którą następnie zawarto, zmniejszyła rejestr kozacki o połowę, a Kozakom pozostawiła tylko województwo kijowskie.

Po Beresteczku wszystko zaczęło się dziać, jak gdyby pod dobrym znakiem i można było sądzić, że książę powróci na Zadnieprze. Ale nie powrócił. Jarema Wiśniowiecki zmarł podczas wyprawy wojennej w obozie wojsk polskich, w małym ukraińskim miasteczku Pawołocz, 20 sierpnia 1651 roku o godzinie jedenastej. Śmierć nastąpiła z nieznanej przyczyny. Książę miał zaledwie 39 lat i jego szybka śmierć zaskoczyła wszystkich. Książę czuł się przecież dobrze, był wesoły, chętnie popijał z oficerami, gdy nagle poczuł się źle, wystąpiła gorączka i biegunka. Chorego przeniesiono do zamku w Powołoczy i oddano pod opiekę doktora Cunasiusa. Chory czuł się jednak coraz gorzej i w niedzielę 20 sierpnia zakończył życie. Co mogło być przyczyną śmierci księcia?

Klasztor na Świętym Krzyżu (Fot. nowasłupia.pl)

Niespodziewana i szybka śmierć księcia
Gdy książę zaczął chorować, myślano, że przyczyną choroby są zjedzone przez niego surowe ogórki popite miodem, ale bardzo szybka śmierć księcia, wzbudziła podejrzenie otrucia. Wojsko zaczęło się burzyć. Chcąc uspokoić żołnierzy, zarządzono sekcję zwłok księcia, by przekonać się o otruciu, lub otrucie wykluczyć. Opis oględzin narządów wewnętrznych księcia sprowadzał się do stwierdzenia, że „naleziono w nim niesłychanie tłustość wielką; kiszki tak łojem oblane, jako u wieprza nie mogą być tłustsze, serce tak tłustość oblała, że szpilką nie było gdzie tknąć i płuca bardzo zniszczałe”.

Otrucia nie stwierdzono, co nie oznacza, że księcia na pewno nie otruto. Nie umiano wtedy wykrywać wielu trucizn, a już na pewno nie umiano wykrywać arszeniku, bardzo wtedy popularnej trucizny. Przyczyna śmierci Jaremy nie jest znana do dzisiaj. W obozie pod Powołoczą musiała chyba panować jakaś choroba o charakterze zatrucia pokarmowego, bo można przeczytać, że właśnie wtedy… „rzadka to chorągiew, żeby kilkunastu towarzystwa leżeć nie miało na swoje gorączki (...)”.

Więc może księcia zabiła Salmonella, jak teraz wytwornie nazywa się to, co kiedyś nazywano tyfusem brzusznym? Ale równie dobrze mogłoby to być otrucie. Tym bardziej, że znaleźć można relację, mówiącą o tym, że książę chorował tylko 22 godziny, nie zaś jak twierdzi wersja oficjalna, że choroba trwała tydzień. O otrucie księcia podejrzewano hetmana Mikołaja Potockiego, który niedawno powrócił z tatarskiej niewoli i jak gdyby nigdy nic, wziął się do dowodzenia polskim wojskiem.

Tytuł hetmana wielkiego koronnego był u nas wtedy DOŻYWOTNI!! Szlachta i oficerowie kpili sobie jednak z hetmana, ile wlazło. Wszyscy woleli słuchać księcia Wiśniowieckiego niż tego hetmana z odzysku, więc facet, uważający sam siebie za wojskowego geniusza, wściekać się musiał dniami i nocami.

Żydowski kronikarz Natan Hanower w swojej kronice napisał bez ogródek: „W owym czasie zazdrościli panowie bardzo ks. Wiśniowieckiemu coraz to większych godności i zaszczytów i dali mu do picia truciznę. I umarł książę Wiśniowiecki”. Podobno Żydzi zawsze byli o wszystkim najlepiej poinformowani.

Jeśli za śmiercią Wiśniowieckiego naprawdę stał hetman Potocki, los zadrwił sobie z niego, jak zwykle drwi z napuszonych, głupich i śmiesznych. Hetman przeżył Jaremę tylko o kilka miesięcy i zmarł 20 listopada 1651 roku.

Zwłoki księcia ubrano w karmazynowy kontusz i zalano smołą w drewnianej trumnie, jak to było w zwyczaju, gdy odsyłano poległych w daleką drogę do miejsca pochówku. Szczególnie podczas letnich upałów. Trumnę z ciałem księcia odesłano do kościoła w Sokalu.

Niepogrzebane zwłoki
Gdy zwłoki tam dotarły okazało się, że księżna Gryzelda nie ma pieniędzy nie tylko na wyprawienie księciu pogrzebu, ale nawet na zapłatę dla sług, zajmujących się do tej pory strażą przy zwłokach. Wiśniowieccy nie mieli już żadnych pieniędzy. Książę wszystko wydał na utrzymanie wojska. Księżna wstydziła się prosić o pieniądze niechętnego księciu króla. Nie chciała też prosić o pieniądze Sejmu. Trumnę z ciałem księcia pozostawiono, więc w sokalskim kościele bez pogrzebu.

Po dwóch latach, we wrześniu roku 1653, księżna Gryzelda przywiozła trumnę z ciałem męża do klasztoru na Świętym Krzyżu. Przywiozła go tu, bo dotychczasowe miejsce w Sokalu, wobec narastających ataków Chmielnickiego, przestało już być bezpieczne. Księżna prosiła zakonników o przetrzymanie trumny księcia do czasu, kiedy sytuacja finansowa pozwoli jej na wyprawienie księciu okazałego pogrzebu. Świętokrzyscy benedyktyni zgodzili się i trumnę księcia umieszczono w krypcie klasztornej. Zrujnowana finansowo księżna Gryzelda wciąż jeszcze miała nadzieję na powrót do ogromnych majątków męża, ale nie było to już możliwe. W roku 1654 rada starszyzny kozackiej uchwaliła w Perejesławiu zjednoczenie lewobrzeżnej Ukrainy z Rosją. Skutki umowy perejesławskiej trwały przecież aż do czasu upadku Związku Radzieckiego.

Księżną Gryzeldą zaopiekował się jej brat i od tej pory mieszkała przez cały czas w Zamościu, gdzie zmarła w niedzielę wielkanocną 17 kwietnia 1672 roku.

Pogrzeb księciu Wiśniowieckiemu chciał wyprawić w roku 1670 jego syn, wtedy król Polski Michał Korybut Wiśniowiecki. Było to już po tak zwanym „potopie szwedzkim”, podczas którego w opactwie na Świętym Krzyżu przez trzy lata stała załoga wojsk okupacyjnych, złożona ze Szwedów i Węgrów. Opactwo było, więc plądrowane przez trzy lata przez najeźdźców, uważanych za jednych z największych grabieżców Europy. Po ich trzyletnim pobycie, na Świętym Krzyżu nie było już niczego. W poszukiwaniu kosztowności szperano nawet w obu świętokrzyskich kryptach, wyrzucając z trumien ciała zmarłych.

Oszklona trumna w krypcie Kaplicy Oleśnickich na Świętym Krzyżu (Fot. pl.wikipedia.org)Ciała nie znaleziono
Po przegonieniu Szwedów, król Michał Korybut prawdopodobnie nie znalazł już w splądrowanych kryptach ciała swojego ojca, bo ograniczył się tylko do ufundowania w kościele opactwa pamiątkowej tablicy poświęconej księciu Wiśniowieckiemu. Oto jej tekst:

Hieremias Cosacorum terror – Dux et princeps visnioviecus – Michaelis Primi Regis Poloniae Progenitor – ab A.D. 1653 depositus
czyli
Jeremiemu pogromcy kozaków, wodzowi i księciu Wiśniowieckiemu, Michał pierwszy, Król Polski, potomek, złożonemu od 1653 r.

W roku 1777 kościół na Świętym Krzyżu doszczętnie spłonął. Tablica Michała Korybuta, aczkolwiek nieco zniszczona pożarem, ocalała. Przeniesiona została do klasztornego krużganku i umieszczona na jego ścianie. 6 września 1939 roku, podczas niemieckiego bombardowania, tablica wraz z całym fragmentem muru została zniszczona.

Kościół na Świętym Krzyżu odbudowywano po pożarze z roku 1777 przez ponad dwadzieścia lat.

Na początku wypalone pożarem mury rozebrano, a kościół, w zupełnie innym, niż poprzednio, stylu, wybudowano od nowa. W roku 1806 ewakuowano zwłoki, pochowane w krypcie pod spalonym kościołem, ekshumując je do jednej, zbiorczej trumny.

Na Świętym Krzyżu powstaje więzienie. Początkowo tylko dla księży demerytów (skazani przez władze duchowne za odstępstwa pod powołania, księża zdrożni), a od roku 1882 władze carskie urządziły tu zwyczajne więzienie karne.

Dopiero od roku 1936 do klasztoru wrócili zakonnicy. Ojcowie Misjonarze Oblaci. Na Świętym Krzyżu, obok klasztoru Oblatów nadal istniało więzienie. Tym razem polskie. Trwało tak, aż do wejścia Niemców we wrześniu 1939.

Poszukiwania ciała Jaremy
Po objęciu opactwa przez Ojców Oblatów, w oparciu o istniejącą w krużganku tablicę Michała Korybuta, postanowiono odszukać miejsce pochowania księcia Wiśniowieckiego. Do przeszukania była właściwie tylko krypta pod Kaplicą Oleśnickich, bo krypta pod kościołem dawno już została wypalona i opróżniona. Po otwarciu krypty Oleśnickich znaleziono w niej kilka pochówków i jedną, centralnie ustawioną trumnę, w której znajdowały się jakieś zmumifikowane zwłoki. Właściwie, dlatego tylko, że trumna zajmowała centralne miejsce w krypcie, okrzyknięto ją trumną księcia Wiśniowieckiego.

Miejsce umieszczenia trumny uznano, bowiem za honorowe, a więc godne księcia i bohatera. Nie ma nigdzie ani jednego przekazu, który by mówił, że księcia kiedykolwiek pochowano w krypcie Oleśnickich. Przeciwnie. Wiele wskazuje na to, że po przywiezieniu przez księżną Gryzeldę trumny Jaremy, zakonnicy złożyli ją do krypty pod kościołem, krypty klasztornej, jak się wtedy mówiło. To dlatego Michał Korybut umieścił swoją tablicę w kościele, nie w kaplicy Oleśnickich. Można tylko się spierać, czy w krypcie zakonnej znajdowały się wtedy zwłoki Jaremy, czy może już ich tam nie było? Może już wcześniej uległy zniszczeniu przez plądrujących wszędzie Szwedów? Dziwnie wygląda polski król, który nie wyprawia ojcu pogrzebu, a zadowala się tylko zawieszeniem na ścianie kościoła poświęconego mu epitafium. Ale postarajmy się zrozumieć Michała Korybuta. Co on mógł innego zrobić, gdyby się okazało (bo tak się najprawdopodobniej okazało), że w krypcie nie ma już ciała Jaremy? Epitafium, początkowo na pewno znajdowało się w kościele. Świadectwo przebywania w ogniu pożaru widać było na kamiennej tablicy jeszcze przed ostatnią wojną światową. Ani Kaplica Oleśnickich, ani krużganki, nigdy się nie paliły. A więc ciało Jaremy MUSIAŁO znajdować się w krypcie pod kościołem.

Czemu więc po roku 1936 szukano Jaremy w krypcie Oleśnickich, położonej pod zupełnie innym budynkiem, niż kościół? Złośliwie można powiedzieć, że szukano w krypcie Oleśnickich, bo już gdziekolwiek indziej wszystko było od dawna wypalone i spenetrowane. Myślę jednak, że, pomijając złośliwostki, można znaleźć dość logiczny powód takiego akurat postępowania. Trzeba tylko wyjść z fałszywego założenia, że epitafium od samego początku jego istnienia umieszczono w klasztornym krużganku. Wobec takiego założenia, miejsce pochowania trumny Jaremy nie było określone jednoznacznie i mogło znajdować się w krypcie Oleśnickich. Centralnie, jakoby „honorowo” umieszczona trumna w krypcie Oleśnickich, mogła się wydawać trumną księcia Wiśniowieckiego. Jak, więc, Państwo widzicie, w nazwaniu zmumifikowanego nieboszczyka z krypty pod kaplicą Oleśnickich księciem Wiśniowieckim, nie ma absolutnie nic pewnego, a rzecz cała oparta jest tylko na pobożnych życzeniach miłośników polskiej historii i tradycji.

10 września 1980 roku doszło z inicjatywy profesorów Jana Widackiego i Zdzisława Marka do gruntownego przebadania (włącznie z wykonywaniem zdjęć rentgenowskich) zachowanej na Świętym Krzyżu mumii, uznanej za zwłoki księcia Jeremiego Wiśniowieckiego. Już pierwsze oględziny wypadły dla wszystkich zaskakująco. Trumna okazała się być przerabiana, lub remontowana??! Zwłoki nie były ubrane! Poprzykrywane tylko najdziwniejszymi fragmentami tkanin. Rozpoznano na przykład połówkę damskiego gorsetu. Głowa mumii była oderwana od ciała. Spoczywała na kilkakrotnie złożonymżupanie. Podobnie jak głowa, lewa ręka mumii oderwana była od tułowia w obrębie stawu barkowego.

Co to wszystko mogło znaczyć? – Chyba tylko jedno. Grabieżcy wdarli się do krypty, rozbili trumnę, wyciągnęli zwłoki… Ktoś to potem poukładał, jak umiał, starając się przywrócić choćby tylko pozory porządku.Tyle zostało z pałacu Jeremiego w Łubniach. Chłopi byli bardzo dokładni (Fot. jarema.art.pl)

Zwłoki, ale nie te
Zmarły niewątpliwie był mężczyzną. Miał około 163 cm wzrostu. Na podstawie zdjęć rentgenowskich ustalono wiek zmarłego na około 50 - 55 lat. Instytut Fizyki Politechniki Śląskiej w Gliwicach wykonał dwukrotne badania fragmentów ciała mumii metodą chronometrii radiowęglowej. Badania wykazały, że mężczyzna, którego zwłoki badano, naprawdę żył w czasach Wiśniowieckiego. Ale na badanych zwłokach nie ma żadnego śladu po sekcji, jaką przeszły zwłoki księcia jeszcze na Ukrainie. Cięcia powinny być wyraźnie widoczne, bo sekcja obejmowała przecież całą klatkę piersiową i jamę brzuszną. Mumia nie ma żadnych śladów po sekcji, a jej narządy wewnętrzne zachowane są w prawidłowym porządku anatomicznym.

Badany zmarły nie może być księciem Wiśniowieckim, bo po pierwsze jest na to za stary. Książę, pamiętajmy, gdy umierał, miał tylko 39 lat. W dodatku, badany zmarły nie może być księciem Wiśniowieckim, bo nigdy nie przeprowadzano na nim sekcji.

Przy okazji przeprowadzono badanie mumii na obecność arszeniku. Nie wiadomo, po co przeprowadzono to badanie, skoro wykluczono, aby mumia należała do Jaremy. No, ale badanie wykonano. Arszeniku nie stwierdzono. Widzicie, więc Państwo, że nic, ale to naprawdę nic nie wskazuje na to, aby badany zmarły był Jaremą Wiśniowieckim. Poza wszystkim, o czym mówiliśmy do tej pory, badany był na pewno, od Wiśniowieckiego wyższy. Książę był po prostu niski. Miał niewiele ponad 150 centymetrów wzrostu. „Dzielny to był pan bardzo i lubo przy małym wzroście” – jak o księciu pisały kroniki. W sumie, badanie wyklucza, aby zwłoki leżące na Świętym Krzyżu były zwłokami księcia Wiśniowieckiego.

Nierozwiązana zagadka
Tak naprawdę, nie wiemy, jak wyglądał Jarema Wiśniowiecki. Portret, uznawany dotychczas jako wizerunek księcia, najprawdopodobniej należał do kogoś innego. Mały, gruby i wesoły, – bo takim zapewne był książę, bardziej pasuje do portretu z Muzeum Wojska Polskiego, który też przypisywany jest Wiśniowieckiemu. Co naprawdę stało się ze zwłokami Jaremy? Czy wyrzucili je na śmietnik Szwedzi? Czy spłonęły w pożarze kościoła? – nie wiemy i chyba nigdy nie będziemy tego wiedzieć.

Mumia na Świętym Krzyżu będzie zapewne przez następne stulecia udawała Jaremę, a że wszystkiego, czego ten książę dokonał i ze wszystkiego, co ten książę powiedział, w pamięci potomnych pozostanie tylko „…mordować tak, by wiedzieli że umierają”.

Szymon Kazimierski
Tekst ukazał się w nr 5 (57) 17 marca 2008

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2017 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.