Zmartwychwstanie na froncie

-a A+

W okresie Wielkanocy obchodzonej według kalendarza juliańskiego, na wschodzie Ukrainy teoretycznie obowiązywał rozejm.

Każdego dnia jednak rozlegały się strzały. Pomimo tego na pierwszej linii frontu żołnierzom towarzyszył z modlitwą i darami kapelan ojciec Serhij Dmitriejew. Prawosławny duchowny o polskich korzeniach.

Marjinka to ostatnie miasto kontrolowane przez Ukrainę na granicy z tzw. Doniecką Republiką Ludową, czyli terenami okupowanymi przez Rosję i jej popleczników. Z centrum Marjinki do pl. Lenina w Doniecku jest 28 km. Granice administracyjne miast praktycznie się stykają. Marjinka bowiem sąsiaduje z Petriwskim Rejonem Doniecka. Kilkaset metrów od jej centrum kończy się teren kontrolowany przez Ukrainę. Przez miasto przebiega pierwsza linia ukraińskiej obrony. W wielu budynkach są rozlokowane poszczególne struktury wojskowe i stanowiska ogniowe. Okna wielu gmachów publicznych, przede wszystkim szkół i przedszkoli, są zabezpieczone workami z piaskiem. Choć większość okien jest nowych, łatwo zobaczyć świeże ślady po przestrzeleniach i odłamkach.

Miasto przeżyło największe walki w latach 2014–2015. Mieszkańcy musieli uciekać ze swoich domów. Przed wojną mieszkało w Marjince niecałe 10 tys. osób. Wielu spośród uciekinierów wróciło, mimo ryzyka, na które zapewne z naszej, polskiej perspektywy, mało kto by się zdecydował. W czerwcu 2015 r. doszło do bezpośredniego ataku na miasto wojsk tzw. separatystów. Miasto ostrzeliwano przy pomocy rakiet grad, ciężkiej artylerii, czołgów. Walki miały charakter bezpośrednich starć. Obydwie strony zrzucały wzajemnie na siebie odpowiedzialność za eskalację działań. Wojskom prorosyjskich formacji początkowo udało się przebić przez ukraińską linię obrony i wedrzeć do miasta. Według ukraińskich źródeł wojskowych, w operacji brało udział ponad 1,5 tys. wrogich żołnierzy dysponujących 30–40 czołgami. Walki były prowadzone nie tylko w Marjince, ale na całym zachodnim kierunku od Doniecka poprzez Krasnohoriwkę, Awdijwkę i Piski. Brali w nich udział kadrowi żołnierze armii rosyjskiej.

Sprawa ataku na Marjinkę była przedmiotem wystąpienia przedstawicielki USA Samanthy Power na forum ONZ 5 czerwca 2015 r. Amerykańska dyplomatka stwierdziła, że ataku na miasto dokonały rosyjskie wojska i separatyści. Poinformowała o stratach wśród ukraińskich wojskowych – 5 zabitych i 35 rannych. Według źródeł związanych z ukraińskim sztabem generalnym straty przeciwnika wyniosły 156 zabitych i kilkuset rannych (w Rosji na podstawie dekretu Putina informacje o stratach wojskowych są objęte tajemnicą). W czasie walk ofiarami byli również cywile. Starcia w czerwcu 2015 r. były najcięższymi od 4 sierpnia 2014 r., kiedy to miasto zostało wyzwolone z rąk prorosyjskich separatystów. Separatyści jednak cały czas podtrzymują napięcie i atakują, także przy użyciu grup dywersyjnych. Na miasto rzadziej, ale wciąż spadają pociski artyleryjskie. Dalej giną tam ukraińscy żołnierze. W ciągu trzech dni spędzonych w Marjince podczas tzw. rozejmu świątecznego, 8 ukraińskich żołnierzy zostało rannych, głównie w wyniku postrzałów snajperskich. Część z nich odniosła rany na pozycjach, które odwiedziłem w Marjince i Krasnohoriwce.

Marjinka dzisiaj na pozór wydaje się zwyczajnym miastem, jakich wiele na wschodzie Ukrainy. Duża część uszkodzonych budynków mieszkalnych została odnowiona. Swoistymi bliznami na nich są wstawki z nowych cegieł, odróżniające się świeżością na tle tych starych, mocno zszarzałych od wszechobecnego pokopalnianego pyłu. Nie brakuje jednak i doszczętnie zrujnowanych budowli. Część z nich zieje pustką potężnych otworów, świadczących o ostrzałach artyleryjskich i czołgowych. Przez trzy dni mojego pobytu wielokrotnie było słychać eksplozje. Gdy rozmawiałem z jedną z mieszkanek na placu zabaw w centrum Marjinki w środku dnia, wybuchy stały się bardziej intensywne. Moja rozmówczyni jednak spokojnie stwierdziła, że to tylko pociski moździerzowe, i to daleko. Jej kilkuletnia córeczka nie przerwała nawet zabawy na huśtawce. Miałem wrażenie, że jestem jedyną osobą, która te eksplozje słyszała.

Obserwuję tę wojnę od początku. Na froncie przez te cztery lata byłem kilkanaście razy, a w pierwszym roku spędziłem tam łącznie ponad dwa miesiące. Mimo to zawsze zaskakuje mnie, jak szybko do wojny przyzwyczajają się nie tylko żołnierze, ale też cywile, a szczególnie dzieci. Z tego wyjazdu utkwił mi w pamięci obraz dziewczynki na rolkach, która jeździła wokół żołnierzy wracających z jakichś wysuniętych pozycji. Oni w hełmach, kamizelkach kuloodpornych, z karabinami, w pełnym rynsztunku, z twarzami brudnymi od kurzu, pozbawionymi emocji, a ona w niebieskim skafanderku w kolorowe plamki, z warkoczykiem z wplecioną motylkową kokardką i na różowych rolkach.

Do Marjinki dotarłem 5 kwietnia, czyli w Wielki Czwartek, obchodzony w prawosławiu zgodnie z tradycją juliańską. Data nie była przypadkowa. Tym razem na front wybrałem się, towarzysząc ojcu Serhijowi Dmitriejewowi – kapelanowi wojskowemu Ukraińskiej Cerkwi Prawosławnej Patriarchatu Kijowskiego. Kapłanowi, który nie tylko ma polskie korzenie, ale z chęcią o nich opowiada i szczyci się posiadaniem Karty Polaka. Ojciec Serhij każde święta od 4 lat spędza wśród żołnierzy I Batalionu Zmechanizowanego 30 Brygady z Nowogradu Wołyńskiego: „To moja brygada. Jestem tu kapelanem, znam żołnierzy, oni mnie znają. A I Batalion jest najlepszy”. Z żołnierzami spędza nie tylko święta. Przyjeżdża na front co najmniej raz w miesiącu. Oprócz modlitwy przywozi wszystko, co może żołnierzom przypomnieć dom, rodzinę, czas normalności i pokoju.

Tym razem ojciec Sierhij przyjechał w towarzystwie psychologa wojskowego, zresztą byłego uczestnika walk z Rosją i jej najemnikami na Donbasie w 2014 i 2015 r., Andrijem Kozinczukiem (o Andriju materiał wkrótce na wnet.fm). Obydwaj stale łamali moje stereotypowe wyobrażenie o pracy i kapelana, i psychologa. Stanowili duet, który do żołnierzy docierał z dobrem, radością, uśmiechem. Bez zadęcia i patosu. I chociaż zawsze kulminacją spotkań była modlitwa, to poprzedzały ją zwyczajne rozmowy, żarty, wspominanie, dzielenie się opowieściami o doli kompanów – tych, co w cywilu, tych, co w szpitalu i tych, co zginęli.

I nieodłączna kawa, a właściwie litry kawy, bez której zdaje się niemożliwe funkcjonowanie ukraińskiej armii. Na każdym posterunku można było usłyszeć to samo zdanie: „U nas kawa jest najlepsza”. Oczywiście kawa parzona. Jeden z żołnierzy tłumaczył, że na froncie w ostateczności można wypić rozpuszczalną, ale to przecież nie kawa. A do kawy może być „zguszczonka”, czyli zagęszczone, słodkie mleko. „Zguszczonka zawsze była, nawet jak kawy nie było. Była i będzie”. Kawa w chatynce na przedmieściach Marjinki, zabawa z psem – to wszystko bardziej przypominało piknik niż front. Podczas pobytu na tym posterunku nie słyszałem żadnego wystrzału. Gdy kilka godzin później piliśmy kolejną kawę w bazie kompanii medycznej, dotarł komunikat: „Potrzebna pomoc medyczna. Jest 300”. „300” to jeszcze sowieckie kodowe oznaczenie rannego, „200” – zabitego. Tym razem ranny. Snajper trafił jednego z żołnierzy na posterunku, gdzie dopiero co bawiliśmy się z młodym rottweilerem i roztrząsaliśmy przewagi kawy parzonej nad rozpuszczalną.

Snajperzy stali się w ostatnim czasie bardzo aktywni i skuteczni. Według opinii ukraińskiego zwiadowcy, obecnie też szkoleniowca ukraińskiej armii o pseudonimie Said, żołnierze zbyt się rozluźniają na froncie, a ta dziwna forma walk, wojny pozycyjnej, ciągłego ogłaszania rozejmów – usypia czujność. „Snajper poluje. Godzinami albo nawet dniami obserwuje miejsce. Wybiera ofiarę. Nie strzela przypadkowo, chyba, że akurat wzięli kogoś na szkolenie. Dobrze wie, kto jest na posterunku”. Said to rasowy żołnierz, mający za sobą Irak, Afganistan, Bałkany i służbę w polsko-ukraińskim batalionie. Dziś uczy ukraińskich żołnierzy, jak zwalczać snajperów i jak im się nie wystawiać na cel.

Świadomość, że można być obserwowanym przez snajpera, nie nastraja optymistycznie. Zwłaszcza, że przed takim ostrzałem ciężko jest się ukryć bez odpowiedniego przygotowania. „Teraz strzelają głównie w pachwiny i szyje. Hełm chroni głowę, kamizelka tors i przede wszystkim serce. Snajper wybiera zatem inne miejsca, których ranienie może nieść śmierć: tam, gdzie przebiegają tętnice. Na szczęście wiele tych postrzałów nie są tak dokładne” – mówi dowódca medyków. Następnego dnia dowiadujemy się o kolejnym rannym z pozycji, którą odwiedzaliśmy. Dostał postrzał w pośladek. To oczywiście temat żartów: „Taką raną się nie pochwalisz, a jak dziewczyna zobaczy – wstyd”. Nie ma jednak wątpliwości, że żołnierz miał olbrzymie szczęście, a zapewne przypadkowym ruchem uniemożliwił snajperowi przestrzelenie właśnie tętnicy. Ale bez żartów, czasem dosadnych, życie na froncie byłoby jeszcze bardziej trudne.

W Wielką Sobotę rano wybieram się sam do centrum Marjinki. Towarzystwo mundurowych utrudnia kontakt z ludnością cywilną. Samo skojarzenie z żołnierzami powoduje zazwyczaj większą nieufność cywilów. Miasto przed świętem wręcz tętni życiem. Na głównej ulicy zjawił się duży targ. Można na nim kupić ubrania, mięso, wędliny, słodycze. Ceny nie odbiegają od tych w innych miejscach Ukrainy.

Wszędzie króluje język rosyjski. I mocno rosyjskie, a właściwie putinowskie spojrzenie na świat. Mieszkańcy Marjinki są rozgoryczeni. Narzekają, że nie działają zakłady przemysłowe – przed wojną była tu fabryka opon, piekarnia zaopatrująca Donieck i wszechobecne kopalnie. Dziś widać jedynie ich szyby i hałdy świadczące o wieloletniej eksploatacji. Hałdy dzisiaj mają przede wszystkim znaczenie militarne – są świetnymi miejscami obserwacyjnymi i ogniowymi. W miasteczku, jak i w całym zagłębiu donieckim, panuje kult górnika. Rozmawiam z dwoma mężczyznami handlującymi metalowymi częściami. Jeden jest górniczym emerytem, drugi byłby nim za 3 lata, ale jego kopalnia jest zamknięta i nie wie, co z nim będzie. Obydwaj opowiadają, jak to węgiel z Donbasu zabezpieczał dobrobyt całej Ukrainy, a właściwie jest go tak wiele, że mógłby ogrzać cały świat. Całemu złu wojny, według nich, winne są władze w Kijowie.

W końcu, gdy dowiadują się, że jestem z Polski, pada wielokrotnie już przeze mnie słyszane zdanie: „Wy, my – Polacy, Ukraińcy, Rosjanie, Białorusini – jesteśmy Słowianami. Rozumiemy się. Nam niepotrzebny cały ten Zachód”. To jedno z kluczowych założeń propagandy, która stale leje się z putinowskich mediów – tych sygnowanych przez Rosję i przez prorosyjskich separatystów. Przekaz jest ten sam. Moi rozmówcy, zapewne przez grzeczność dla mnie, dorzucili do niego Polaków. Założenie o Słowianach i ich wspólnocie kulturowej pod światłym przewodnictwem Rosji, od lat jest narzędziem do budowania niechęci wobec zachodniego modelu cywilizacji i zbliżenia Ukrainy do świata łacińskiego. Ważnym elementem tej narracji jest prawosławie – oczywiście moskiewskie – albo kulty przedchrześcijańskie.

W czasie kilkudziesięciu rozmów starałem się dowiedzieć, jakich stacji słuchają i co oglądają moi rozmówcy. Oczywiście wskazywane były media rosyjskie i separatystyczne. W sklepach oficjalnie, publicznie słuchane są właśnie te rozgłośnie radiowe. Korzystają z nich nawet ukraińscy żołnierze. Media ukraińskie nie są dostępne w nadawaniu naziemnym. Za to bez problemów są dostępne media wroga. „Noworossja TV” nadaje komunikaty o rzekomych ukraińskich atakach na Donieck, emitowane są dokumentalne filmy o zimnej wojnie z przesłaniem: „Amerykanie chcieli nas zniszczyć i dzisiaj znów chcą”.

W ciągu dnia wylewają się rosyjskie seriale o skutecznej moskiewskiej policji i całkowicie „przypadkowo” w kadrach pojawiają się portrety Putina, wiszące u dobrych i światłych naczelników milicji. Jeden z ukraińskich żołnierzy stwierdził, że właśnie rosyjski serial był im prezentowany w szkole policyjnej jako wzorowy przykład śledztwa. Żołnierz mówił o ukraińskiej rzeczywistości sprzed dwóch lat, a nie czasach Janukowycza.

Tym bardziej nie może zaskoczyć opinia sprzedawczyni wielkanocnych babek, która mówiła, że nie dziwi się Putinowi, że walczy o Ukrainę, bo przecież Amerykanie mu chcieli postawić pod nosem wojska NATO. Na oko 55-letnia kobieta opowiadała mi dalej, jak jej dorosłe dzieci już w tym roku zdążyły odwiedzić Krym i Petersburg, Na Krymie, według niej, ludzie już zapomnieli o Ukrainie i żyje im się dobrze, a w Petersburgu właściwie jest raj na ziemi: „A ludzie pracę mają, nie to, co w Marjince”. Z jakiegoś powodu jednak jej dorosłe dzieci wróciły do Marjinki i nie zamierzają z niej wyjeżdżać. Z jakiegoś powodu tysiące emerytów i rencistów przyjeżdżają po te „niechciane” ukraińskie pensje i emerytury, co powoduje gigantyczne kolejki pod bankomatami w całej strefie przyfrontowej i permanentny brak w nich gotówki. Trzeba jednak przyznać, że w styczniu, gdy byłem w Stanicy Ługańskiej – 8 km od okupowanego Ługańska – właśnie emeryci stojący w kolejkach do bankomatów najgłośniej krytykowali tzw. Ługańską Republikę Ludową i jej porządki.

Wpływ rosyjskiej propagandy oczywiście nie zaczął się wraz z wojną. Jest on wieloletnim, trwałym elementem wpływania na świadomość mieszkańców Ukrainy, głównie jej wschodnich obwodów. Zaskakuje jednak nieskuteczne jej przeciwdziałanie. Moje uwagi o wszechobecności rosyjskich mediów, rosyjskiej produkcji filmowej skwitował z uśmiechem ojciec Serhij: „Ale zobacz, wieczorem puszczają amerykańskie filmy, w których zawsze jakiś Amerykanin ratuje świat od zagłady. To chyba nie jest tak źle”.

W godzinach popołudniowych w Wielką Sobotę kapelan ruszył po kolejnych posterunkach. Spotykając się z żołnierzami, modląc się, święcąc pokarmy i głosząc dobrą nowinę o Zmartwychwstaniu. Na modlitwę przychodzili nie tylko prawosławni, a nawet nie tylko wierzący. A może ci, którzy wierzą, ale nie chcą się do tego przyznać. Niektórzy trzymali się z dala, inni zaś prosili, by kapłan nie szczędził wody święconej do ich kropienia, a właściwie polewania, bo nie miało to charakteru symbolicznego, lecz raczej dosłowny. Woda leciała strumieniami, a wojskowi z radością to przyjmowali, zgodnie z prawosławną tradycją trzykrotnie się żegnając. Niektórzy przynosili do poświęcenia koty, inni prosili, by kapelan pokropił także ich psa. Zwierzę na tych często oddalonych od ludzi placówkach staje się najwierniejszym przyjacielem.

Po zachodzie słońca docieraliśmy do posterunku w kopalni na skraju Marjinki, jadąc polną drogą w kierunku pozycji separatystów. W naszym samochodzie działały automatyczne światła, których nie można wyłączyć po zmroku. Co chwilę rozlegał się dzwonek telefonu z prośbą czy ponagleniem: „Wyłączcie światła, widzą was na kilometry! To nie Kijów!”. Ojciec Serhij w miarę spokojnie odpowiadał: „Koreańczycy nie przewidzieli, że tym samochodem ktoś będzie jeździć po linii frontu w Europie. Nie ma wyłącznika”.

Ponure ruiny hal kopalnianych na tle ciemniejącego nieba sprawiały wrażenie planu gry „Stalker”. Dowódca batalionu uprzedził kapelana, że modlitwa tutaj musi być wyjątkowo krótka. Przebiegając między kolejnymi gmachami, ściankami i wszystkim, co mogło nas osłonić przed okiem snajpera, dotarliśmy do stołu ustawionego na dworze, pod siatką maskującą. Z ciemnej nicości wychodzili żołnierze. Z karabinami, tylko co opuściwszy swoje pozycje. W jednej chwili zebrało się ich kilkunastu. Po cichu powtarzali za kapłanem „Ojcze nasz”. Jeden z żołnierzy w milczeniu przesunął mnie z miejsca, w którym filmowałem. Gestem pokazał fragment muru, o który się opierałem, cały poznaczony postrzałami. Miejsce było widoczne na przestrzeni kilkuset metrów. Co jakiś czas na nieostrożnych, którzy tam się znajdą, czyhał snajper. Gdy kapłan odmawiał modlitwę, w oddali było słychać pojedyncze strzały. Wyobraźnia podpowiadała, że to wystrzelone w naszą stronę pociski. Jednak nic nie zakłóciło modlitwy. O. Serhij zakończył ją słowami: „Chrystus Zmartwychwstał!”, a żołnierze, może nawet głośniej niż w tej sytuacji należałoby, odpowiedzieli zgodnie: „Prawdziwie Zmartwychwstał!”.

Kilka kilometrów dalej dojechaliśmy do żołnierzy schowanych w okopach pośród pola. Wokół miny i droga dostępna tylko dla tych, którzy wiedzą, jak ominąć pułapki. Do ostatniej chwili nie mogłem się zorientować, gdzie jesteśmy. Jedynym światłem było rozgwieżdżone niebo. Trzeba było uważać, by nie zejść na bok – to mógłby być śmiertelny krok. To jedna z pozycji, o których wie niewielu. Żołnierze spędzają tam po kilkanaście dni w okopach. Bez dostępu do bieżącej wody, telefonów, śpiąc w ziemiankach ogrzewanych piecykami na drewno. Z dala od zwykłego świata, w sytuacji stałego zagrożenia. Gdy skończyła się modlitwa, rozgwieżdżone niebo akurat przecinała Międzynarodowa Stacja Kosmiczna. Z rosyjskimi i amerykańskimi astronautami na pokładzie. Któryś z żołnierzy po cichu retorycznie zapytał: „Ciekawe, czy oni nas widzą?...”.

Kulminacją obchodów Wielkanocy było nabożeństwo o północy w sztabie batalionu. Dotarło na nie kilkadziesiąt żołnierek i żołnierzy. Z koszykami pełnymi jedzenia. Niektóre twarze poznawałem z odwiedzanych posterunków, część osób dopiero teraz mogła dotrzeć na spotkanie z kapłanem. W niektórych koszykach były kartki z życzeniami z domu, od wolontariuszy. Rysunki malowane dziecięcymi rękami. Na ramionach wojskowych przewieszone automaty, w dłoniach zapalone świeczki. „Chrystus Zmartwychwstał!” – „Prawdziwie Zmartwychwstał!”. Po nabożeństwie ojciec Serhij schował Biblię w futerał z nadrukowanym kamuflażem i krzyżem.

W Serhiju jego posługa nie budzi wątpliwości. Oprócz oczywistego znaczenia religijnego podkreśla wymiar patriotyczny: „Zmartwychwstanie dokonuje się w każdym z nas. Jest też symbolem dla naszej Ukrainy, która po ciężkim czasie również Zmartwychwstanie”.

Wracając z frontu, zabraliśmy jednego z żołnierzy do domu na urlop. Jego żona za kilka dni miała rodzić. On sam jest na wojnie od 2014 roku. Trzy razy był ranny. Za każdym razem wraca na front. Wierzy, że Ukraina wygra tę wojnę. Ale uważa, że lata jeszcze zajmą zmiany w mentalności olbrzymiej części mieszkańców wschodu Ukrainy.

Zapytałem go, jakie znaczenie ma dla niego obecność kapelana na froncie: „Ja nie znam ładnych słów, jestem prostym chłopakiem ze wsi. Ale powiem ci tak: nie każdy jest takim samym kapelanem. Ojciec Serhij jest nasz, był od początku z nami, był ranny. On jest żołnierzem i nas rozumie. To dobry człowiek, a modlitwy takiego człowieka Pan Bóg wysłucha. A my bez tej modlitwy nic nie zrobimy”.

Paweł Bobołowicz
Tekst ukazał się w nr 47 Kuriera Wnet
Tekst ukazał się w nr 9 (301) 15-28 maja 2018

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2018 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.